20 września 2009

Czerwona gałąź u Skautów Europy z lotu ptaka


Inspiracją do napisania tego tekstu była rozmowa z Marie-Camille Borde, naczelniczką francuską od 2008 r. Wymienialiśmy różne poglądy na temat skautingu i w pewnym momencie Marie-Camille zaczęła opowiadać coś bardzo frapującego o czerwonej gałęzi. Brzmiało to mniej więcej tak:

„Często bywa tak, że z czerwoną gałęzią jest najtrudniej, ponieważ z natury rzeczy jest ona najmniej określona i najmniej sztywno osadzona w schematach. I tak ma być, bo taka jest jej natura, w przeciwieństwie do gałęzi żółtej, czy zielonej, gdzie wszystko jest o wiele bardziej zdefiniowane i określone. A gałąź czerwona jest prosta – bierzesz plecak i idziesz na wędrówkę, zachowując styl skautowy. Ale właśnie ta prostota powoduje, że można do niej „dodać” wiele rzeczy dodatkowych, dobrych lub niedobrych. Przychodzi jeden namiestnik i pcha czerwoną gałąź mocno w jakąś stronę, przychodzi kolejny i pcha ją w nieco inną. Czasem dobrą czasem złą, czasem niełatwo się tak szybko zorientować. W żółtej i zielonej tego typu pole manewru jest mniejsze, a jak namiestnik żółty lub zielony robi coś nie tak, to o wiele szybciej można to dostrzec. W czerwonej nie, można z niej zrobić różne rzeczy i trzeba być bardzo czujnym, żeby nie zrobić z niej czegoś, co nie do końca jest zgodne z kodem genetycznym naszego ruchu”.

Muszę powiedzieć, że słuchałem tego jak zaczarowany. Od razu zaczęły mi wyskakiwać różne okienka reprezentujące jakieś wizje czerwonej gałęzi z napisami: to tak, to nie. Weźmy zatem trochę na warsztat kilka intuicji dotyczących czerwonej gałęzi. Oczywiście, gdzieś mogę się pomylić, przesadzić lub źle zaakcentować. Proszę wytknąć. Poprawię.

1)      W sensie ścisłym czerwona gałąź to młode przewodniczki, młodzi wędrownicy, czyli 17-18 lat

Przewodniczkami i wędrownikami są młodzi w wieku 17-18 lat. Młodsi są harcerkami, harcerzami. Starsi są szefowymi i szefami. Zdarzają się co prawda kręgi „młodych” wędrowników w wieku studenckim, czy takie kręgi licealno-studenckie, co dzieje się w przypadku ludzi przychodzących w wieku maturalnym, czy na 1 roku studiów. Te sytuacje graniczne, które jak wiadomo, zawsze są, nie zmieniają naszej podstawowej intuicji, że w sensie ścisłym czerwona gałąź to młodzi. Starsi, czyli co do zasady osoby w wieku powyżej 18-19 roku życia są szefami (przybocznymi, drużynowymi), którzy żyją duchem i stylem wędrowniczym. „Styl wędrowniczy w Kraalu” – jest nawet taka konferencja na Adalbertusie. Czyli wszyscy powyżej 18 roku życia, którzy czegoś chcą w naszym ruchu, są przewodniczkami i wędrownikami w znaczeniu ogólnym. Nie są czwartą gałęzią ruchu skautowego, podobnie jak HR-ki i HR-rzy nie są piątą gałęzią ruchu skautowego, o czym jeszcze będzie mowa. Dlaczego te rozróżnienia są ważne? Dlatego, żeby właściwie odpowiedzieć na potrzeby dziewczyny i chłopaka z liceum w wieku 17-18 lat, które nie są takie same jak potrzeby studentki, studenta w wieku powyżej 19 lat. W szczególności dla młodych w wieku 17-18 lat podstawowym motorem samowychowania nie jest pełnienie odpowiedzialności jako szef/szefowa, ale przygoda w gronie rówieśników. Trochę taki ZZ na ciut wyższym poziomie. Jak tak celowo stawiam na stół tę koncepcję „ZZ na wyższym poziomie”, żeby ją zweryfikować, czy ona jest prawdziwa, czy nie. Tak to czuję na dziś, ale mogę się mylić.

Podobnie nie możemy się przywiązywać do sztywnego modelu szefa młodych np. że powinien nim być ktoś kto ma 24 lata i jest po 3 latach służby jako drużynowy. To jest ok., ale to jest bardzo rzadki okaz. Będziemy się systematycznie pozbywać owoców naszej pracy w żółtej i zielonej z takim podejściem, bo w 90% środowisk takiego kogoś nie znajdziemy. Co zatem? Otóż trzeba być otwartym na wszelkie rozwiązania. Szefem młodych MOŻE być ktoś, kto ma 18 lat, czyli od razu po młodej drodze. MOŻE być ktoś kto ma lat 21 lub 25. MOŻE być ktoś kto ma lat 30 lub 40. Jest jeden warunek: JEŚLI DZIEWCZĘTA I CHŁOPAY NIE UCIEKAJĄ Z MŁODEJ DROGI PRZY TAKIM SZEFEI/SZEFOWEJ. Co z tego, że mamy super doświadczonego szefa w wieku lat 25, jak oni z tej młodej drogi uciekają? Jak nie ma wędrówek co miesiąc, bo ten szef jest zajęty pracą i chodzeniem za przyszłą żoną? Taka młoda droga nie działa. Lepiej było zaryzykować i wziąć odpowiedzialnego 18-latka. Wiem, że np. w Wwie w wielu przypadkach tak postawiono na nogi młodą drogę. Czyli elastyczność po prostu i realna ocena.

 

2)      Osoby powyżej 18-19 lat, szczególnie w okresie 19-24 lata, podejmują służbę jako szef/szefowa, która staje się podstawowym narzędziem samowychowania, a ruch skautowy wspiera ich formację pedagogiczną oraz wspomaga ich formację osobistą ku dojrzałości chrześcijańskiej, którą symbolizuje Fiat i Wymarsz.

 

Szefowie i szefowe nie są już przewodniczkami i wędrownikami w sensie ścisłym, tylko są dorosłymi, którzy żyją stylem wędrowniczym.

