06 lipca 2017

To co nie jest piekłem

Właśnie skończyłem czytać  książkę włoskiego autora Alessandro d'Avenia pod tymże tytułem. Jest to jego trzecia książka, po Biała jak mleko czerwona jak krew (jest też doskonały film) oraz Cose che nessuno sa. Wszystkie mi się baaaaaardzo podobały, a ta ostatnia chyba najbardziej. Zabieram się za czwartą L'arte di essere fragili, która ponoć we Włoszech jest absolutnym hitem. Zresztą jak może nie być hitem, skoro autor jest w stanie zgromadzić na Piazza Maggiore w Bolonii tłum większy niż Donald Trump dziś na Placu Krasińskich. W dodatku po to, by mówić o literaturze i pod jej pretekstem o takich rzeczach jak sens życia, szczęście, radość, przyszłość, nadzieja, przyjaźń.
Tutaj link: https://www.youtube.com/watch?v=SwWQiunEepc
To właściwie powinno być decydującym argumentem, żeby uczyć się włoskiego. Języka, który jest nieco niszowy w chwili obecnej. No, ale ponieważ tylko pierwsza książka została przetłumaczona na polski, a nie zanosi się na następne, więc nie ma praktycznie wyjścia. Te trzy pierwsze książki są o nastolatkach, ale nie są to takie książki dla młodzieży typu Niziurski czy Musierowicz. To nie są książki o "zwariowanych" przygodach bananowej młodzieży, tylko o autentycznych blaskach i cieniach tego wieku. Realizm aż do bólu, szczególnie w trzeciej powieści Cio che inferno non e. Równocześnie we wszystkich mnóstwo poezji i swego rodzaju kwiecistości, do której zdolni są tylko Włosi. Choć trzeba przyznać, że jest ona dość oszczędna i wyjątkowo strawna. Czwarta książka jest już nieco innego rodzaju. To taki esej, traktat o szczęściu w formie wymiany listów z poetą Lombardim żyjącym w pierwszej połowie 19. wieku. I to właśnie ta książka, która nie jest powieścią, jest wielkim bestsellerem obecnie w Italii. Cieszy mnie ten autor bardzo. Marzy mi się taki autor (autorzy) w Polsce. Z takim realizmem, autentycznością, poetyckością, tematyką, bez banału i tanich chwytów. Z każdą kolejną książką lepszą niż poprzednie. Zaskakującą, ze zmienioną formułą, oryginalną, nie lansującą się na trendach głównego nurtu. W dodatku z takim poszukiwaniem kontaktu z czytelnikami. Zerknijcie na to wideo z Bolonii. Przyznaję, że D'Avenia był dla mnie sporą inspiracją przy pisaniu Twoja dusza była perłą. Po lekturze jego książek aż korci, by "chwycić za pióro".

19 maja 2017

Szesnasty rok

Zadzwoniła Kasia, prosząc mnie o to, czy może wykorzystać moją stronę do testowej analityki wejść, klikalności, etc. Ja oczywiście się zgodziłem, ale wyraziłem wątpliwość co tam się dzieje i czy w ogóle ktoś to jeszcze czyta. Dobrych parę miesięcy, czy nawet pół roku nie sprawdzałem. Wszedłem więc, żeby sprawdzić i patrzę, a tu miła niespodzianka. Postanowiłem zatem jakoś wynagrodzić tym wszystkim, którzy wchodzą na tę stronę mimo uporu autora, by nic nowego tam nie umieszczać. W końcu ileś tekstów leży w tzw. szufladzie, więc nie ma problemu, żeby coś wybrać i powiesić. Np. ciąg dalszy drugiej powieści, która ma roboczy tytuł "Szesnasty rok". Jak pamiętacie ona zaczynała się na tym murku pod blokiem, który widać na zdjęciu i jest o osiedlu "XV-lecia", o Radomiu i o piętnastolatkach. Opisuje "szesnasty rok" życia grupy przyjaciół. Zgadniecie też łatwo, że ona niby się dzieje teraz, ale tak naprawdę dawno temu. Taki zabieg nie wiem do końca, czy fair, czy nie, ale jakoś o to nie dbam specjalnie. Nie mam czasu, żeby myśleć o wydawaniu i promowaniu książek. Jest to, co prawda, sprawa wybitnie niedochodowa, no chyba, żeby wydawać i sprzedawać samemu, co oznacza full time job, natomiast szalenie przyjemna. Przeżyłem w życiu wiele przyjemnych rzeczy, ale wszystko, co się wydarzyło wokół powieści "Twoja dusza była perłą" było po prostu arcyprzyjemne.



Jesień

Nazajutrz, z rękoma w kieszeniach, w białej koszuli wypuszczonej na wierzch, dżinsach i marynarce, powłóczył nogami w kierunku szkoły, wybierając najdłuższe warianty drogi między podwórkami. Prognozy się nie sprawdziły, wstało słońce, zrobiło się nawet cieplej niż dzień wcześniej. Jesień nie nadeszła, lato trwało w najlepsze. Nie poprawiało to, co prawda, humorów gimnazjalistów, zmierzających w kierunku szkoły podobnie jak Karol. Nie wiadomo dlaczego, wpadła mu rano w ucho melodia „Desperado, why don’t you come to your senses” i nucił ją teraz świadomie i podświadomie. Oglądali jakiś czas temu film z tą piosenką. Nie pomyślał nawet, że słowa jakoś korespondują nie tylko z jego nastrojem, ale również z wielką potrzebą obalenia ogrodzeń, które nie wiadomo kto wciąż stawiał, czy on, czy inni, czy tak same po prostu się stawiały. Nie mógł też wiedzieć, że dzień miał przynieść niespodziankę i niejako spełnić słowa piosenki.