 

W tym okresie zatem chodzi o dobrą równowagę między odpowiedzialnością a różnymi sposobami motywowania do pracy nad sobą „młodego” dorosłego człowieka. Gdy nie ma minimalnej odpowiedzialności i służby kreujemy „klub starych koni”. Gdy nie ma minimalnej propozycji życia wędrowniczego w kręgu szefów/ognisku szefowych kreujemy „działaczy harcerskich”. Dodatkowo proponuje się, czy kładzie się szefowym/szefom mocno na sercu sprawę odpowiedzialności za własną formację osobistą i zachęca (nie zmusza!) do wybrania sobie opiekuna/matki drogi oraz spowiednika i/lub kierownika duchowego. Musi być i jedno (odpowiedzialność) i drugie (życie wędrownicze) i trzecie (środki osobistej formacji w skautingu lub poza skautingiem) z właściwą równowagą utrzymywaną przez hufcowego/hufcową i jego ekipę.

 

Bez odpowiedzialności, czyli służby jako szef lub innej poważnej służby życie wędrownicze trochę nie ma sensu, no bo bądźmy poważni, co my tu stare konie robimy, to nie dla nas ten skauting, tylko dla młodych przecież, zajmijmy się nimi. Żadne życie wędrownicze mnie tak nie wychowało jak poczucie odpowiedzialności za tych 20-stu chłopaków. Spotkania formacyjne przy kawce w miłej salce mają w skautingu sens o ile każdy z nas niesie za sobą ten radosny bagaż odpowiedzialności, która nas czyni ludźmi poważnymi. Ale też to właśnie w tym okresie studenckim człowiek tak naprawdę zaczyna mierzyć się z dojrzałością chrześcijańską: meblowaniem teologicznym swojej głowy, prowadzeniem życia wewnętrznego, korzystaniem z rekolekcji indywidualnych, kierownictwa duchowego, etc. Odpowiedzialność za młodszych jest też świetną motywacją do pracy nad sobą. Skoro innych uczę, sam też korzystam.

 

To się dzieje częściowo w skautingu, a częściowo poza nim. Zwykle spotkania kręgu szefów/ogniska szefowych będą miały miejsce raz na miesiąc. We wrześniu będzie pielgrzymka przewodniczek i wędrowników, w październiku jakieś spotkanie kręgu/ogniska, w listopadzie Forum Młodych, w grudniu/styczniu opłatek ze scenkami, w lutym wędrówka zimowa, w marcu rekolekcje, w kwietniu spotkanie, w maju wędrówka, w czerwcu spotkanie-rada hufca, w sierpniu kilkudniowa wędrówka wakacyjna. Więc pewnie średnio w ciągu roku będziemy mieli 3-4 wędrówki, raz rekolekcje ( w Wielkim Poście, niektórzy robią też drugie rekolekcje w Adwencie), jeden lub dwa razy jakiś udział w większej imprezie krajowej (np. Forum Młodych) lub hufca (np. opłatek). Pozostaje tylko zaplanować 2-3 spotkania takie zwyczajne, które mimo, że są stacjonarne, nawet jeśli w salce, to i tak staramy się zaplanować zgodnie z 5 celami i zgodnie z podstawowym mechanizmem naszej pedagogiki, że to uczestnicy są aktywnymi twórcami zajęć skautowych.

 

Równocześnie zachęcamy, by nasz szef/szefowa miała swojego opiekuna/matkę drogi, z którym się spotyka kilka razy w ciągu roku, ma swojego hufcowego/hufcową, który stara się z nim kilka razy w roku porozmawiać, wreszcie swojego spowiednika i/lub kierownika duchowego. Zachęcamy. Nie kreujemy ścisłego obowiązku. To ważne moim zdaniem, choć wiem, że nie wszyscy się zgodzą z takim podejściem i będą preferowali użycie słowa „obowiązek”. Mam wrażenie jednak, że podzielamy podejście „zachęcające”, natomiast wielu dodatkowo lubi wzmocnić przekaz właśnie słowem „obowiązek”, by bardziej zmotywować. Więc w tym sensie ok, niech będzie ten obowiązek. Dodatkowo ma swoją jednostkę, szczep, szczepowego/szczepową, duszpasterza, z którymi współpracuje. W tych relacjach też jest mnóstwo ładunku formacyjnego, nawet jeśli często chodzi o sprawy organizacyjne. A dodajmy jeszcze do tego obozy szkoleniowe i spotkania namiestnictw w ciągu roku, to tego już się sporo uzbiera. Z własnego doświadczenia powiem tylko tyle, że mój duszpasterz drużyny, w której byłem drużynowym, miał ogromny wpływ na moją formację osobistą, niejako pośrednio, w ramach sprawowanej przeze mnie funkcji uczył mnie dostrzegać problemy wychowawcze, formacyjne u chłopaków, mnie nie oszczędzając i tym samym je mogłem dostrzegać u siebie oraz proponował różne środki, które i mnie pomagały. Więc w dużej mierze ta moja formacja wtedy była bardzo praktyczna, niejako w boju. Potem, rzecz jasna, z wiekiem przyszedł bardziej refleksyjny i osobisty sposób pracy nad sobą. To mniej więcej polega na tym, co mówił David Sanchez o duszpasterzu swojej drużyny. Kiedy rozmawiali o tym, jaki temat David jako drużynowy ma poruszyć z chłopakami padła kwestia spowiedzi. „Z tego, że sam nie korzystasz, nie wynika, że nie masz innym o tym powiedzieć” – wypalił duszpasterz w kierunku Davida. Nie pytałem go o ciąg dalszy, ale wyobrażam sobie, że dla Davida musiało to być jakoś motywujące.

 

Biorąc po uwagę fakt, że tego tyle jest, to formacja szefowej, szefa nie ma polegać na mnożeniu różnych spotkań formacyjnych, ale na przekonaniu się, że naprawdę, tak realnie, ten chłopak, ta dziewczyna rozwija się osobiście i jest dobrym szefem/szefową. Chodzi o to byśmy mieli podejście indywidualne, nie: formalne, tylko: REALNE, oparte na tym, co rzeczywiście się dzieje u tej szefowej, czy tego szefa. Czy stoi na własnych nogach czy nie. Czy ma własny silnik czy nie. To się może dziać dzięki tej pomocy jaką daje skauting, w szczególności ognisko szefowych/krąg szefów, a może się dziać dzięki innym czynnikom. Grunt, żeby się działo. Nasza formacja nie ma polegać na „zaliczaniu” środków formacyjnych. Szefowej/szefowi nie sporządzamy „tabelki z wymaganiami” i w zależności od formalnego ich wypełnienia promujemy lub nie na jakieś dalsze funkcje. Nie sprawdzamy listy obecności. Orły nie wchodzą po schodach. Nasza formacja to raczej „system zachęt” do: rekolekcji, wędrówek, modlitwy osobistej, spowiedzi, kierownictwa duchowego, etc. Nie czynimy z tego „warunku” powierzenia odpowiedzialności. To nie jest „obowiązek”. Obowiązki to będą jak pójdziesz do zakonu. Wydaje mi się, że taki system „zachęty”, a nie „obowiązku” bardziej sprzyja wykluwaniu się indywidualnych talentów po prostu. „Obowiązkom” poddają się osoby mniej utalentowane. Na „zachęty” są bardziej czułe osoby zdolniejsze, bardziej ceniące przestrzeń wolności i szukające miejsca dla osobistej inicjatywy. Może się mylę, ale tak mi podpowiada osobiste doświadczenie.

 

Oczywiście zawsze wszystko zależy od tego, kogo mamy przed sobą. W skrócie i upraszczając, ludzie dzielą się na „inżynierów” i „poetów”. „Inżynierowie” są solidniejsi, pewniejsi, można na nich polegać, cenią sztywne, matematyczne wręcz reguły, czują się szczęśliwi będąc dowodzeni „silną” ręką. Oni będą z reguły cenić jasny system „obowiązków”. Brakuje im jednak czasem polotu, fantazji i charyzmatu do pociągania innych. Z kolei „poeci” lubią chodzić własnymi ścieżkami, cenią wolność, są być może nazbyt przeczuleni na sztywne reguły i obowiązki właśnie. Za to mają polot i fantazję i inni lgną do nich, bo w sposób naturalny fascynują. Ale są często chimeryczni i nieprzewidywalni. Ogólnie na początku formacji każdemu daje się to, czego oczekuje, do czego przywykł. Inżynierom kreuje się obowiązki, poetom daje się wolną rękę. Stopniowo, w miarę wzrastania więzi i relacji, z wyczuciem i bardzo indywidualnie, trzeba się starać inżynierów nieco „poluzować”, tak by odkryli wartość wolności wewnętrznej, czyli żeby decydowali sami bez żadnej „mapy drogowej”, natomiast poetom, którzy mają nadmiar tej wolności wewnętrznej starać się ukazywać wartość obowiązków, stałych praktyk, etc. Trzeba być jednak na tyle mądrym i roztropnym, by nie pretendować nigdy do tego, by „inżyniera” przerobić na „poetę” i odwrotnie. Tu chodzi tylko o delikatne wygładzenie kantów, a nie o zmianę osobowości. Podstawowa zasada w każdej formacji to szanować w sposób sensowny to, kim ktoś jest.

 

Ognisko szefowych, krąg szefów ma działać prężnie, ciekawie i atrakcyjnie, by szefowe i szefowie sami tworzyli niejako tę propozycję formacyjną dla siebie. Ale pewne rzeczy musimy rozumieć, bo inaczej to zaczniemy tworzyć z kręgu szefów/ogniska szefowych krąg domowego Kościoła lub wspólnotę modlitewną. Czyli to, co nazywam 4 gałęzią. Rzecz jasna myślę też, że te kwestie mogą być w całym ruchu elastyczne: ktoś robi raz rekolekcje, ktoś dwa razy w ciągu roku. Jeden hufcowy ma przybocznych do ogarnięcia kręgu szefów, inny rozgrywa to inaczej. Wiem, że dziewczyny dzielą szefowe w hufcu na małe ogniska i wyznaczają szefową ogniska, która nie jest hufcową. Nie sądzę, żeby to był dobry kierunek. Oddzielenie szefowej ogniska od hufcowej powoduje, że sprawa nabiera charakteru autonomicznego, oddzielonego od służby, dla samej siebie, idziemy niepostrzeżenie w kierunku 4 gałęzi, czyli osobnej wspólnoty oazowej. Poza tym to hufcowa lepiej czuje równowagę, bo docenia rolę bycia szefową dla wzrostu osobistego. Uwaga na zbyt małe ogniska, bo wówczas przy średniej frekwencji, która jak wiemy wynosi zwykle 50%, nie ma atmosfery, bo jest zbyt mało osób. Tworzy się mała klika. Takie ognisko nie formuje. Nie chodzi o konkretnie zdefiniowane i ściśle liczebnie określone struktury, ale o takie zorganizowanie tego elastycznie w zależności od lokalnych warunków i osobowości tworzących tak, by osiągać nasze cele i o zgodność z ogólną filozofią naszego ruchu, czyli z tym, że nie tworzymy 4. i 5. gałęzi. W szczególności na poziomie szefowych/szefów nie należy rozumieć hasła „system zastępowy na każdym poziomie” jako wskazówki do dzielenia na małe grupy, bo inaczej zaczniemy dorosłych traktować jak małych harcerzy/harcerki. Właściwe rozumienie „systemu zastępowego na każdym poziomie” polega na systemie rad, czyli na tym, że naczelniczka naradza się z hufcowymi, hufcowa z szefowymi, etc. Na poziomie hufca nie robi się „sądu honorowego”, w którym hufcowy odgrywa rolę drużynowego, a szczepowi role zastępowych i na który są wzywani szefowie, jak mali harcerze. Nie, to nie ten duch. Nie można też aż tak akcentować roli szefa kręgu szefów lub szefowej ogniska szefowych, bo mamy tu do czynienia z dorosłymi i musimy bardzo grać na ich „poczucie własności”, na ich odpowiedzialność. Inaczej, oni mogą się poczuć jako ciągle „pod kontrolą” w jakimś systemie „nadopiekuńczym”, który nie będzie sprzyjał zachęceniu ich do rozwijania skrzydeł. Podobnie nie możemy przesadnie akcentować roli szczepowych w „zarządzaniu” szefami. To hufcowy jest szefem drużynowych (szefów jednostek i przybocznych). Stąd w zarządzaniu hufcem nie może robić tylko rad szczepowych, ale musi też robić rady z udziałem wszystkich szefów. Niech oni podejmują sami decyzje, gdzie chcą służyć. Ten hufiec to nie „sztywna struktura”. Ten hufiec to wielka radocha twoich szefów! To ich „własność”. Niemożliwe? Eeee tam. Widziałem na własne oczy. Nie tylko możliwe, ale przynoszące niesamowite rezultaty.