 

Wszedł do budynku, niesiony przez tłum, odnalazł swoją klasę na sali gimnastycznej, przywitał się z kolegami, wystał akademię rozpoczynającą rok szkolny i ciągle w wielkiej rzece głów dotarł na swoje miejsce w sali. Jednak dopiero, gdy weszła wychowawczyni zorientował się, że obok niego nie siedzi Jacek, ale jakiś zupełnie nowy gość. Machinalnie rozejrzał się po klasie, ale Jacka nie dostrzegł. W końcu, jakby zmuszony i niezadowolony, szturchnął nowego i mruknął: „Karol”. Tamten, jakby oczekując na ten gest, uśmiechnął się ciepło i podając rękę, o czym Karol nie pomyślał, odpowiedział: „Wojtek, miło mi”. Karola i trochę zdenerwowało i jednocześnie zaimponowało, to „miło mi” i ten serdeczny uśmiech. Zawstydził się, że sam się nie zdobył na większą uprzejmość. To było też powodem tego zdenerwowania. Zaczęła się smętna lekcja powitalno-organizacyjna i mógł przez chwilę o tym nie myśleć. Siedział znudzony zerkając za okno tak, by nie okazać wychowawczyni lekceważenia. Gdzie się podział Jacek? Rozległ się dzwonek na przerwę. Chciał, pominąwszy nowego, wstać i od razu pójść do kolegów. Trochę, by pogadać o wszystkim, a trochę by nie musieć od razu robić wysiłku zaprzyjaźniania się z nowym. Poza tym miał doskonały pretekst: dowiedzieć się, co się stało z Jackiem. Zrobiło mu się jednak trochę głupio i nie ruszył się z ławki. Nowy też się nie ruszył, co więcej, odwrócił się w jego kierunku z wyraźną ochotą na konwersację. Karol wyczuł, że wypada mu zacząć.

- Czyli jesteś tu nowy? – zagadnął, jakby to nie było oczywiste.

- Tak. Przeprowadziliśmy się z Wrocławia. Mój tata jest neurochirurgiem i dostał się tu w Radomiu do szpitala na specjalizację.

I w tonie, z jakim to wypowiedział i z samej treści, Karol wyczuł, że Wojtek stoi wyżej od niego, jeśli chodzi o ogólną kulturę. Równocześnie wyraźnie się dało wyczuć brak wywyższania się, czy arogancji. Dalsza rozmowa potwierdziła pierwszą intuicję. Ten gość jest „równy”.

- Chodź, poznam cię z innymi. – zaproponował Karol. Wyszli na korytarz i podeszli do grupki chłopaków. Karol przedstawił Wojtka, który wzbudził umiarkowane zainteresowanie kolegów Karola. Przede wszystkim mieli ochotę pogadać w swoim gronie po długim niewidzeniu. Karol został więc sam na sam z Wojtkiem.

- Wiesz, ta buda jest całkiem znośna, przekonasz się. – przyjął ton preceptora. – Wychowawczyni już widziałeś, jaka jest. Nudna, ale nieszkodliwa. Chłopaki dziś trochę zajęci sobą, ale zobaczysz, że są spoko. Dziewczyny takie trochę nijakie. Normalnie trzymamy z tymi z „A”. To wielka zdobycz Arka, tego tam – tu wskazał na jednego z przedstawionych Wojtkowi wcześniej – on chodzi z Moniką z „A”, która jest takim „guru” dla całej szkoły, a szczególnie dla dziewczyn ze swojej klasy. No i dla nas. – Tu mrugnął porozumiewawczo. Spostrzegł, że ta ostatnia kwestia zrobiła na Wojtku pewne wrażenie i pogratulował sobie w duchu dobrego strzału. W nieokreślony sposób wyczuł, że ten nowy jest już jego.

- Buda jak buda. Radom to nie Wrocław. Mam nadzieję, że nie będziesz za bardzo cierpiał.

Wojtek uśmiechnął się przyjaźnie.

- Spoko. Mieszkałem w mniejszych miastach. A Radom jest całkiem duży.

- Niby tak, ale to nie Wrocław. Nigdy nie byłem we Wrocławiu.

- Nie? Musisz kiedyś pojechać. Stare Miasto, Odra, mosty. No i okolica. Niedaleko do Kotliny Kłodzkiej.

- Mów mi mów. Niewiele mi to mówi.

- Sorry. Wybierzemy się kiedyś i Ci pokażę.

Karola zaskoczyła ta wypowiedź. Świadczyła o tym, że Wojtek już go uznawał za przyjaciela. Mówił z jakimś zaufaniem, pewnością siebie, wyzbytą z arogancji i pyszałkowatości. „Równy gość”, znów przyszło Karolowi na myśl.

- Ok. Ale najpierw ja pokażę ci Radom, he he he….

- Będę zobowiązany.

„Kurka, jakiego słownictwa ten gość używa”, przemknęło szybko przez głowę Karolowi.

- Pierwsza rzecz, która musisz wiedzieć o Radomiu. Kiedyś na murze, jak się wyjeżdżało pociągiem z Krakowa do Warszawy, był taki napis „Warszawa Radomiem Europy!”.

- Na serio! Ha ha ha ha…. – Wojtek zaczął się tak serdecznie i autentycznie śmiać, że aż Karolowi zrobiło się głupio. Lubił swoje miasto i nie wstydził się go, ale śmieszył go bardzo ten napis na murze w Krakowie i nie wahał się opowiadać tego kolegom z harcerstwa z innych miast, podkreślając w ten sposób, że miał dystans i nie brał tego do siebie. No, ale Wojtek teraz trochę przesadzał, jakby się naprawdę śmiał z Radomia.

- Super to jest! – Wojtkowi nie przechodziło, za to przeszło Karolowi, którego ujęła autentyczność Wojtka. Roześmiał się razem z kolegą. Zaczęła się kolejna lekcja. Wojtek nie odstępował Karola ani na krok, a ten dyskretnie szczycił się nim przed innymi, niczym trofeum. Poza tym, Wojtek wyraźnie imponował reszcie. Był bez kompleksów, co trochę irytowało tych śmielszych i silniejszych. Wiadomo, oczekiwaliby, by nowy był nieco mniej pewny siebie. Karolowi natomiast, jako temu, którzy oswoił nowego, w ogóle to nie przeszkadzało. Szybko wyczuł w Wojtku wiernego sojusznika. Ale dopiero w drodze ze szkoły, gdy się już pożegnali, Wojtek poszedł na autobus, mieszkał na Osiedlu Akademickim, Karolowi przyszła do głowy po raz pierwszy nieśmiała jeszcze, ale wyraźna myśl. A raczej przeczucie, a nie myśl. „A jak by się dał namówić do mojego zastępu?”. Odezwała się jednak niewiara w siebie, czy też wrodzona nieśmiałość, czy może nie chciał zapeszyć z lęku przed porażką i szybko ukrył tę myśl przed sobą.