 

Skauting jest bandą dwudziestolatków. Hufiec jest bandą dwudziestolatków i to tych raczej do 24 roku życia niż dla tych w wieku 28-29 lat. Ogólnie krąg szefów, ognisko szefowych nie jest dla „starych” szefów pod koniec lat „dwudziestych” i starszych. Szczepowi raczej nie biorą udziału w wędrówkach kręgu szefów, bo może zgrzytać między 50-latkiem a bandą dwudziestolatków. Będzie drętwo. Takie osoby pełnią swe funkcje, ale ognisko szefowych to już nie jest do końca dla nich. Ono jest dla młodych dwudziestolatków. Nie dwudziestolatków traktowanych protekcjonalnie jak małe harcerki i harcerzy. Jak byłem drużynowym to dla mnie niesamowite znaczenie miał fakt, że mam obok siebie moich przyjaciół rówieśników, szefów, jak ja i że to my to wszystko tworzymy. Że mamy „władzę”. A hufcowy i ksiądz duszpasterz są do naszej dyspozycji i pozwalają nam działać i podejmować inicjatywy. Żaden z nich mnie nie „zmuszał” do formalnego kierownictwa duchowego, korzystało się z niego naturalnie poprzez przyjacielski kontakt z nimi.

 

Jest też ważna kwestia „sprawdzania obecności” na spotkaniach kręgu/ogniska. Wiem, że niektórzy mają taką filozofię „wszystko albo nic”, czyli albo jesteś i przychodzisz na 100% wydarzeń albo ci dziękujemy. Musze powiedzieć, że nigdy nie rozumiałem takiego podejścia. Jakoś jest ono sprzeczne z indywidualnym podejściem do każdego. Przecież mamy tu do czynienia z osobami w wieku 18 lat i więcej, które mają prawo do swoich dróg i bezdroży, do swoich odejść i powrotów, wahań i afirmacji. My mamy im towarzyszyć jak przyjaciele, a nie jak oficerowie w koszarach. Cieszę się, że moich rozterek wahań i zaniedbań, skutkujących nieobecnością, nieuczęszczaniem przez długie miesiące do spowiedzi, co tu mówić do kierownika duchowego, moje szefostwo nigdy nie potraktowało jako pretekst do „wyrzucenia”, pozbawienia funkcji tylko z cierpliwością i ŻYCZLIWOŚCIĄ i ZAUFANIEM towarzyszyło mi, czy raczej przyjaźnie obserwowało, niejako kibicując mi w tej walce. Dzięki temu zostawało w moich rękach decyzję powrotu, który zawsze się odbywał przecież. Bo w końcu „dokąd pójdziemy?”….

 

W każdym razie, wszystko to co w skautingu tworzymy dla dorosłych, czyli osób powyżej 19 roku życia ma być elastyczne, lekkie, wspomagające główne zadanie, a nie samo dla siebie. Maurice Ollier powtarzał, że dorośli w skautingu są dla młodych 8-18 lat. Inaczej dorośli zaczynają tworzyć coś sami dla siebie. Zaczną się bawić w obrzędy, ceremonie i gry. Czyli w tzw. „harcerstwo starsze”. To nie u Skautów Europy. To niepoważne. Np. nie czuję się dobrze, jeśli używamy oficjalnie w gronie szefowych i szefów stopni wędrowniczych, czy instruktorskich. One są ważne osobiście, ale w pewnym sensie już nieważne w wewnętrznym obiegu dorosłych szefów, jedynie na zewnątrz jak trzeba papiery w kuratorium. To po to zastępowy przechodząc do młodych przenosi te swoje wspaniałe naszywki pod spód beretu. Nie ma hierarchicznej różnicy między hufcowym, który ma H.O. (u dziewczyn to będzie żółta tasiemka), a takim który jest HR. Ważne jest, czy jest dojrzały i dobry po prostu. I chodzi tu też o tych młodych dorosłych, którzy rzecz jasna, potrzebują więcej pracy nad własną dojrzałością. A zresztą, kto jej nie potrzebuje?

 

Myślę, że w Polsce dość dobrze rozgrywamy tę batalię na tych trzech frontach (odpowiedzialność(służba)-życie wędrownicze-środki formacji osobistej) w stosunku do szefowych/szefów. Nie poszliśmy „dorosło-klubowym” śladem Włochów z jednej strony, a z drugiej trzymając się co do zasady „otwartego” modelu francuskiego, ulepszyliśmy jego wady, jaką jest jednak duże rozmycie życia wędrowniczego szefowych i szefów. Trochę więc o tym.

 

We Włoszech, teoria jest taka, że czerwona gałąź to 4 lata, czyli 17-21 lat, oczywiście wewnątrz podzielona na „młodą” i „starą” drogę. Młoda jest osobną ekipą z osobnym szefem/szefową-przybocznym szefa klanu/szefowej ogniska. W wieku 21-22 lat ma się Fiat/Wymarsz, a potem zostaje się szefem, jedzie na obóz szkoleniowy 1 i 2 stopnia i robi patent. Po uzyskaniu patentu jest się szefem. Nie ma mowy o tym, żeby o szefie powiedzieć, że jest wędrownikiem, bycie wędrownikiem się kończy po Wymarszu w wieku 21, góra 22 lat. Jasne, że w praktyce, to szefem zostaje się wcześniej, bo potrzeby jednostek wymuszają, ale taka jest teoria i pewnie w jakimś wysokim stopniu praktyka.

 

Kiedyś rozmawiałem o tym z Marc Bouchez, DCC (Deputy Camp Chief), czyli odpowiedzialnym za formację we Francji. Poniżej, to co zrozumiałem z jego oceny.

 

Włosi wykreowali czerwoną gałąź niejako na wzór dwóch pozostałych, czyli wszystko 4 lata. Jest w tym odbicie jakiejś psychologii – ten wiek 21 lat, kiedyś, też prawnie, teraz coraz mniej, był jakąś cezurą dojrzałości, pełni praw cywilnych i obywatelskich. Więc coś tam na rzeczy teoretycznie jest. Ale rezultat jest paradoksalny. Z jednej strony bowiem kreuje się „starych koni” w wieku 19-20 lat, z drugiej Fiat/Wymarsz składają osoby zwykle niedojrzałe, bo 21 lat to trochę za wcześnie. Dodatkowo kreuje się szefów/szefowe dość „starych”, powyżej 22-23 roku życia.

 

We Francji, podobnie jak w Polsce, jest system „otwarty”, który zresztą usiłujemy od pierwszej strony charakteryzować. Polega on na tym, że w sensie ścisłym przewodniczką/wędrownikiem jest się w kręgu wędrowników/ognisku przewodniczek w wieku 17-18 lat. Ten ścisły sens wyraził się naturalnie w ten sposób, że już nie ma ekipy młodych, będącej częścią ogniska/kręgu, a szefowa/szef młodych nie jest przybocznym, tylko samodzielnym szefem/szefową. Z drugiej jednak strony, mimo, że ktoś w wieku 18-19 lat zostaje szefem (drużynowym/przybocznym) nie oznacza, że już przestał być wędrownikiem/przewodniczką w sensie ogólnym. Wyraża się to w tym, że podejmując obrzęd HO lub żółtej wstążeczki wkracza na drogę przygotowania do Fiat/Wymarszu, czyli na ścieżkę wędrowniczą, będąc już szefem/szefową, choć oczywiście nie ma „obowiązku” przystąpienia do Fiat/Wymarszu. W tym sensie mówię, że jest to system „otwarty”, w przeciwieństwie do sztywno zdefiniowanego włoskiego („zamkniętego” – w wieku 21-22 lat już nie jesteś wędrownikiem/przewodniczką).

 

W ten sposób „otwiera” się przed młodym szefem/szefową droga do Fiat/Wymarszu, które dla tych, którzy chcą, powinny nastąpić gdzieś między 22 a 25 rokiem życia, a zatem tuż „PRZED” tą wielką dojrzałością, którą symbolizuje podjęcie pracy zawodowej i założenie rodziny, a nie „PO”, pomijając oczywiście przypadki indywidualne. Tu trzeba bardzo uważać na statystykę, bo szczególnie u dziewczyn, ale czasem i u chłopaków, pokazuje ona, że ten okres przygotowania do Fiat/Wymarszu jest za bardzo wydłużony, co widać np. na okładce Ceremoniału, gdzie są okresy formacyjne dla przewodniczek zbyt wydłużone. Moim zdaniem jest to duży problem, bo tworzy się sytuacja, w której systematycznie uznaje się dziewczynę w wieku 23-25 lat za „niedojrzałą”, gdyż uciera się, że HR-ka ma być starsza. Otóż nie może się nic takiego „ucierać”. Nie wolno robić, nawet niechcący, z Fiat/Wymarszu coś, czym Fiat/Wymarsz nie powinien być, czymś zbyt zbliżonym do „ślubów zakonnych”, a nie czymś, co prawda poważnym, ale jednak ciągle, w jakiś sposób mieszczącym się w ramach gry skautowej. Nie tak jak u Włochów w wieku lat 21, ale też nie tak, że dopiero po ślubie, często już z pierwszym dzieckiem, czyli w wieku 26-27 i więcej lat. Ale to nie są rzeczy aż tak trudne do naprawienia. Nie jest problemem, że się pojawiają, problemem jest, jak się ich nie koryguje. Jeszcze do tego powrócę.

 

3)      Namiestnictwo czerwone jest dla młodych przewodniczek i młodych wędrowników

 

To jest kolejna ważna intuicja. Pamiętam takie Wici tuż po Eurojamie w 2003, w których ówczesna namiestniczka czerwona ogłaszała wszem i wobec: Namiestnictwo Czerwone zajmuje się MŁODYMI. Tak musi być, bo po prostu jest inna dynamika 17-18 latka, inna szefa/szefowej. Z tymi ostatnimi trzeba pracować, o tym już było powyżej, ale skoncentrowanie namiestnictwa na nich zawsze przynosi SZKODĘ dla młodych. Namiestnictwo też nie może systematycznie zajmować się HR-ami, HR-kami. Ktoś zapyta, kto w takim razie się ma nimi zajmować? Nie wiem. HR-ki i HR-rzy jedzą z okruchów po prostu. Jak namiestniczka czerwona zajmuje się szefowymi i HR-kami to nie mamy młodych, a to nie ma większego sensu. Jest to swego rodzaju pójście na łatwiznę i niczego nie załatwia. Jesteśmy dla młodych. To naczelniczka i naczelnik z hufcowymi tworzą żywe koncepcje pracy z szefowymi/szefami oraz HR-ami, HR-kami, a nie namiestnictwo czerwone, które co najwyżej może mieć w tym rolę pomocniczą. Ono musi się skoncentrować na MŁODYCH! Może to nierealne i może tak nie jest i nigdy nie było, ale Św. Krzyż i Piotrkowice mają być przygotowywane dla i przez MŁODYCH. Szefowe/szefowie, nie mówiąc o HR, jedzą mniej lub bardziej z okruchów. Nawet jeśli szefowie, jak na Św. Krzyżu przygotowują biesiadę, to z myślą o młodych, którzy przecież dopiero przed chwilą nimi zostali, żeby im pokazać jak powinna wyglądać ekspresja wędrownicza. I trzeba przyznać, że to jest naprawdę rewelacyjne, że tak kręgi szefów potrafią działać: z werwą, świeżością, młodością, nie grając „starych” i „zblazowanych”. Myślę, że to jest wielka sprawa, że się to w Polsce udaje i w żadnym razie nie wolno tego utracić. Ale należy dbać o proporcje. Jeśliby miało się okazać, że nagle na Św. Krzyżu jest więcej starych niż młodych, szczególnie takich starych po 40-stce, to ci starzy zwyczajnie powinni się przestać tam w takiej masie pojawiać. To 17-latkowie muszą się czuć właścicielami tej imprezy. No powiedzmy optymalnie 17-latkowie plus młodzi szefowie w wieku 18-21. Starsi niech będą nieco bardziej dyskretni….