 

Co ma się w głowie w wieku 15 lat? Kiedyś to był bardzo poważny wiek, obarczony bardzo poważną decyzją wyboru szkoły średniej. W dodatku, jeśli ten wybór padał na najlepsze liceum lub technikum w mieście w roczniku wyżu demograficznego i rekrutacja kończyła się sukcesem, wówczas coś uskrzydlało i nadawało sens. Piętnastolatek stawał się licealistą, czyli kimś poważnym. Możliwe były jeszcze inne sposoby określenia swojego miejsca na ziemi. Załóżmy, że do Polski przyjeżdżał na koncerty zespół, za którym się od lat przepadało i że okazywało się, że najbardziej pasuje koncert w Gdańsku. Nasz piętnastolatek wychodzi z domu i jedzie do tego dalekiego Gdańska na ten koncert, mówiąc rodzicom coś pod nosem, czego oni nie rozumieją, a co on uważa za wystarczające poinformowanie ich. Znika z domu na 24h. Bierze udział w koncercie ulubionego zespołu, słyszy na żywo wszystkie najlepsze kawałki, na własne oczy, z odległości kilkunastu metrów widzi swoje bożyszcza. Po czym wraca do domu i zamiast histerii spotyka się z ulgą na twarzach rodziców „ jak dobrze, że wróciłeś!”. Dopiero wtedy dostrzega, że zrobił coś nie do końca rozsądnego, czego nie zamierza powtórzyć, ale z czego jest absolutnie dumny. W wieku 15 lat taki wyczyn!

Ale jak się człowiek kisi w 3 klasie gimnazjum, perspektywa liceum jest jeszcze odległa, poza tym z racji słabej demografii, sprawa dostania się nawet do najlepszego liceum nie jest wielkim wyzwaniem, a ulubione zespoły od lat albo nie istnieją albo straciły tego jedynego, legendarnego wokalistę albo omijają kraj….

 

Owszem można się zakochać, zresztą w tym wieku to stan permanentny, czy ktoś kiedyś widział piętnastolatka, który by nie był aktualnie zakochany? Ale już przejście do marzeń do czynów najczęściej wiąże się z ryzykiem niespełnienia, z rozczarowaniem, zamiast z uwolnieniem, to z czymś wręcz zgoła przeciwnym, bo krucha emocjonalność i chłopięca niedojrzałość nie pozwalają jeszcze na prawdziwe smakowanie najpiękniejszych relacji. Znaleźć się w klatce wtedy, gdy się chce wyruszyć w świat, co to za interes? No chyba, że się jakoś dobrze trafi, że to nie będzie coś obezwładniającego, ale otwierającego nowy horyzont właśnie. Ale jak się o tym przekonać zawczasu? Zresztą jak kto woli. W wieku 15 lat już by się coś chciało, ale tak naprawdę niewiele można. Co najwyżej wrócić ze szkoły, wsiąść na rower i pojechać hen, hen daleko….

 

W domu był kult roweru. Nie wiadomo dokładnie dlaczego, ojciec, gdy Karol miał lat 12, a Edmund lat 14, pewnego dnia zabrał ich do sklepu z rowerami i kazał im wybrać, każdemu, własny rower. Edmund miał sprecyzowane oczekiwania w tym względzie i nie zawahał się ani minuty.

- Ten, tato! – wskazał na dość porządny rower szosowy. „Kolarzówkę”, jak mawiał. Karolowi, który nie miał zielonego pojęcia, o jaki rower poprosić, Edmund zasugerował tańszy rower tego samego typu. Zadbał o to, by jednak brat czuł hierarchię. Odtąd rower stał się ważną częścią ich życia. W okresie wiosenno-letnim, jeśli nie byli akurat na boisku, można było być pewnym, że pędzili gdzieś na rowerach. Jeździli oczywiście po szosie, nie bojąc się samochodów, łapiąc się czasem na „koło” za wolniejszymi pojazdami, traktorem, czy ruszającym tirem lub autobusem. Z czasem zapuszczali się coraz dalej i dalej. Najchętniej pędzili w kierunku na Brzózę z racji mniejszej ruchliwości na drodze. Ich ambicją było zaliczyć wszystkie, najmniejsze wylotówki z Radomia, potem miejscowości w zasięgu 10-15 km, wreszcie wszystkie miejscowości w zasięgu 30-40 km.

 

Karol wrócił do domu tego pierwszego dnia szkoły, zjadł coś i niewiele się namyślając, wziął klucze do boksów i już do nie było. Ojciec załatwił niedawno jedną komórkę w boksach i tam trzymali rowery, całkiem niedaleko mitycznej, lśniącej, wypucowanej Jawy pana Prońko, na którą zawsze musieli obowiązkowo rzucić okiem. Nie do końca wiadomo tak naprawdę, czy na samą Jawę, czy bardziej na jej wypucowanie. Za chwilę był już na ulicy i jakoś nie myśląc specjalnie gdzie jedzie, już był na 11 Listopada, potem na Kozienickiej, dojechał do ronda i tu pojawił się pierwszy dylemat: jechać na Pionki, czy na Zwoleń. Wybrał Zwoleń drogą krajową nr 12. Było ciepłe popołudnie, słońce zniżało się powoli ku horyzontowi, miał je z tyłu , więc przepięknie oświetlało mu drogę prowadzącą na wschód. Jechało mu się wyjątkowo lekko i szybko, dopiero w drodze powrotnej uświadomi sobie, że jechał z wiatrem po prostu, choć wtedy już wiatr się znacznie uspokoi, jak to często bywa wieczorami.