 

4)      Harcerki i Harcerze Rzeczpospolitej służą młodszym i jedzą z okruchów, które spadają z tego co się dzieje w pracy hufcowych z szefami/szefowymi i namiestników z młodymi

 

Co do zasady HR-ki i HR-rzy nie mają jakiegoś „specjalnego” miejsca, specjalnych spotkań, etc. Nie tworzymy z nich bowiem 5 gałęzi ruchu skautowego. U Włochów trochę tak jest, że to jest taka 5 gałąź. U nas oni żyją z okruchów. W sposób niezauważalny, bez żadnych przywilejów, oddają się do dyspozycji naczelników, hufcowych, namiestników w różnych potrzebach. Zostają członkami Rady Naczelnej, hufcowymi, szczepowymi, pomagają w obozach szkoleniowych, w logistyce pielgrzymek, służą jako opiekunowie/matki drogi. Nie tworzą oni jakiegoś „Sanhedrynu”, „rady starszych” poza oficjalnymi strukturami, nie opracowują żadnych zasad dotyczących Fiat/Wymarszu ani pracy w czerwonej gałęzi, czy z szefami/szefowymi. Zawsze należy uważać na tworzenie „równoległych hierarchii”. Oni się po prostu dyskretnie wpisują, nigdy na zasadzie żądania przywilejów dla siebie, w istniejące instancje i ciała, nie zagłuszając młodszych. Oni nie wiedzą „lepiej” od młodych hufcowych lub szefów kręgów i szefowych ognisk.

 

Nie tworzymy, my starzy, „czapy” onieśmielającej młodych namiestników, hufcowych, szefowych i szefów. My wspomagamy, ośmielamy ich, chcemy być ich przybocznymi, asystentami, pomocnikami. To ci młodzi ciągną jeszcze młodszych, którzy ciągną kolejnych młodszych, etc. HR-ki i HR-rzy nie tworzą też wewnętrznych, jawnych, czy ukrytych hierarchii typu, że stary HR może więcej niż młody HR, etc. Oni są niewidzialną, dyskretną podporą ruchu. Są takim zasobem naczelników, namiestników i hufcowych, do których ci mogą się zwrócić szczególnie w sytuacjach podbramkowych. Bardzo mi się podoba jak dostaję maila, że uwaga! uwaga! HR-rzy potrzebni do ogarnięcia posiłków i logistyki podczas Watahy lub Wielkich Łowów. Nie może być tak, że HR to są tylko po to, by przyjść w lakierkach i powiedzieć mądrą konferencję. Albo na apelach ustawiają się osobno jako jedna grupa. To będzie bardzo nieautentyczne. Skutki będą opłakane, bo nie pokażemy ducha służby w praktyce. Musimy wszyscy na to uważać.

 

5)      Pięć celów obowiązuje również w czerwonej gałęzi i w pracy z szefowymi/szefami

 

Dlaczego dyskurs „pięć celów” w każdej gałęzi, a w szczególności w czerwonej jest ważny? Bo łatwo ulegamy pokusie sprowadzenia „formacji osobistej” do modlitwy, spowiedzi, rekolekcji, rozmowy. To jest bardzo wąskie pojmowanie zagadnienia formacji. Mam wrażenie, że ono jest charakterystyczne dla wielu ruchów w Kościele. Ale o ile w ich przypadku jest to dla mnie poniekąd zrozumiałe, o tyle nie jest to zrozumiałe w skautingu, gdzie w jakiś sposób 5 celów, 5 motorów, 6 wymiarów działają od zielonej gałęzi wzwyż. Nie chcę tu już komplikować dyskursu ani wyjaśniać dlaczego system zastępowy to jednak w sensie ścisłym dotyczy wyłącznie zielonej gałęzi, więc ograniczę się do 5 celów. Ogólnie chodzi o to, by zajęcia dla wędrowników/przewodniczek i zajęcia wędrownicze dla szefów/szefowych miały zawsze elementy realizujące 5 celów. Dokładnie tak jak zbiórka zastępu, ale na adekwatnym dla siebie poziomie. A zatem należy starać się, by spotkania w ciągu roku i wędrówki ognisk szefowych/kręgów szefów miały zawsze 5 celów. W przypadku wędrówki jest to proste. Gorzej ze spotkaniami w ciągu roku. Otóż jest taka tendencja, że, aby spotkanie zostało uznane za „formacyjne” to musi się koniecznie składać z nagromadzenia elementów typu: Msza Św., konferencja księdza, adoracja, czytanie duchowe, etc. Coś takiego to jest „dzień skupienia” i to może mieć oczywiście miejsce. Ale to jest dzień skupienia, a nie spotkanie kręgu/ogniska. Celowo używam określenia „spotkanie kręgu/ogniska”, a nie „spotkanie formacyjne”, żeby złapać byka za rogi i dokładnie powiedzieć, o co chodzi.

 

Otóż spotkanie kręgu/ogniska w ciągu roku, które nie jest wędrówką lub rekolekcjami (chociaż rekolekcje też zorganizujmy tak, by szefowie je współtworzyli), ma po prostu mieć również 5 celów, a zatem zawierać elementy dotyczące wszystkich sfer. Ma zatem być czas na modlitwę (pobożność) i na konferencję księdza (formacja doktrynalna, czy ascetyczna), ale ma też być czas na jakieś jedzenie przygotowane przez dziewczyny, chłopaków, chwilę ekspresji (śpiew lub nawet jakieś proste scenki), jakiś wykładzik czy pokaz o tym jak się ubierać lub nawet nauka jakiejś techniki. Ostatnio widziałem, że u dziewczyn sporą popularnością cieszą się spotkania ze stylistką lub nauka szycia. Ma to zatem być spotkanie realizujące nie tylko 5 celów, ale jeszcze, w miarę możliwości, przygotowane i realizowane przez dziewczyny/chłopaków, a nie tylko przez księdza i szefa/szefową.