 

Po chwili gnał wśród pól, łąk i zagajników gęsto usianych zagrodami i gospodarstwami. O! piękna wsi radomska! Któż nigdy w tobie nie był zakochany?! Któż do ciebie nie zatęskni po latach mieszkania w wielkim mieście?! Pierwsze zetknięcie Karola ze wsią miało miejsce, gdy był jeszcze małym chłopcem. Ojciec zabrał go po raz pierwszy do swojej rodzinnej wsi, Pakosławia k. Iłży, 30 km na południe od Radomia. Jechało się drogą asfaltową od Iłży grzbietem szerokiego stepu. Po prawej pola, lasy i wsie dokąd okiem sięgnąć. Po lewej pola wznoszące się po horyzont. Gdzieś w oddali na wprost, w dole, Pakosław, a za nim ściana lasów. Droga gwałtownie się urywała i dalej jechało się najpierw kamiennymi wybojami, a potem w piachu, który w lecie kurzył się okropnie. W całej wsi nie było innej drogi niż piaszczysta. Zagrody były brudne od odchodów kur przechadzających się majestatycznie, głośno było od kwiku świń i muczeń krów. Roje much tłoczyły się wszędzie, gdzie znajdował się człowiek lub zwierzę. Zapach odchodów niósł się przez całą wieś. Spał, a raczej nie spał w domu przylegającym ściana do obory i czuwał przez całą noc, wsłuchując się w odgłosy kopyt od czasu do czasu stukających w ścianę. Bał się, że ściana runie, a jego zadepczą krowy. Czy są jeszcze takie wsie jak ongiś Pakosław? Takie jak z książki „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego? Nie lubił Pakosławia. Za to uwielbiał Iłżę, z jej zamkiem, z wyżłobioną głęboko doliną, w której leżało miasto, ze ślicznym kościółkiem, gdzie tata był ministrantem, z cmentarzem na skarpie, gdzie leżeli dziadek i babcia. Lubił też pola pakosławskie, szczególnie te biegnące w górę na południe, ginące gdzieś na horyzoncie, miał wrażenie, że jest na Dzikich Polach, a z załamania terenu wyłoni się za chwilę czambuł tatarski, któremu stawi czoła Pan Wołodyjowski, zjawiwszy się nagle nie wiadomo skąd ze swymi ludźmi i ratując Pakosław przed spaleniem, a mieszkańców przed uprowadzeniem w jasyr.

 

Minął miejscowość Gózd. Przed kościołem z czerwonej cegły i szarym dachem z cynkowanej blachy uczynił znak krzyża. Tu dojeżdżał autobus miejski „G”. Znał to miejsce, bo towarzyszył kiedyś ojcu na trasie autobusu. Wiatr niósł go szybko dalej. Sam był zaskoczony jak szybko dojechał do Zwolenia, choć dystans 30 km zawsze budził w nim respekt i zniechęcał do podejmowania samotnie takiej próby. A tu się okazało, że dojechał praktycznie bez wysiłku. Dojechał do rynku, kupił w sklepie paczkę „Delicji”, małą „Muszyniankę” i usiadł na ławce pod pomnikiem Jana Kochanowskiego. Przyszło mu do głowy kilka zapamiętanych wersów poety:

A nigdy nie zabłądzi,

Kto tak umysł narządzi,

Jakoby umiał szczęście i nieszczęście znosić,

Temu mężnie wytrzymać, w owym się nie wznosić.

 

Pomyślał, że w sumie to niedaleko jest Czarnolas i byłoby całkiem przyjemnie położyć się cieniu lipy czarnoleskiej i podumać o życiu (czyli o Beacie…), ale spostrzegł się, że jest już późno i trzeba będzie wracać. Ruszył w drogę powrotną, ale nieprzyjemnie go zaskoczył czołowy wiatr. Nie czuł się jeszcze zmęczony i gdy dostrzegł na horyzoncie drogowskaz na Pionki, szybko wyobraził sobie mapę i doszedł do wniosku, że to jakoś musi być po drodze, bo pamiętał, że z Pionek do Radomia było ok. 20 km. Mając nadzieję, że ze Zwolenia do Pionek jest niedaleko, niewiele się namyślając skręcił w prawo w drogę na Pionki. Droga się jednak dłużyła, Pionek ani widu ani słychu, jeszcze dawał radę, ale siły powoli go opuszczały. Do Pionek ze Zwolenia zrobił prawie 20 km i gdy w końcu dojechał opadł zupełnie z sił. Tym razem kupił w sklepie coca-colę i paczkę „Hitów”. Położył się na trawie i długo odpoczywał. Gdy ruszył znowu, okazało się, że niewiele to pomogło i do samego Radomia wlókł się na najlżejszym przełożeniu, niewiele szybciej od pieszego. Jedyną pociechą była otaczająca go, przybliżająca się i tworząca tunel, którym jechał, a czasem oddalająca i otwierająca wielką polanę, Puszcza Kozienicka. Wyjechał właśnie z lasu na taką wielką polanę.

 

Wielka, czerwona kula wisiała nad ginącą na horyzoncie ścianą lasu. Przed nim leżała jakaś wieś na długiej prostej. Im bardziej się przybliżał do centrum wsi, tym bardziej droga się wznosiła. Jeszcze chwila i na tle zachodzącego słońca dostrzegł, dokładnie na wprost piękną bryłę kościoła. Zbliżył się bardziej, zsiadł z roweru i wszedł przez furtkę na teren otaczający kościół. Był oszołomiony. Skąd w takiej wiosce tak piękny kościół. Nigdy tu nie był. Wiedział już, bo dostrzegł tablicę na drodze, że to Jedlnia Kościelna. Znał tylko Jedlnię Letnisko, bo tam też jeździł autobus miejski linii „J”, był z ojcem. Ale do Jedlni Kościelnej już autobusy miejskie nie docierały. Dostrzegł otwarte drzwi, zostawił rower na zewnątrz, nie zatroszczył się nawet, by go zabezpieczyć, wszedł do przedsionka i doznał kolejnego olśnienia na widok pięknego barokowego wystroju wnętrza. Czerwony marmur kolumn po obu stronach nawy, złocony ołtarz, brąz ławek i dobrane kolory mozaiki pod stopami, nikłe już, ale przez to subtelne promienie zachodzącego słońca wpadające przez otwór nad ołtarzem. Nadmiar piękna spadł na niego z taką gwałtownością, że machinalnie osunął się na kolana na klęcznik znajdujący się w przedsionku przed oszklonymi drzwiami do wnętrza kościoła.

 

Są takie chwile w życiu dusz młodych, szlachetnych i wrażliwych, kiedy wszystko dookoła przestaje mieć znaczenie, kiedy się liczy ta jedna jedyna rzecz, to jedyne światło, które wdziera się niezapowiedziane, kiedy we wnętrzu czuje niespotykaną dotąd lekkość, kiedy do serca zaczyna się wlewać coś tak słodkiego, a jednocześnie wzniosłego, co powoli przenosi się na wszystkie zakamarki duszy i członki ciała, wszystko się nagle rozluźnia, na twarzy pojawia się wyraz jakiejś błogości, która niechybnie spowodowałaby szyderstwa i docinki ze strony kolegów z klasy. Na szczęście dla Karola nie mogli go zobaczyć w tej chwili, a on bez skrępowania mógł się oddać temu czemuś nieokreślonemu, czego doświadczał po raz pierwszy w życiu. Wiedział, że za chwilę zrobi się już ciemno, a on nie ma świateł przy rowerze, nigdy ich nie miał i nie zamierzał mieć, bo przecież to nie licowało z godnością czegoś takiego jak rower szosowy i że będzie trzeba wracać po ciemku po ruchliwej w końcu, mimo późnej pory, drodze. Ale było to w tej chwili nieważne. Tak nieważne, że aż sam poczuł zdziwienie, że się tego w ogóle nie obawiał, tak jak nie obawiał się miliona innych rzeczy w tym momencie, takich jak np. bliskie spotkanie pierwszego stopnia z bandą miejscowych żuli albo z lochą i jej małymi w kolejnej partii lasu, przez którą, już po ciemku, będzie musiał przejechać. Albo jeszcze z Waliszewskim, najgorszym łobuzem z ich szkoły, którego się bał i który nieraz go prześladował, chociaż jak do tej pory, obyło się bez poważnego ciosu np. w szczękę i kończyło się tylko na podcinaniu i obalaniu na ziemię oraz wystawianiu na pośmiewisko dawno już sterroryzowanych koleżków Waliszewskiego, otwierających zawsze posłusznie swoje głupie mordy w niezbyt inteligentnym uśmiechu. Tak, w tej chwili czuł zdecydowanie, że miałby siłę wlać samemu Waliszewskiemu, no, może nie wlać, ale stawić czoło bez tego obezwładniającego lęku, który mu towarzyszył i być może powiedzieć nareszcie kilka mocniejszych słów. Albo nie, nawet nie to, tylko porywająco do Waliszewskiego przemówić i powalić go elokwentną dyplomacją i tak bez jednego wystrzału wyjść sucho z opresji, ba! przeciągnąć go na swoją stronę i uczynić wiernym psem gończym na własne usługi.

Dość, że wpatrując się we wnętrze kościoła, doświadczał takiego szczęścia, bezpieczeństwa i lekkości, że najgorszy nawet scenariusz nie wyrwałby go z tego stanu. Ale wyrwał kościelny, który w końcu przyczłapał, brzęcząc kluczami i wołając, że zamyka kościół. Karol wstał szybko, rzucił okiem raz jeszcze na czerwone kolumny, złocenia i ołtarz i przemknął obok kościelnego, nie zdążywszy nawet powiedzieć „Szczęść Boże!”, czy chociażby „Do widzenia”. Uskrzydlony tym, co przeżył ruszył dalej, prawie po ciemku, przezornie zjeżdżając na pobocze, jak tylko dotykała go smuga światła auta jadącego z tyłu. Odzyskał nagle siły i pędził już swoim normalnym rytmem, pokonując bardzo szybko ostatnie 15 km. Nie spojrzał nawet na tablicę z nazwą miejscowości „Antoniówka”, gdzie mieli działkę.

 

Ojciec zawsze powtarzał, że człowiek powinien w życiu mieć coś własnego. Własną żonę (stąd się wzięła mama), własne dzieci (stąd się wzięła ich trójka), własne mieszkanie (trochę małe, ale zawsze coś) lub dom (o tym raczej nie mogli marzyć), własny kawałek ziemi (stąd działka w Antoniówce i postawiona tanio drewniana buda, w której uwielbiali nocować latem), własne poglądy, własną (a nie cudzą) wiarę (mimo, że do kościoła nie chodził), własny fach, własną firmę (marzył o firmie transportowej) i w ogóle mnóstwo takich różnych rzeczy na „własność”. Mam żartowała, że całkiem wielki z niego właściciel, skoro ma tyle różnych rzeczy na „własność”, szkoda tylko, że ta własność nie przynosi większych dochodów. Ojcu wtedy twardniało spojrzenie, a mama szybko się wycofywała i zmieniała temat, bo już miała dość niepotrzebnych kłótni z mężem.

 

Wszedł do domu skonany, ale szczęśliwy jak nigdy, dumny z tego, że przejechał sam aż 75 km, co szybko sprawdził na mapach google i wciąż pod wrażeniem tego, czego doświadczył w kościele w Jedlni Kościelnej. Spał jak worek kartofli. Tak lubiła to określać mama.

16 września 2016

Dobra zmiana

Ponieważ wrzesień niesie ze sobą zwykle różne zmiany, to pomyślałem, że tytuł "dobra zmiana" będzie w sam raz na czasie. W różnych obszarach są te zmiany. Np. w końcu po wielu miesiącach piszę posta na blogu. W dodatku jest to post nr 100. Wydawca sprzedał cały pierwszy nakład "Twojej duszy" i musiał zrobić dodruk. Mówi, że będzie jeszcze jeden dodruk. Co za zmiana! Ostatnio przyszedł do mnie jeden taki sędziwy, aczkolwiek wyglądający na co najmniej 10 lat mniej, pan, z którym pracuję i powiedział, że bardzo się wzruszył czytając. Co potwierdza, że książka okazała się być dla wszystkich. Nie tylko dla młodzieży. Niezła zmiana w postrzeganiu.