 

Ktoś powie, że to nierealne i że nigdzie tak to nie funkcjonuje. Ja nie mówię, że to ma być jakieś idealne i wzorcowe, ale mamy przynajmniej starać się, by to szło w tym kierunku. Inaczej nasze spotkania kręgu/ogniska w ciągu roku będą dniami skupienia, które na pewno są super. Ale ja po prostu mam wątpliwości, czy taki jest „charyzmat założycielski” naszego ruchu. „Agitur sequitur esse”, mówi Św. Tomasz. Czyli, to co robisz wypływa z tego kim jesteś. A my jesteśmy skautingiem, więc to co robimy ma wypływać z tego kim jesteśmy. Bo inaczej to co robimy (źle) zmieni to czym jesteśmy. Miałeś być skautingiem, a zostałeś organizacją paramilitarną albo kółkiem różańcowym. I będzie wielki klops. Więc chodzi o to, by twórczo pomyśleć, a nie iść na łatwiznę. Żeby nie było tak, że pomysł na spotkanie ogniska/kręgu w ciągu roku wyczerpuje się na konferencji księdza albo jeszcze lepiej, na dwóch konferencjach księdza albo nawet lepiej na konferencjach dwóch księży. W miejsce księdza można wstawić dowolnie: HR-kę, HR-a, eksperta lub tzw. ciekawego człowieka.

 

6)      W czerwonej gałęzi nie może być stylu „zakonno-oazowo-wspólnotowego”

 

Dlaczego ten dyskurs o 5 celach w czerwonej gałęzi jest tak ważny? Powtórzmy pytanie.

Bo inaczej, automatycznie niejako, czerwona gałąź zaczyna przybierać kształt „zakonny”. I o ile u chłopaków nie niesie to aż takich zagrożeń, choć też przesadzić nie wolno, o tyle u dziewczyn zaczyna się dryfowanie w kierunku „zakonu sióstr”. Po prostu zaczyna być zakonnie. Lub oazowo. To jest stary problem, o którym już dawno temu rozmawiałem z Francuzkami. W wielu miejscach dziewczyny, harcerki, nie chcą przechodzić do przewodniczek, bo jawi im się czerwona gałąź jako przedsionek zakonu. Powiedzmy więc to tu uroczyście: w Polsce w ruchu Skautów Europy nie chcemy u przewodniczek ani młodych ani szefowych ani HR-ek STYLU ZAKONNEGO. Chcemy stworzyć WŁASNY, ORYGINALNY, DZIEWCZĘCY, NOWOCZESNY, RADOSNY, SPONTANICZNY, NIE-WOJSKOWY, NIE-ZAKONNY, KOBIECY styl czerwonej gałęzi. Żeby się tak stało nie może być takiego nacisku na lojalność i posłuszeństwo (bo przecież mamy już „swoje”: szczerość, ofiarność i czystość), na „tabelkowe wymagania formalne”, na „zaliczanie” śladów, na takie akcentowanie roli szefowej ogniska, przez który szefowa czuje się jak harcerka w zastępie, nie może być nadopiekuńczości ze strony „starych” w stosunku do „młodych”. Chcemy dziewczyn SAMODZIELNIE I NIEZALEŻNIE myślących. Żeby tak się stało, dziewczyny i chłopaki muszą bardziej współpracować. Obecność chłopaków sprawia, że dziewczyny nie odjeżdżają ani w kierunku zakonnym ani feministycznym. Obecność dziewczyn sprawia, że chłopaki nie odjeżdżają w kierunku „maczo” i „wyczynowo-technicznym”, nabierają taktu i wyczucia. Nawzajem pomagamy sobie dostrzec wady i zalety.

 

Jak to zrobić? Są różne sposoby. Spotkania ekip krajowych i hufcowych mogłyby być częściej RAZEM. Hufcowi i hufcowe mogliby mieć więcej czasu na tych spotkaniach, aby rozmawiać ze sobą BEZ NACZELNIKÓW i NAMIESTNIKÓW albo w ich milczącej obecności. Dlaczego? Bo na tym poziomie budujemy na relacji partnerstwa, gdzie służba Naczelników i Namiestniczek/Namiestników sprowadza się do służby hufcowym i drużynowym. Otóż jak ktoś pamięta jak postępowaliśmy pod koniec lat 90-tych i jak Bartek Mleczko budował zieloną gałąź przez 9 długich lat, to powinien wiedzieć dlaczego. My, czyli namiestnicy i naczelnicy, po prostu uczyliśmy się od drużynowych. Nie robiliśmy prezentacji w PowerPoint (with no power and no point….), tylko wymianę doświadczeń. Teraz jesteśmy w tej samej sytuacji jeśli chodzi o HUFCOWYCH, w szczególności jeśli chodzi o pracę z szefowymi/szefami, ale też jeśli chodzi ogólnie o prowadzenie hufca. My wszyscy „starzy”, łącznie z naczelnikami i namiestnikami, powinniśmy się zawsze uczyć od osób aktualnie sprawujących funkcje na pierwszej linii.

 

Na tej samej zasadzie powinny być spotkania szefów kręgów i szefowych ognisk razem, mądrze przez kogoś moderowane, też tak, by szefowe i szefowie mogli bez skrępowania mówić, co mają w duszy i dzielić się nawzajem doświadczeniami.

Wówczas w całym ruchu nastąpi większe zrozumienie obopólne, czym są chłopaki i czym są dziewczyny. Może się to jawić jako wymagające i nierealne, może też w praktyce nie wyjść, bo np. chłopaki zachowają się jak gbury i dziewczyny się zamkną w sobie. Może tak być, owszem. Ale próbować trzeba. Inaczej nie stworzymy tego, o co nam chodzi.

 

7)      Dorośli przychodzący do ruchu nie stają się młodymi wędrownikami/przewodniczkami, tylko od razu szefami, czyli idą do ogniska szefowych/kręgu szefów

 

Mówię oczywiście o takich dorosłych na poziomie, którzy zasługują na zaufanie. Nie mówię o takich „dziwnych”, którzy od początku jakoś są nie bardzo. Trzeba się zorientować w tym, co ta osoba robi w życiu, jakie ma curriculum. Dość szybko można się zorientować, rozmawiając z tą osobą. Pomogą nam również szefowe/szefowie, do których jednostek wyślemy taka osobę, by się przypatrzyła. Od razu zwietrzą z kim mamy do czynienia.

 

Mam teraz na myśli osoby w wieku powyżej 18 roku życia, choć jak ktoś ma 18-19 lat to czasem jest to taka sytuacja graniczna. Zależy dużo od wyczucia hufcowego, czy te osoby dać czy nie do kręgu/ogniska młodych. Co do zasady nie, bo jednak trzeba chronić dynamikę 17-18 latków. Chyba, że będzie to taki krąg licealno-studencki, o którym pisałem wyżej.