Rozmawiam z wydawcą o wydaniu kolejnej książki, ale nie wiem, jak będzie z tą zmianą. Jak wiecie, to jest książka o Radomiu, moim podwórku na XV-leciu, mojej szkole nr 5, parafii na Struga i na Osiedlu nad Potokiem. Oprócz Marysi, ja ją komuś dałem do czytania, oczywiście nie zdradzę komu i ten ktoś napisał:

"No, no... przeczytałam kilka dni temu, się wciągnęłam oczywiście i w nocy czytałam, to chyba dobry znak? :) I że taka zwyczajność, ale przecież niezwyczajna tego szestanstego roku (życia-przyp. mój) to też miłe, dobre, oczekiwane.
Tylko mnie zabrakło puenty, albo może chociaż czegoś co by we mnie zostało. Może niekoniecznie puenty, ale  może poruszeń, które by we mnie zostały? Perła to mnie poruszała wiele razy jak czytałam. Tutaj "wiele" to bym nie powiedziała. Albo, żebym wiedziała wyraźniej czemu już po roku byli nie tymi samymi ludźmi? Czemu ten 16. taki ważny? A może to jest subtelnie i wcale nie musi być wyraźniej. Może właśnie 16 rok to takie zamieszanie, że właśnie trochę głębiej się przeżywa momentami, ale nie całkiem, momentami płyciej i to tutaj oddajesz. No nie wiem. 
W każdym razie, cieszę się, że ktoś o tej wczesnej dorosłości, o tych dylematach wchodzenia w dorosłość piszę, bo zawsze sobie myślałam, że tego brakuje. Mnie tego brakowało, jak miałam, no, nie 16, tylko 19. 
No, plus ja jeszcze zawsze mam ten problem, jak w Perle, że czasy dla mnie troche niedookreślone. I kalka z Perly z tym intelektualnymi spotkaniami. Za to bohater jeden glowny i to fajnie. I te przejawy, krotkie momenty pojawiania sie jakichś głębszych uczuć duchowych i patriotycznych, takie też na ten wiek i dobre i prawdziwe. Dobrze pokazane, że ten podwórkowy świat sie poszerza, że trzeba z tego podwórka wyjść w wieeelki świat. Że ten swiat to aż tak dużo, że się nowe horyzonty przed człowiekiem otwierają. Trochę straszne, a trochę fascynujące. I że ta wielka miłość, nawet jak bardzo poważne chwilowo, to jest ważna wtedy i nie umniejsza jej wielkości to, że nietrwała."
Bardzo przyjemnie napisane i myślę, że jakoś trafnie. Taka się jakoś ta krótka książeczka napisała po prostu. Ma chyba niecałe 350 tys. znaków, dla porównania "Twoja dusza" miała 550 tys.
Więc dobra zmiana w tym przypadku polega na tym, że jest krótsza, co zapewne wielu doceni. W ogóle to lubię teraz książki, które opisują Polskę lokalną. Wakacje spędzaliśmy u Wieliczków w Starych Bogaczowicach k. Wałbrzycha. Poznałem tatę Andrzeja, który opowiadał o Wałbrzychu w niesamowicie porywający sposób. On, człowiek, który zjeździł pół świata, mówi, że Wałbrzych i okolice to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Mnie akurat nie musiał przekonywać, bo ja też tak sądzę, co najmniej od 1994, kiedy to odwiedziłem tę okolicę po raz pierwszy. W Świebodzicach mieszkał od 1948 r. mój śp. stryj Stefan. Zjeździliśmy z bratem na rowerach całą okolicę. Jest cudna.

W ogóle cały ten Wałbrzych górniczo-robotniczy ma w sobie coś po prostu. Ja nawet z rozpędu, ku własnemu zaskoczeniu, przeczytałem tam będąc całą tą Joannę Bator, Piaskową Górę, która jest o Wałbrzychu właśnie. Ona jest fałszywa i nie do przyjęcia oczywiście, ale ten diabelski młyn ona dopiero rozkręca na ostatnich 100 stronach. Chce koniecznie przekonać, że świętość nie istnieje, a przecież każdy kto ma babcię i dziadka wie, że to nieprawda. Więc w ramach szukania tego, co lokalne nawet w te rejony się zapędziłem. Lubię Wałbrzych po prostu. Potem połknąłem taką maleńką książeczkę "Guguły". To się dzieje na Jurze. Dużo fajnych klimatów, choć też różne rzeczy się dzieją.

Potem byliśmy w Świnoujściu u kolegi Krzysztofa, który w tak fascynujący sposób opowiada o swoim mieście, o porcie, o gazoporcie, o morzu, prawie morskim i tysiącu innych rzeczy, że mi się sama w głowie pisała książka o nim i o tym niezwykłym Świnoujściu i o tych wszystkich przygodach jego bandy. Nie wiem, czy dałbym radę napisać. Może jakbym siedział tam trzy miesiące i dzień w dzień słuchał tego Krzycha chodząc po porcie, po plaży, po falochronie i po mieście.

Więc każde miasto powinno mieć swoją powieść. I to taką oczywiście, która nie szydzi z tego, co lokalne, nie podkreśla, że jedyne, co warto, to stamtąd wiać, która doceni, a nie obrzydzi, podniesie, a nie wdepcze, pomaluje ten świat subtelnymi kreskami, odda mu hołd, pochyli się z miłością nad tym, co boli, nie ukryje prawdy, ale nie będzie potępiać. No i Kościół. On tam musi być, bo jest przecież. Trwa pokornie w najmniejszej wiosce. Nie wyjeżdża do Anglii. To dopiero jest projekt. Polska Wielki Projekt Powieściowy. Taka dobra zmiana na pewno by się przydała.

Np. taki Radom robi jakiś konkurs na powieść. Coś tam że Gombrowicz niby z tym Radomiem związany i dalej na tej fali może wyjedziemy. To ja sobie myślałem, że to taki konkurs na promowanie lokalności jest i że zaraz będzie wysyp fajnych książek o moim mieście. A tu patrzę, a to tylko dla wielkich nazwisk. Że i w jury i laureaci to jakieś poważne postaci ze świata. Aha, czyli to taki projekt, żeby świat łaskawie raczył spojrzeć na ten biedny Radom. No więc nic z tego nie będzie. A mógłby już ten Radom wyjechać z promocją młodych talentów literackich, które będą pisać o Radomiu po prostu i mieć w nosie wielki świat, który ma w nosie Radom.

A przecież młode talenty, a nie stare klopsy to nasza jedyna nadzieja.

11 grudnia 2015

W Świdniku i Lublinie

Byłem wczoraj w Świdniku i Lublinie. Było cudownie. W Świdniku, Tomek Szydło, który jest zastępcą burmistrza, zorganizował spotkanie w Bibliotece Publicznej. Pan Dyrektor Mirosław Król przywitał i zagaił. Chciałbym serdecznie im podziękować, a także zebranym, których przyszło ponad 20 osób. Mam zaproszenie do szkół świdnickich. To będzie w marcu, mam nadzieję. 
Zaraz potem odbyło się spotkanie w klimatycznym lokalu Między Słowami na Starym Mieście w Lublinie. Prowadził znakomicie Rafał Czyżyk. Muszę powiedzieć, że pytaniami szybował wysoko i musiałem się nieźle sprężać, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Przyszło bardzo dużo osób, ponad 30, ledwie się mieściliśmy, co widać na zdjęciach. Bardzo wszystkim dziękuję. 
Poldzio jest chory, więc nie mogę dużo pisać, ale obiecuję, że po spotkaniu w Krakowie w przyszłym tygodniu, które odbędzie się pod niebanalnym adresem (Rynek Główny 1, Sukiennice) napiszę jakąś rekapitulację z dotychczasowych spotkań, zadawanych pytań, moich odpowiedzi, etc. Jestem pod wrażeniem tak wielkiego zainteresowania i ciepłego przyjęcia tego mojego debiutu.
A tymczasem kilka zdjęć, najpierw ze Świdnika, a potem z Lublina.













07 grudnia 2015

Twoja dusza była perłą w Radomiu


W ub. czwartek, 3 grudnia, miała miejsce radomska premiera powieści w Klubie Łaźnia na Żeromskiego. Myślę, że wszyscy, którzy znają Radom, wiedzą, jak cudowne jest to miejsce. Występowałem tam w kabarecie, organizowaliśmy tam bale. I było istotnie cudownie. Na sali zasiadło prawie 50 osób. Był mój tata, mój brat Karol i bardzo wiele osób z mojej dalszej rodziny (jestem jednym z trzydzieściorga wnucząt moich dziadków). Był Pan Karol Semik, Wiceprezydent miasta Radomia, długoletni dyrektor mojego liceum. Był Pan Profesor Adam Wasilewski, mój nauczyciel języka polskiego z tegoż liceum. Był ks. Marek Adamczyk, proboszcz na Os. Akademickim. Mnóstwo przyjaciół ze skautingu, z oazy na Grzybowskiej, z mojego osiedla XV-lecia. Z wieloma nie widziałem się tyle lat, że ho ho.... Możecie więc sobie wyobrazić, jak nostalgicznie się czułem. Wróciłem do domu dziesięć metrów nad ziemią. Ania Skurzyńska świetnie prowadziła spotkanie i zaskakiwała mnie co i rusz znajomością powieści. No i jeszcze przemiła kolacja u Marleny i Piotra Władysława.
Jestem bardzo wdzięczny wszystkim.


Można posłuchać, co mówiłem dla Radia Plus Radom tutaj




30 listopada 2015

Co czytam


Mówiliśmy wczoraj ze Zbychem na Forum Młodych w Audi Maxie o kulturze. Przytaczaliśmy też autorów i tytuły. Poniżej lista moich lektur z dwóch starszych wpisów o lekturach polskich i obcych

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz

Juliusz Słowacki, Król-Duch, Anhelli

Henryk Sienkiewicz, Trylogia, Quo vadis, Krzyżacy

Bolesław Prus, Lalka

Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem

Florian Czarnyszewicz, Nadberezyńcy (powieść)

Karol Zbyszewski, Niemcewicz od przodu i tyłu

Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III

Jan Chryzostom Pasek, Pamiętniki

Henryk Rzewuski, Pamiątki Soplicy

Michał Kryspin Pawlikowski, Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego (powieść)

Michał Kryspin Pawlikowski, Wojna i sezon (powieść)

Gabriel Maciejewski, Baśń jak niedźwiedź, tom I, II, III

Gabriel Maciejewski, Atrapia

Włodzimierz Odojewski, Zasypie wszystko, zawieje (powieść Wołyń rok 1943)

Feliks Koneczny, Święci w dziejach narodu polskiego

Aleksander Kamiński, Kamienie na szaniec, Wielka gra

Piotr Wierzbicki, Myśli staroświeckiego Polaka

Walerian Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach

Jan Paweł II, Dar i tajemnica

Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość

Adolf Bocheński, Między Niemcami a Rosją

Jerzy Dobrowolski, Wspomnienia moich pamiętników (o życiu w PRL)

Józef Mackiewicz, Kontra (powieść o antybolszewickim nastawieniu narodów wschodnioeuropejskich w czasie II wojny)

Józef Mackiewicz, Lewa wolna

Józef Mackiewicz, Droga donikąd (arcydzieło polskiej literatury XX wieku)

Józef Mackiewicz, Nie trzeba głośno mówić

Józef Mackiewicz, Fakty, przyroda, ludzie

Józef Mackiewicz, Sprawa pułkownika Miasojedowa

Maria Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi (powieść)

Maria Rodziewiczówna, Dewajtis (powieść)

Maria Rodziewiczówna, Między ustami a brzegiem pucharu (powieść)

Ferdynand Goetel, Czasy wojny (wspomnienia)

Ferdynand Goetel, Z dnia na dzień (powieść)

Sergiusz Piasecki, Kochanek wielkiej niedźwiedzicy (powieść-przemytnicy pogranicze polsko-rosyjskie w latach 20 XX w.)

Ferdynand Ossendowski, Lenin

Ferdynad Ossendowski, Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów

Stanisław Rembek, Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe

Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna (polskie życie intelektualne lata 90-te XX w.)

Zofia Kossak, Krzyżowcy, Król trędowaty, Bez oręża

Zofia Kossak, Pożoga

Zofia Kossak, Dziedzictwo

Antoni Libera, Madame (powieść-liceum lata 60-te XX w.)

Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem (powieść-mit powstania styczniowego-druga połowa XIX w.)

Bohdan Cywiński, Rodowody niepokornych (kształtowanie etosu polskiej inteligencji w XIX i na początku XX wieku)

Janusz Krasiński, Przed agonią, Niemoc, Twarzą do ściany (powieści-katastrofa II wojny, prześladowanie przez hitlerowców w czasie wojny i NKWD po wojnie)

Ewa Czaczkowska, Prymas Wyszyński

Ewa Czaczkowska, Ksiądz Jerzy Popiełuszko

Stefan Wyszyński, Duch pracy ludzkiej / Wszystko postawiłem na Maryję/ Zapiski więzienne

Ewa Czaczkowska, Siostra Faustyna

Roman Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka

Roman Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa

Ewa Thompson, Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm

Witold Kieżun, Drogi i bezdroża polskich przemian, Patologia transformacji (Polska po 1989 r.)

Mieczysław Jałowiecki, Na skraju imperium, Wolne miasto, Requiem dla ziemiaństwa (absolutna rewelacja)

Marek Hłasko, Piękni dwudziestoletni

Karolina Lanckorońska, Wspomnienia wojenne

Jerzy Stempowski, Eseje dla Kassandry, Od Berdyczowa do Lafitów

Stanisław Kozicki, Historia Ligi Narodowej 1887-1907

Eugeniusz Małaczewski, Koń na wzgórzu

Barbara Toporska, Spójrz wstecz, Ajonie

Halina Poświatowska, Opowieści dla przyjaciela

Maria Paszyńska, Warszawski niebotyk

A. Manzoni, Narzeczeni

Augustyn z Hippony, Wyznania

W. Faulkner, Absalomie, Absalomie

Stefan Zweig, Magellan

Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa

M.V. Llosa, Wojna końca świata

Adolfo Bioy Casares, Sen o bohaterach

Jerome Carcopino, Juliusz Cezar

C.S. Lewis, Opowieści z Narni

V. Hugo, Nędznicy

S. Marai, Żar

S. Marai, Wyznania młodego patrycjusza

S. Marai, Występ gościnny w Bolzano

S. Marai, Sindbad powraca do domu

Lew Tołstoj, Anna Karenina

Julio Cortazar, Opowiadania

C.S. Lewis, Cztery miłości

G.K. Chesterton, Przygody księdza Browna

Knut Hamsun, Wiktoria

J.R.R. Tolkien, Hobbit

J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni

Joseph Roth, Marsz Radetzky’ego

Mika Waltari, Egipcjanin Sinhue

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren

Ivo Andric, Most na Drinie

Magda Szabo, Tajemnica Abigail

Jaroslav Durych, Zbłąkani

Alessandro d’Avenia, Biała jak mleko, czerwona jak krew

Alessandro d’Avenia, Cose che nessuno sa

Alessando d'Avenia, Cio che inferno non e

Michaił Szołochow, Cichy don

Evelyn Waugh, Powrót do Brideshead

Flannery O’Conor, Trudno o dobrego człowieka

Flannery O’Conor, W pierścieniu ognia

Zsuzsa Bank, Pływak

Zsuzsa Bank, Jasne dni

L. Pirandello, Świętej pamięci Mattia Pascal

Carmen Laforet, Złuda

F. Dostojewski, Zbrodnia i kara

M. Van den Meersch, Ciała i dusze

S. Tamaro, Idź za głosem serca

A. Saint-Exupery, Nocny lot. Ziemia, planeta ludzi

G. Greene, Moc i chwała

G. Greene, W Brighton

G. Greene, Sedno sprawy

Jung Chang, Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin

Rumer Godden, Opactwo Brede

Soseki Natsume, Sedno rzeczy

Soseki Natsume, Jestem kotem

Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia

Dino Buzzati, Pustynia Tatarów

Dezso Kosztolanyi, Ptaszyna 

Dezso Kosztolanyi, Kornel Esti

Shusaku Endo, Milczenie

Shusaku Endo, Samuraj

Tarjei Vesaas, Ptaki

Jean Raspail, Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii

Laurent Gaude, Słońce Scortów

Harper Lee, Zabić drozda

Harper Lee, Idź, postaw wartownika


26 listopada 2015

Spotkanie we Wrocławiu

To było fantastyczne spotkanie. Chciałbym bardzo podziękować Organizatorom i Uczestnikom. Było prawie 40 osób. Ani jedna książka nie wróciła do Warszawy. Szczególne podziękowania dla Ośrodka Pamięć i Przyszłość. Spotkanie odbyło się w Cafe Konspira na Placu Solnym. Śliczne miejsce. Chciałoby się nie wychodzić, tylko mówić i mówić. Całe szczęście była dogrywka. Kolacja w lokalu po przeciwnej stronie rynku. I jeszcze przemiła gościna na Stanisławskiego. Cudny ten Wrocław. Ostrzegam, że wracam na wiosnę na spotkanie z czytelnikami, którzy przeczytali książkę. Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania. Zapraszam do Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego w najbliższy weekend. W sobotę 28 listopada między 13 a 15 będę podpisywał książki, a w niedzielę 29 listopada o 12.10 ze Zbyszkiem Korbą będziemy opowiadali o kulturze w ogóle i literaturze w szczególności. I o książce też. A za tydzień, w czwartek 3 grudnia, spotkanie w Radomiu, w Klubie Łaźnia na ul. Żeromskiego, o godz. 18.00. Zapraszam!















18 listopada 2015

Premiera powieści w kinie Muranów

Kilka zdjęć autorstwa Tomasza Zyberta poniżej. Chciałbym serdeczne podziękować wszystkim, ponad 150-ciu Uczestnikom-Czytelnikom. Marcie i Krzyśkowi za tak urocze prowadzenie, Kasi i Grześkowi za obsługę stoiska z książkami, Ekipie Czytającej (Asi, Hani, Monice, Małgosi, Andrzejowi, Pawłowi, Kubie, Antkowi), która tak miło otworzyła spotkanie, uczestnikom panelu: Pani Agnieszce Żurek, Ojcu Michałowi, Panu Pawłowi Wilkowi i Zbyszkowi Korbie. Tomkowi Zybertowi dziękuję za super zdjęcia. To było bardzo miłe spotkanie. Ciągle jeszcze do mnie nie dociera, że to naprawdę. Dziękuję Wam!

Zapraszam za tydzień do Wrocławia. Środa, 25 listopada, godz. 18.30, Cafe Konspira, Rynek Solny 11