 

Więc te osoby w wieku 18-19 lat i więcej my po prostu wrzucamy od razu w grę, zwykle proponujemy, by pomagały jako przyboczni. Na początku w ogóle może to być bez munduru, by nie wymuszać. Niech pozna, niech się zakocha, niech zdecyduje. Nie zaczynamy z nimi od „formacji” w czerwonej gałęzi, bo po pierwsze, jak wyżej powiedzieliśmy nie można z nich robić młodych wędrowników/przewodniczek (poza wyjątkami) oraz chcemy sprawdzić intencję tych osób, czy przychodzą, by coś robić, czy szukają towarzystwa wzajemnej adoracji. Nie robimy z nich najpierw wędrowników, a potem szefów, tylko powoli dostosowując się do niego indywidualnie robimy z niego szefa, a tym samym stając się szefem on się staje wędrownikiem. Nie na odwrót! Nieraz słyszałem coś takiego: przychodzi 20 latek, którego rodzice zachęcają, bo trzeba szefa, a on słyszy, „no, to przez rok będziesz chodził na wędrówki”. Co? Z kim? Z młodymi? Ze starymi? To niepoważne. Ok na jedną wędrówkę. Zwykle oni się zachwycają i powoli wkładają mundur, składają przyrzecznie i uczestniczą w kręgu szefów/ognisku szefowych, cały czas pełniąc służbę. Większość osób dorosłych, które pozyskaliśmy w ostatnich 3 latach tak było prowadzonych. Przyrzeczenie osoby w wieku 19-20 lat nie ma charakteru takiego jak przyrzeczenie 12-latka, choć jest na pewno czymś ważnym w życiu wewnętrznym tej osoby. Ono ma raczej upewnić nas i wszystkich wokół, że ta osoba dorosła, która często realne przyrzecznie ma już od dawna w sercu, będzie szefem/szefową zgodnie z naszymi ideałami. To nie jest zobowiązanie do przygotowania się do Wymarszu lub do Fiat. To dopiero później, gdy dana osoba sprawdzi się jako szef, szefowa, ta sprawa może naturalnie stanąć.

 

Większość z nich tak naprawdę wciągnęła się na podstawie relacji przyjacielskiej z szefem/szefową jednostki, w której zaczęły służyć jako przyboczne, a nie przez to, że się spotykały z hufcową/hufcowym-szefową ogniska/szefem kręgu i że „chodziły przez rok na wędrówki.” Hufcowy i hufcowa musi te osoby poznać, spotkać się, wyjaśnić, ale najczęściej decydująca będzie ta relacja, istniejąca lub mająca się nawiązać z szefowymi/szefami służącymi w jednostce, w której ona też będzie służyć. Więc to wejście osoby dorosłej w skauting nie dzieje się „na sucho”, ale od razu poprzez „grę”, którą jest służba, podobnie jak w przypadku harcerki i harcerze – nie wykłady, ale gra. Te osoby, „młodzi dorośli”, powoli zaczną też robić zieloną wstążeczkę, czy Próbę Szlaku i przygotowanie do Fiat/Wymarszu. Ale równie dobrze mogą nie być tym zainteresowane i póki one świetnie działają tak w ognisku szefowych/kręgu szefów oraz w jednostce, w której służą, to nie wywieramy na nich presji w tym względzie. Szanujemy, że one przyszły z zewnątrz, często bez żadnych doświadczeń udziału we wspólnotach, ruchach, organizacjach i one cenią sobie tę wolność i odpowiedzialność i mogą się nie czuć szczęśliwe, jak im będziemy chcieli „narzucić” jakiś konkretny styl formacji osobistej.

 

Zupełnie nie ma mowy o tym, by kobietę 30-40 letnią wrzucać do ogniska młodych i jeszcze kazać robić żółtą i zieloną wstążeczkę. Lub mężczyznę 30-40 letniego i kazać mu robić Próbę Szlaku. W przypadku tych osób również nie ma normalnie mowy o przygotowaniu do Fiat/Wymarszu. Fiat i Wymarsz są, co do zasady, dla osób, które przeszły całą formację harcerską, czyli co najmniej zaczynały w wieku 17 lat albo coś takiego. Wyjątkowo, jak ktoś się bardzo sprawdzi w służbie i bardzo nalega na Fiat i Wymarsz, szczególnie, gdy to jest osoba dorosła zakładająca nowe środowisko 300 km stąd i trzeba, by była opiekunem, starszą siostrą, to możemy się zgodzić (ale też raczej jako świadectwo dla młodych i pomoc dla nich niż etap w drodze do dojrzałości – bo skoro w tym wieku dopuszczamy ich do służby dla młodych, to znaczy że uznaliśmy ich za dojrzałych już wcześniej).

 

Ale nie ma przeszkód, by te osoby dorosłe, dajmy na to powyżej 30-stki, gdy są ojcami i matkami, mogłyby być opiekunami lub matkami drogi przygotowującymi do wymarszu. Bo jeśli one naturalnie funkcjonują i jeśli same szefowe lub szefowie mają do nich zaufanie i się do nich hurtem zgłaszają i jeśli hufcowa/hufcowy mają do nich zaufanie, a przecież mają, bo zrobili ich szczepowymi, więc my się tylko możemy cieszyć i takie osoby mogą być opiekunami lub matkami drogi mimo, że nie są formalnie HR, bo one są REALNIE nimi. Pamiętajmy, to co realne jest najważniejsze.

 

Myślę też, że nie wolno przesadzić z systematycznym uczestnictwem osób w wieku powyżej 26 lub powiedzmy powyżej 30 roku życia w kręgu szefów/ognisku szefowych. Moim zdaniem to jest bardziej dla młodych szefów w wieku 18-24 lata. Jeśli starzy w wieku 40-50 lat będą chcieli chodzić na wszystkie wędrówki kręgu szefów to uciekną z nich młodzi szefowie. U dziewczyn, szczególnie gdy chodzi o matki, to jest jeszcze ważniejsze. One mimo wszystko trochę „odstraszają” młode w wieku 18-24 lata. Nie chodzi o to, żeby w ogóle nie, ale żeby ta obecność była rozsądnie moderowana przez hufcowych. Żeby młodzi szefowie/szefowe czuły się prawdziwymi gospodarzami kręgu szefów/ogniska szefowych.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz