03 stycznia 2013

6 Tysięcy, czyli historia pewnego marzenia lub jak to z mojej perspektywy wyglądało


 
Gdzieś na wiosnę 2001 r. poszedłem z Tomkiem Podkowińskim na spotkanie z rzecznikiem Konferencji Episkopatu, jezuitą o. Adamem Schulzem. Chcieliśmy ogólnie opowiedzieć mu o FSE oraz zaprosić na obóz 12 Gwiazd do Gryfowa, w sierpniu 2001. W pewnym momencie naszej rozmowy powiedział coś, czego zupełnie wówczas nie zrozumiałem, ale co mnie niesamowicie zaintrygowało: „Wy musicie zdecydować, czy chcecie być dużą organizacją”. W słowach tych wyczułem jakąś pozytywną prowokację, ale nie sądzę, byśmy udzielili wtedy z Tomkiem jakiejś sensownej odpowiedzi. Czego on chce? Staramy się, jak możemy. Poza tym i tak robimy niemożliwe, czyli Eurojam.

Jasne, że to już wtedy było marzeniem: żeby nasz skauting naprawdę się rozwinął, żeby dotrzeć do wszystkich 11 tysięcy parafii, a co najmniej do wszystkich ponad 300-stu miast powiatowych. Zresztą sam rzucałem jeszcze w 1998, a może wcześniej: „Dwa tysiące na dwa tysiące”. Nie wynikało ono z jakiejś strategii. Było ono po prostu naszym marzeniem, prostych dziewczyn i chłopaków z prowincji, by ta radość życia płynąca ze skautingu stała się udziałem wielu. „Miłość Chrystusa przynagla nas”. Nie miałem jednak pojęcia, jak to się robi w praktyce.

Podczas jakiegoś spotkania przedeurojamowego w Żelazku, pewnie na początku maja 2003, siedziałem z Bartkiem Mleczko na skałce na terenie przyszłego polskiego biwaku chłopaków i snuliśmy te marzenia: „Ech, ruszyć w Polskę i zapalić tysiące do skautingu”. Więc marzenia były, ale jakoś nie było wyobraźni, kompetencji, doświadczenia. Jak to zrobić? Poza tym sytuacja życiowa, obowiązki zawodowe i inne. Nie można sobie ot tak ruszyć w Polskę. Spoko, może ten Eurojam jakoś pomoże. W 2003 r., w okolicach Eurojamu było nas ok. 1100 w całej Polsce, sześć lat później, w 2009 ponad 1400 osób.

Faktycznie, po Eurojamie zaczął się cały projekt samodzielnych zastępów, najpierw Puszcza u chłopaków, potem Bluszcz u dziewczyn, w dużej mierze pod wpływem ówczesnego komisarza federalnego Jacques Mougenot, który zajmował się tym we Francji przez 20 lat i jest odpowiedzialny za 1/3 liczebności 30-tysięcznej organizacji francuskiej. Kilka lat temu Maurice Ollier opowiadał mi, w polemice z tymi, którzy twierdzą, że Skauci Europy we Francji powstali na bazie dysydenckiej, czyli z odejść ze Skautów Francji w wyniku „reformy” pedagogicznej 1964 r., że to 16-latkowie, czyli samodzielni zastępowi, zbudowali Skautów Europy we Francji. Na ponad 600 szczepów działających w latach 1962-76 tylko 5% stanowiły szczepy wywodzące się ze Skautów Francji. „Skauci Europy we Francji to bunt 16-latków celem poszukiwania autentycznego stylu skautowego w obliczu bardzo dziwnej reformy pedagogicznej niszczącej podstawowe intuicje Baden-Powella” – podsumowuje Maurice.

Poeurojamowa ofensywa samodzielnych zastępów sprawdziła się w Polsce i na Ukrainie. Nazar Yeremenko, naczelnik ukraiński, mówił w 2009 r., że na Eurojamie była jedna drużyna chłopaków z Ukrainy. Potem zaczęli 5 samodzielnych zastępów w nowych miejscach i po 5 latach mieli pięć drużyn. W Polsce, dzięki samodzielnym zastępom powstała Falenica, Legionowo, Chełm, Kielce, etc. Obecnie Puszcza jest podzielona na Puszcze lokalne i ogólnopolską. Jeszcze jakiś czas temu było ponad 40 samodzielnych zastępów chłopaków w całej Polsce, tyle samo co we Francji! U dziewczyn odradza się Bluszcz.

We Włoszech to działa trochę inaczej. Jest parafia, proboszcz i grupa inicjatywna dorosłych, czyli „ente promotore”. Ente promotore prosi FSE o powołanie jednostki. FSE określa warunki: znaleźć kandydatów na szefów, szczepowego i chętne dzieci. Następnie zapewnia szkolenie. Wypróbowaliśmy w wielu miejscach w Polsce ten system. Też działa. No, ale to zdarzy się później.

Po Eurojamie obserwowałem to z daleka, najpierw z Rzymu, potem z Warszawy. Przez trzy lata, 2006-09, mogłem jednak wziąć udział w nieskautowym projekcie wychowawczym, klubie dla chłopaków z podstawówki i gimnazjum, czyli w wieku wilczków i harcerzy, który dość radykalnie otworzył mi oczy na kilka spraw. Po pierwsze, że intuicje pedagogiczne zawarte we „Wskazówkach dla skautmistrzów” Baden-Powella są nieocenione: pozwalają podejść właściwie do chłopaków nie tylko w skautingu. Po drugie, że ilość nagromadzonego w FSE cennego know-how pedagogicznego jest nieprzebrana, bo non-stop mi pomagała w prowadzeniu czegoś nieskautowego nawet. Po trzecie, że w Polsce pierwszych lat, czy dekad XXI w. mamy nieprawdopobną ilość dobrych rodzin i rodziców zmotywowanych do stworzenia ciekawego środowiska wychowawczego dla swoich dzieci. Po czwarte, że studenci chętnie angażują się jako wolontariusze, w różnych inicjatywach na rzecz młodych. Można by kontynuować, ale na tym poprzestanę.

Muszę powiedzieć, że byłem tym doświadczeniem oszołomiony. Nie było soboty, żeby rodzice nie przyprowadzili nowych chłopaków. Studenci-opiekunowie prześcigali się w twórczych pomysłach. Chłopaki byli włączeni w proces decyzyjny, obdarzeni zaufaniem i odpowiedzialnością (dziękuję, skautingu mój, że cierpliwie wlałeś w moją ciężką głowę kilka prostych zasad pedagogicznych).

W październiku 2008 r. zadzwonił Jacques Mougenot, czy nie chciałbym być komisarzem federalnym od września 2009 r. Zgodziłem się, choć po 6 latach nieobecności w skautingu czułem się dość kosmicznie. No, ale wracajmy do marzenia.

W kwietniu 2009 wpadła w moje ręce historia Skautów Europy pióra Jean-Luca Angelisa, „La veritable historie des Guides et Scouts d’Europe”. Przeczytałem jednym tchem, z wypiekami na twarzy. Opisywała ona bowiem głównie bohaterskie lata 60 i 70-te, kiedy to Skauci Europy we Francji z 350 osób w 1962 urośli do 7,5 tysiąca w 1970 i do 16 tysięcy w 1978.

Wtedy właśnie, zupełnie nie wiadomo skąd, powstało to marzenie: 6 Tysięcy w 2020 r. To pod wpływem tej książki Jean-Luca. Francuzi mogli, to my też możemy. Włosi mogli w latach 80-tych to my co, gorsi jesteśmy? Też pod wpływem tego mojego doświadczenia lat 2006-09 w tym moim klubie: ten entuzjazm rodziców, chłopaków, opiekunów. Taka jest Polska AD 2009 po prostu, nie tylko tu w Warszawie, ale w całej Polsce. Pewnie już wtedy zaczęły dochodzić sygnały, że tu, czy tam np. w Falenicy do naszych jednostek rodzice zapisują dzieci na listy kolejkowe, tylu jest chętnych. Co?! Listy kolejkowe?! Toż to zupełnie jak przed wojną, w złotym wieku harcerstwa. Czyżby zatem wrócił ZŁOTY WIEK? Czułem, jak rosną emocje w przeczuciu, że jest możliwy przełom.

A potem przyszedł wrzesień 2009 i wreszcie mogłem zrealizować wszystkie stare marzenia o przemierzaniu Polski wzdłuż i wszerz. Co więcej, okazało się, że też udało się przemierzyć wzdłuż i wszerz całą Europę.

W październiku 2009 Zbychu Korba zorganizował konferencję Dusza Europy na UKSW. Miałem mieć tam jakiś wykładzik o Skautach Europy i postanowiłem nie gadać za dużo, tylko pokazać fenomen na zdjęciach. Poszedłem do Hoboka i Bartek dał mi przegrać ponad 13 tysięcy najlepszych zdjęć, głównie od Eurojamu w górę. Oglądałem w domu te zdjęcia kilka godzin, wybierając najlepsze do pokazu slajdów. Zdjęcia te pokazywałem potem w całej Europie. Oglądałem, oglądałem i zacząłem płakać ze wzruszenia. Płakałem i płakałem. Jakie uśmiechnięte twarze! Jaka młodość! Jaki to potencjał! Jaki niesamowity ten skauting!

Więc myślę, że wszystko od tego się zaczęło. Cała siła i motywacja. Od obejrzenia tych zdjęć. Dwa lata  później Marc Bouchez z Francji na Synergii w Ząbkach mówił, że jak się już zmęczy trochę tym skautingiem, to ogląda zdjęcia. I siły wracają.

Jakoś wtedy też, w październiku, Marcin Kruk, zorganizował spotkanie głównych sił warszawskich pod hasłem „Skok na Warszawę”, czyli jak rozkręcić stolicę. Ta determinacja Marcina bardzo na mnie podziałała.

Co zatem się wydarzyło w ciągu ostatnich trzech lat? Co zadecydowało i co nadal decyduje o tym, że Skauci Europy w Polsce urośli już prawie do 3 tysięcy?

Przekonanie o wartości

Staliśmy się jeszcze bardziej przekonani o wartości naszej pedagogiki skautowej. Że jest świeża, nowoczesna, odpowiadająca na oczekiwania dziewcząt, chłopców, ich rodziców, duszpasterzy. Szkoła charakteru i zaradności aktualna bardziej niż kiedykolwiek. Coraz więcej rodziców przekonanych o tym, że nie tylko liczy się dobra szkoła, ścianka, pianino, tenis, ale również nieformalne środowisko przyjaciół. Stopniowo izolującym się w domach i zamkniętych osiedlach, obwieściliśmy powrót PODWÓRKA z charakterystyczną dla niego radością życia i spontanicznością oraz tworzeniem naturalnych hierarchii w gronie młodych. Przekonaliśmy rodziców, że dzieci potrzebują PRZESTRZENI WOLNOŚCI, w której same z siebie będą decydować o tym co chcą robić. Że drogą do wychowania jest samowychowanie, że o sukcesie wychowawczym nie decyduje armia wykwalifikowanych pedagogów specjalistów, pobierających za usługi coachingowe super wynagrodzenie, ale pospolite ruszenie wolontariuszy, samorodnych talentów, z pasją pomagających młodym stworzyć ŚWIAT PRZYGODY.

Co to znaczy? Że nie jesteśmy bezradni, że możemy zmienić świat. Nie musimy stać i narzekać, że nam demoralizują młodzież. Że komputer i telewizja kradnie nam dusze młodych. Skauting ma wielki potencjał jako środek samoorganizacji społeczeństwa obywatelskiego. Dzięki niemu możemy przekazać młodym nasze dwie największe pasje: miłość do Polski i do Kościoła.

Doskonały format

Telewizje kupują od siebie nawzajem „formaty” seriali, programów, czyli coś sprawdzonego, do przeniesienia z kraju do kraju. Trzeba przyznać, że ten obecny rozwój nie byłby możliwy, gdybyśmy, dzięki Skautom Europy, nie poszukali nieco innego paradygmatu, bardziej cywilnego od tradycyjnego polskiego harcerstwa i inaczej usytuowanego w Kościele. Jasno zdefiniowane trzy gałęzie z ich specyficzną pedagogiką dostosowaną do wieku, postawienie na system zastępowy w sposób, jaki rzadko w Polsce był praktykowany, który najlepiej i dość symbolicznie charakteryzuje nasz sposób obozowania w zielonej gałęzi, oczyszczenie z niepotrzebnych elementów wojskowych np. z musztry, owo jasne usytuowanie ruchu w Kościele, integralne podejście do wychowania w cnotach ludzkich i nadprzyrodzonych, gałąź czerwona w duchu i formie, jaka nigdy w Polsce nie istniała, zdefiniowanie postaci szefowej i szefa, prosty system szkolenia szefów bez kreowania „kadry oficerskiej” i biurokracji, dyskretna, ale fundamentalna obecność księży, harmonijne połączenie miłości do Ojczyzny ze wspólnotą Kościoła Powszechnego, czyli to, co nazywamy wymiarem europejskim, publiczna obrzędowość, miejsce i rola sztandaru, ładne mundury i oznaczenia, etc. Można wymieniać i wymieniać. I to wszystko nie niszcząc podstawowej „podwórkowej” intuicji Baden-Powella. Format pedagogiczny na tyle zdefiniowany, by jasno wiedzieć, co trzeba robić, na tyle elastyczny, by nie stanowił gorsetu dla kreatywności samorodnych talentów.

Pozyskać 20-latków

Wiadomo, że projekt skautowy nie ma szans bez przysłowiowych już 20-latków. To jedna z największych lekcji Maurice Ollier. Począwszy od 1994, gdy go poznaliśmy w Warszawie, na różne sposoby Maurice obrazował nam, że ruch skautowy opiera się na unikalnej we wszechświecie sile fantazji i motywacji młodych dorosłych w wieku 18-26 lat. To jakiś magiczny okres. Koniec liceum, matura, studia, pierwsze samodzielne kroki w życiu, jak choćby przeprowadzka z domu do innego miasta, pierwsze prace zarobkowe, wielkie idee, wielkie plany, miłości, debaty do rana o tym, jak zbawić świat i Polskę, ważkie decyzje o wyborze drogi zawodowej i życiowej, narzeczeństwo i małżeństwo. Ci młodzi dorośli w wieku 18-26 lat mają magiczne wręcz oddziaływanie na młodszych w wieku liceum i gimnazjum. Licealiści patrzą na nich jak na „bogów”. Niewyczerpana jest ich energia i zasoby czasowe. Mogą studiować na dwóch kierunkach, pracować zarobkowo, prowadzić intensywne życie towarzyskie, przemieszczać się z imprezy na imprezę nie tylko w obrębie swego miasta, lecz z weekendu na weekend z miasta do miasta, a teraz, dzięki tanim liniom z kraju do kraju. Jeden weekend tu, drugi tam. Jeździć na zamknięte rekolekcje, wstawać o 6 rano na roraty, ryć do późna wieczór i po nocach. Oczywiście każdy potem ma jakąś indywidualną sytuację, nie każdy wyczerpuje znamiona powyżej zarysowane co do joty. Chodzi jednak o uchwycenie dynamiki.

W pierwszym okresie, 18-22 lat, są świetnymi drużynowymi, akelami, szefami/szefowymi młodych. W drugim okresie, 23-26 i więcej zostają HR-ami/kami i są przebojowymi hufcowymi, szefami sieci samodzielnych zastępów, namiestnikami, szefami obozów szkoleniowych i wielkich imprez jak Harce, Madryt, czy Eurojam. Nam starym, w wieku lat 35 i więcej nie pozostaje nic innego, jak marzyć o tym, by móc zostać ich przybocznymi.

Ich oddanie, fantazja, odpowiedzialność, ideowość decydują o istnieniu ruchu skautowego. To ludzie w ich wieku robili Armię Krajową i Powstanie Warszawskie.

To ten okres w życiu, gdy chce się otworzyć szeroki horyzont, zagłębić po raz pierwszy w życie kontemplacyjne na wzór mistyków, podróżować po całym świecie, mieć przyjaciół od Ameryki po Rosję. To tłumaczy sukces Światowych Dni Młodzieży. To tłumaczy też sukces wymiaru europejskiego Skautów Europy. Eurojam, Euromoot to po prostu Światowe Dni Młodzieży Skautów Europy. To dlatego wymiar europejski był i jest najpoważniejszą dźwignią rozwoju Skautów Europy. „Europa w rękach szefowych i szefów”, „Sam zostań własnym komisarzem federalnym”. A jeszcze jeśli po drodze jest taki wielki projekt jak Santiago-Madryt 2011, to już poziomy entuzjazmu przekraczają normy. Nie mówiąc już o Facebooku, który umożliwił wielką europejską wspólnotę szefów i wymianę informacji, zdjęć i filmików od Kamczatki przez Portugalię do Stanów i Kanady.

To przełamanie tej bezradności w kwestii pozyskiwania kandydatów na szefów było fundamentalne. Zwykle bowiem podejście nasze było bierne: trzeba czekać, aż z młodych, którzy są wyrosną szefowie. To słuszne oczekiwanie. Ale niewystarczające. Życie jest życiem: jeden się zniechęci, drugi dobrze się zapowiadał, ale w końcu się nie zdecyduje, trzeci wyjedzie do Ameryki, czwarty coś jeszcze. Inna przeszkoda: ci nowi nie będą czuć, bo sami nie przeszli tej przygody. Znów słuszne poniekąd. A jednak grzeszące brakiem wyobraźni i zwyczajnego wyczucia realiów. Gdy tylko zaczęliśmy ogłaszać, że „poszukujemy wolontariuszy-studentów chętnych do pracy z dziećmi i młodzieżą”, zaczęło się drzwiami i oknami… I do Santiago-Madrytu najbardziej atrakcyjnie było jechać ze skautami (ta niezapomniana 50-tka wolontariuszy nie skautów), i na rekolekcje wielkopostne też, nie mówiąc już o Św. Krzyżu, czy wędrówkach. Zaczęliśmy być konkurencyjni dla duszpasterstw akademickich i innych propozycji dla studentów. Dodajmy to tego Klub Skautowy, Forum Młodych, imprezy takie jak bal andrzejkowy, ostatki, etc. I jeszcze strawa intelektualna jak Przestrzeń i inne. Wielka maszyna treści formacyjnych, doskonałe towarzystwo i pole do popisu dla własnej inicjatywy, twórczości. W niewielu miejscach w społeczeństwie 20-latek na szansę pełnić stanowisko kierownicze.

I tak po roku jedna studentka zostaje drużynową jednej z najlepszych drużyn w Polsce, inny student po roku od przyjścia do ruchu zakłada nową drużynę od zera, kolejni będący na studiach lub tuż po zostają szefami i szefowymi młodych, samotne akele zapraszają do pomocy swoje koleżanki, które po kilku zbiórkach decydują się założyć mundur i złożyć przyrzecznie, mówiąc: „to może ja też bym założyła ten mundur, bo wilczki będą pytać, dlaczego nie mam”. I to wszystko niewymuszone, lekkie, radosne, spontaniczne, bez płynącego z góry rozkazu „musisz”…. Nie. Jeśli chcesz. Niezły festiwal zaangażowania na rzecz młodych fundują nam nasi 20-latkowie.

Otworzyć się na dorosłych

Ale i tak z krzesła to zaczęliśmy spadać dopiero, gdy na wiosnę 2010 zaczęli się zgłaszać dorośli i gdy odważyliśmy się zaproponować im także bycie akelami i przybocznymi w gromadach. 30-letnia mama zakłada mundur i biega w soboty z dziewczynkami, 40-kilkuletni menadżer, ojciec czwórki, a w trakcie szóstki dzieci, zakłada mundur, tworzy jedną, a potem drugą gromadę wilczków. Mężczyźni w każdym wieku dorosłym zaczynają chodzić na wędrówki i tłumnie przyjeżdżać na Św. Krzyż. Kolejne dorosłe kobiety, mamy-entuzjastki, zgłaszają chęć pomocy w założeniu nowych środowisk. To była wielka operacja otwierania naszych głów na nowe, niesłychane do tej pory możliwości apostolskie naszego skautingu. Poszerzyła się nasza wyobraźnia. Skauting jest prosty, nie jest ezoteryczną wiedzą, nie trzeba się urodzić z krzyżem harcerskim na czole, nie trzeba odbyć ani 5-letnich studiów magisterskich ani nawet dwuletniego MBA. Jasne, że ładnych parę lat trzeba praktykować ten skauting i odbyć kilka szkoleń, żeby tak naprawdę zakumać, no, ale kiedyś trzeba zacząć.

Rozmawiać z rodzicami

Nie zapomnę nigdy rozmowy z grupą szefowych i szefów w jednym z najbardziej uroczych zakątków Polski. „No, bo druhu komisarzu, my się staramy, ale rodzice są tacy, że nie chcą płacić składek, nie chcą puszczać na obóz, że za drogo, że w innej organizacji harcerskiej to było za darmo, no i z kilkunastu dziewczyn na obóz mamy tylko pięć…”. A komisarz jak nie walnie pięścią w stół, jak się nie rozsierdzi, jak nie zawyje pełen gniewu: „A kto z tymi rodzicami rozmawia? A kto im tłumaczy wartość skautingu dla nich i ich dzieci? A kto ich odwiedza? Kto tworzy jakiś przekonywujący dyskurs intelektualny dla nich? Kto mobilizuje przekonanych rodziców, żeby tłumaczyli nieprzekonanym? Kto szuka sojuszników, jak dobry wódz i polityk?” Oj zły był wtedy komisarz, bardzo zły. Pół roku później: „Druhu komisarzu, dziękuję, jest pięć zastępów, wszystkie dziewczyny jadą na zimowisko, wszyscy rodzice płacą składki….”

I ten mail, jakieś dwa lata temu przesłany przez jedną z mam: „Wy to jesteście jacyś dziwni. Oczywiście mówię pozytywnie. Nikt nie zaprasza rodziców. No, czasem szkoła, bo musi. Ale jakieś pozaszkolne inicjatywy dla dzieci to już w ogóle. A Wy zapraszacie wszędzie. Nie wszyscy rodzice w Polsce są do tego przyzwyczajeni i się dziwią. Ale kontynuujcie, nie zrażajcie się”.

Oczywiście może dochodzić do nieporozumień z rodzicami, co jednak tylko potwierdza słuszność tego, że z rodzicami trzeba pracować. Czasem lepiej zrobi to jakaś przekonana mama, czasem szczepowy-szczepowa, czasem ksiądz. Ale i tak nie zapomnę, jak pewien świeżo upieczony drużynowy, dość niskiego wzrostu, licealista jeszcze stoi otoczony grupą 20-30 rodziców, z wielkim przekonaniem i bardzo wiarygodnie sprawia, że decydują się wysłać z nim swoich najdroższych synów na obóz za granicę, płacąc w dodatku trzy razy więcej niż za obóz w Polsce. To a propos nieograniczonych możliwości naszych 18-26 latków….

Więc przełamaliśmy stary paradygmat szkoły sowieckiej: „Rodzice, proszę oddać dzieci, już my je wychowamy…” Pracujemy dla rodziców i z rodzicami, poruszając się oczywiście roztropnie, tak by nie zniszczyć tej PRZESTRZENI WOLNOŚCI, jaką ma być zastęp i drużyna. Nie pozwolić, by rodzice ingerowali w samodzielne układanie relacji w zastępie, rozwiązywanie konfliktów. Podwórko ma pozostać podwórkiem. Ale to również trzeba rodzicom cierpliwie tłumaczyć. Niezadowoleni z takiej filozofii wychowawczej po prostu odejdą i zabiorą dzieci z Podwórka w ręce „wyspecjalizowanej kadry wychowawczej”. Przynajmniej umożliwiamy jakiś wybór.

Mogłem się spotkać z rodzicami w wielu miejscach i tłumaczyć im nasz skauting: podczas Dnia Modlitw w Pliszczynie (cały Lublin), przy różnych okazjach w Gryfowie, we Wrocławiu, Chełmie, Radomiu, w wielu miejscach w Warszawie, w Krakowie, etc. Miałem też takie spotkania z rodzicami w Hiszpanii, na Ukrainie, we wszystkich 7 miejscowościach, gdzie działamy na Białorusi. Zawsze wdzięczni, że im się opowiada, na czym to wszystko polega.

Proboszcz i parafia

Tego nauczyłem się w Krakowie we wrześniu 2010 r. Najpierw Krzysiek Rogula, potem Bartek Bodziechowski zaczęli mnie namawiać, bym przyjechał do Krakowa w niedzielę 5 września i po każdej Mszy św w parafii Św. Józefa dawał kilkuminutową przemowę zachęcającą do skautingu. Z początku wydawało mi się to dość kosmiczne. W końcu dałem się przekonać i pojechałem. Rozmowa z proboszczem: przeczytałem artykuł o Harcach Majowych w Gościu Niedzielnym. Muszę mieć was w mojej parafii. Miesiąc później przećwiczyliśmy to samo w Legionowie: rozmowa z proboszczem, który sam zaproponował to, co stało się swego rodzaju „formatem”: byśmy ogłaszali na Mszach i zapraszali na spotkanie tego samego dnia wieczorem. Uwaga! Po pierwsze tego samego dnia wieczorem, po drugie: zaprosić rodziców z dziećmi, licealistów, studentów chcących pomagać jako wolontariusze, dorosłych. Sukces był niesamowity. Przyszło mnóstwo ludzi. Rezultat: kandydatka na Akelę (pół roku później założyła gromadę), dwa samodzielne zastępy (chłopaków i dziewczyn).

Nauka była taka, że po takiej promocji w parafii można znaleźć nie tylko dzieci i rodziców, ale także kandydatów na szefowe/szefów. Że przychodzą nie tylko małe dzieci, ale też gimnazjaliści i licealiści. Potem jeszcze byłem na takich „niedzielach promocyjnych” lub spotkaniach założycielskich z rodzicami na Wierzbnie, w Ursusie, w Dziekanowie, Starej Iwicznej, Ząbkach, Natolinie, etc.

Licea

Jakoś na jesieni 2009 r. spotkałem znajomego studenta z Rzeszowa, Marcina Jurka, który kończył najlepsze liceum na Podkarpaciu, prowadzone przez siostry Prezentki. W toku rozmowy wyszedł temat skautingu i że może on by nas polecił w tym liceum siostrze dyrektor. Co też dość szybko uczynił. Solidna firma. Sprzedałem temat Michałowi Pałamarzowi i na początku marca 2010 ruszyliśmy do Rzeszowa na spotkanie z licealistami. Mieliśmy dwie prezentacje dla dwóch ponad stuosobowych grup. Zaczął się show. Pokazywaliśmy pokazy slajdów, filmiki, komentowaliśmy żywo, jeden przez drugiego, wzbudzając wesołość. Michał rozdał kartki papieru: Piszcie, co się wam podoba, a co nie i zostawcie na końcu swoje namiary, jeśli chcecie. Numer był przedni. Zaśmiewaliśmy się potem z tych komentarzy. Całość przeszła nasze oczekiwania. Doskonałe przyjęcie, pytania, burza oklasków na koniec. Nie spodziewałem się, że ten skauting taki atrakcyjny dla 17-18 latków. Potem była jakaś wędrówka z kilkoma zainteresowanymi. Jedna z dziewczyn, teraz na studiach w Warszawie, niedawno złożyła przyrzeczenie i jest przyboczną w gromadzie. Ktoś powie, że rezultat rekrutacyjny nie oszałamiający, ale nas zaczęło fascynować co innego. To, że o naszym skautingu możemy opowiadać setce licealistów robiąc z tego show i zbierając oklaski na koniec. „Ty, to jest niezłe na leczenie kompleksów”, mówię Michałowi, „ w sensie, dla naszych ludzi wewnątrz trzeba robić te spotkania, żeby zobaczyli, jaką ma wartość to, co robimy w oczach młodych Polaków”.

I tak się zaczęła akcja „Skauci Europy w liceach warszawskich”, której apogeum przypadło na wiosnę 2010 r. Najpierw była przymiarka do najlepszego liceum, czyli Jeziorańskiego. Rozmowa z dyrektorem, przychylnie, ale bez entuzjazmu. Ale już wówczas na mieście poszła fama, że komisarz chodzi po liceach i zgłosił się Krzysiek Żochowski, że jak tak, to on w Koperniku zorganizuje. Poszliśmy z Marysią Czerwińską, hufcową warszawską. To była zabawa. Mieliśmy kilka dni spotkań w klasach. Ponieważ była to szkoła anglojęzyczna, więc jeśli nasza prezentacja wypadała na lekcję angielskiego, to mówiliśmy po angielsku, żeby nauczycielka miała satysfakcję. Potem Błażej załatwił spotkania we Fryczu-Modrzewskim i Władysławie IV, a Paweł Sowa w dwóch liceach w Katowicach. Wszędzie przyjęcie było entuzjastyczne, szeregi chętnych szefów i szefowych do chodzenia po liceach coraz większe.
 
Robić rzeczy na wysokim poziomie
Naszą siłą jest umiejętność kreowania małych i dużych wydarzeń na wysokim poziomie pedagogicznym. Mam na myśli nie tylko Santiago-Madryt, Harce Majowe, Św. Krzyż, czy Piotrkowice, ale również gry miejskie np. z okazji 11 listopada oraz oczywiście obozy letnie, opłatki, rozpoczęcia i zakończenia roku, Dzień Modlitw za FSE i zwyczajne zbiórki. Nieraz mogłem widzieć na Żoliborzu jakiś zastęp zmierzający na swoją zbiórkę lub w Legionowie podczas zbiórki wilczków natykaliśmy się nagle na zastęp harcerzy gotujący na ognisku. Więc to wszystko musi być realne, od najniższego szczebla po najwyższy i dobrze przygotowane. Nie może zabraknąć świetnych pomysłów na gry i na ekspresję. Coś niesamowitego przeżyliśmy podczas przedstawienia o Św. Korduli w Piotrkowicach. To otwiera nową pespektywę i tematycznie i technicznie. I jeszcze śpiew i orkiestra. Wszyscy mówili, że na Sejmiku lały się łzy szczęścia. Nareszcie poczuliśmy się jak w Vezelay, a nawet lepiej. Tworzymy nowe narzędzia wpływania na rzeczywistość. Maurice Ollier mówił zawsze, że to jest najpiękniejsze w skautingu, że daje młodym możliwość wpływania na konkretną rzeczywistość, kreowania tej rzeczywistości wokół siebie, nie bycia zdanym na oficjalnych kreatorów opinii i kultury.

Owoce

Na wiosnę 2012 do Hoboka pisze jakaś dziewczyna z gimnazjum: jakiś czas temu były u nas w szkole dwie harcerki i opowiadały o skautingu. Jestem zainteresowana. Niedługo potem założyła mundur, złożyła przyrzeczenie i została zastępową w nowotworzonej drużynie.

To było jakieś spotkanie w gimnazjum, nie w ramach opisywanej powyżej akcji licea warszawskie. Ale ta historia pokazuje, na czym to polega. A najważniejsze, że możemy opowiedzieć kilkuset młodym, że w ogóle jest taki skauting. Myślę, że w każdym mieście, gdzie działamy takie spotkanie informacyjne powinno odbywać się co najmniej raz w roku: raz na rok jakieś liceum lub gimnazjum. Po kilku latach kilka tysięcy młodych będzie o nas wiedzieć, mieć pozytywny wizerunek, jak nie przyjdą oni sami, to po latach przyślą swoje dzieci.

Ważne jest też to, że dzięki takim występom uczymy się mówić przystępnie o skautingu do młodych ludzi.

Dwa tysiące

Przyszedł wreszcie 1 lutego 2011 i informacja z Hoboka: jest nas 2 tysiące. Łzy szczęścia. Deo gratias. Postępowaliśmy zgodnie z zasadą: A Dios rogando y con el maso dando, jak mówią Hiszpanie. Czyli w wolnym tłumaczeniu, prosząc Boga, ale nie przestając walić młotkiem. Rok później było 2600, a w lutym 2013 oczekujemy, że będzie 3 tysiące. A zatem faktycznie w takim tempie, to te 6 tysięcy w 2020 jest jak najbardziej w zasięgu.

Zaczęło się spełniać WIELKIE MARZENIE wcześniej niż ktokolwiek mógł oczekiwać.

Ilość czy jakość

Oczywiście, pierwsza reakcja wielu, moja też: uwaga, bo nie ilość jest najważniejsza tylko jakość. Szybko jednak przekonaliśmy się, że nowi ludzie są… lepsi od nas. Po prostu. Ludzie w Polsce mają dość dobrą formację chrześcijańską po rozmaitych oazach i duszpasterstwach. Często jedynego czego im brakuje w tej formacji to pola do popisu. Bo nie można tylko siedzieć i słuchać kazania, medytacji lub konferencji. Można się trochę zblazować. „Miłość Chrystusa przynagla nas”. Sam widziałem mnóstwo takich zblazowanych tzw. „formacją”. Bez realnej odpowiedzialności ona jest słaba, na niby, teoretyczna, „wygodna”. A modus operandi skautingu polega na tym: „jak chcesz to rób”: drużynę, zastęp, środowisko. Módl się i pracuj. W pewnym sensie od razu, za darmo, ktoś dostaje kredyt zaufania. Pokaż co potrafisz. Szkolenie idzie w parze praktycznie równolegle do zdobywania pierwszych doświadczeń jako przyboczny, a często jako szef.

Paradoksalnie ta nowa ilość wniosła nową jakość, również formacyjną. Trzeba zobaczyć, czym jest Adalbertus, żeby się o tym przekonać, czym jest Jadwiga, Dżungla i pozostałe obozy szkoleniowe. Nigdy nie było takiej radości i entuzjazmu formowania się. Nie wspominam już o Św. Krzyżu i rekolekcjach. No i rekord udziału w obozach tzw. 3 stopnia we Francji w 2012 r.

Więc nasze doświadczenie pokazuje, że da się połączyć ilość z jakością. Pod warunkiem, że faktycznie przychodzą dobrzy nowi ludzie oraz, że staramy się robić dobre obozy szkoleniowe i wytworzyć wokół nich magiczną aurę mityczności, co bardziej zachęca niż nacisk na zasadzie: „musisz jechać, bo jesteś szefową”.

Co dalej?

Ponieważ nie ma krasnoludków, które by za nas wykonały tę pracę, trzeba wykazać taką samą determinację jak dotychczas, by naprawdę to marzenie 6 Tysięcy się zrealizowało.

Po pierwsze kultywować wielką wyobraźnię

Często rzeczy nie wychodzą, bo po prostu sobie czegoś nie wyobrażamy. Np. nie wyobrażam sobie, żeby matka z dwójką dzieci mogła zostać akelą. Ja nie mówię, że to jest, czy ma być standard, raczej nie ma być. Ale trzeba mieć taką wyobraźnię: tak, to możliwe. Albo inny przykład: nie wyobrażam sobie, żeby tu w tej parafii powstał skauting, skoro to jest 300 km od najbliższego środowiska FSE, no i w dodatku nie ma szefów, na to trzeba wielu lat. Otóż myślenie na zasadzie, że na to trzeba wielu lat jest niepoważne. Po prostu trzeba pogadać z proboszczem, znaleźć jakichś rodziców chętnych i niech szukają kandydata na szefa. Trzeba podpalić tych ludzi i tę parafię. Wówczas oni staną na głowie. I to nie za 10 lat, ale już teraz, za chwilę. W Legionowie 6 października 2010 przyszedł jeden 14-latek z mamą na spotkanie promocyjne. Trzy tygodnie później prowadził swoją pierwszą zbiórkę jako zastępowy. W Starej Iwicznej na pierwszym spotkaniu 7 września 2012 zgłosił się do prowadzenia gromady jeden pan, tydzień później dwie studentki do prowadzenia dziewczyn. 28 października składały przyrzeczenie i miały pierwszą zbiórkę, po półtora miesięcznym, intensywnym szkoleniu.

A zatem wyobraźnia. Trzeba sobie poszerzyć w głowie zestaw możliwości. Jak nie proboszcz, to szkoła, jak nie szkoła, to jakaś nieformalna sieć rodziców, jak nie w liceum, to w duszpasterstwie, jak nie ma 20-latka, to może 17-latek, a jak nie to może 40-latek. Doświadczenie ostatnich 3 lat pokazuje, że nie musieliśmy aż tak stawać na głowie, ale warto czasem stanąć na głowie. Słyszałem o drużynowej, która miała kilka, czy kilkanaście nieudanych naborów. Chodziła od szkoły do szkoły. W końcu jednak powołała drużynę i ma kilka zastępów. Twarda dziewczyna.

Inny przykład: zgłasza się jedna mama, że chce założyć drużynę. Słyszy od hufcowej „twarde” warunki: proszę znaleźć co najmniej 12 chętnych. Upppssss…. Skąd wziąć tę dwunastkę. Ponieważ jednak to nie tyle tej mamie, co jej córce zależy, to ta 12-latka prosi swoją wychowawczynię, żeby mogła się przejść na początku lekcji po klasach 5-tych i spytać, czy ktoś jest zainteresowany skautingiem. I tak, 12-latka założyła drużynę… Odrobina wyobraźni i dzieją się cuda.

Po drugie rozumieć rolę rodziców

Polska jest pełna wspaniałych rodziców i rodzin w poszukiwaniu wartościowych propozycji wychowawczych dla swoich dzieci. Ponadto często są to osoby o ustalonej pozycji zawodowej i materialnej, których po prostu wewnętrznie nie zaspokajają kolejne pieniądze, czy szczeble kariery. Chcą się zaangażować w coś ideowego, bezinteresownego. Potrafią poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć innych chętnych lub pieniądze na obóz za granicą, nie mówiąc już o uszyciu chust lub wykonaniu totemu gromady. Często są wdzięczni skautingowi, że dał im taką możliwość działania na rzecz młodych. Jak już wspomnieliśmy kilka stron wcześniej nie chodzi o to, by rodzice wkraczali w podwórkową PRZESTRZEŃ WOLNOŚCI tworzoną przez zastęp. Oczywiście, że to się zdarza i będzie się zdarzać. Spoko. Zimna krew, cierpliwość i wszystko się ustawi. Natomiast nie ma lepszej motywacji dla szefowych i szefów niż wdzięczni rodzice, wyrażający swą wdzięczność. Nie odbierajmy naszym szefom tego arcyważnego czynnika motywacyjnego. Myślę, że charakter relacji szkolnych nie pozwala nauczycielom cieszyć się tym wsparciem rodziców. Ten kto się dobrze komunikuje z rodzicami, tłumaczy, zawiadamia z wyprzedzeniem, nie odwołuje zbiórek za pięć dwunasta, wysyła linka do galerii ze zdjęciami z zakończonego dnia obozu, ten buduje długofalową wiarygodność. Dla takiego szefa rodzice zrobią wszystko.

Po trzecie zawsze doceniać rolę wymiaru europejskiego

Rodzice chcą mieć poczucie, że ich dziecko dzięki skautingowi wkroczy w wielki świat. Nie tylko w wielki świat dobrych przyjaźni podwórkowych, ale także w wielki świat par excellence. Dla rodziców z Ukrainy i Białorusi to jest nobilitujące, że ich dzieci uczestniczą w czymś, co umożliwia kontakty z rówieśnikami z Polski i z Niemiec. Rodzice z Polski czują zadowolenie z faktu, że skauting nie dość, że nie odciągnie od szkoły, to jeszcze da możliwość kontaktów międzynarodowych i szlifowania języków obcych. Na kartkach, na których licealiści zostawiali swoje komentarze, najczęściej in plus oceniany był właśnie wymiar europejski. Takie są aspiracje i starych i młodych. Mamy rewelacyjny atut w naszym ręku. Nie na zasadzie łatwego kupowania głosów. Po prostu tacy jesteśmy: jesteśmy Skautami Europy, mamy przyjaciół w takich samych mundurach i z tym samym krzyżem w 20 krajach, robimy obozy międzynarodowe, jeździmy na Eurojam, mieliśmy komisarza Polaka, Rada Federalna, najwyższa władza FSE będzie w październiku 2013 w Polsce, zarząd federalny, w którego składzie jest dwóch Polaków spotyka się co najmniej raz do roku w Polsce, etc. Coś w tej Europie ważymy i decydujemy. Często zanurzonym w kompleksy, czy w nich sztucznie utrzymywanym przez widome media i „autorytety”, jest to jak świeży powiew i oddech. Oto nie trzeba się wybywać polskości i wiary, by normalnie funkcjonować w Europie. Co więcej, ci młodzi Europejczycy, przyjaciele naszych dzieci, swe pierwsze kroki kierują do miejsc najdroższych: do Wadowic, Krakowa, Częstochowy. W FSE zapanowała moda na Polskę. Taki nasz jest patriotyzm w praktyce: sprawiamy, że inni kochają Polskę, kochają Maryję Jasnogórską, królewski Kraków, papieskie Wadowice, Kościół w Polsce. Nieraz lizną wiele polskiej historii, w szczególności zwiedzając Muzeum Powstania Warszawskiego, co należy już do klasyki oprowadzania po Warszawie skautów z innych krajów. I to świadectwo szefowej z Francji po obozie z Polkami na Jurze: Polki nauczyły nas miłości do Ojczyzny… Niezłe, prawda?

Po czwarte wiedzieć jak postępować z nowymi

Jak już wykazaliśmy się wyobraźnią i zrobiliśmy trochę szumu, który powoduje, że zgłaszają się nowi ludzie, to trzeba jeszcze wiedzieć jak się nimi zająć. Podstawowy błąd popełniany przez wieli z nas, na różnych szczeblach decydujących, zwykle jednak przez hufcowych, szefowych ognisk, szefów kręgów, bo to oni są na pierwszej linii w tej kwestii, to nieokreśloność propozycji i jej odległy horyzont czasowy. Myślimy o Św. Krzyżu, czy Jadwidze lub Dżungli, ale to dopiero za rok. Tymczasem już teraz warto wciągnąć osobę o wieku powyżej 20 lat w ognisko szefowych, krąg szefów (Broń Boże, nie robić z nich młodego wędrownika lub młodej przewodniczki) oraz zaproponować pomoc jako przyboczny u wilczków lub w zielonej gałęzi. Od razu musi być bowiem jednocześnie i gra i formacja. Tak jak mówił Baden-Powell w odniesieniu do 12-latka, tak samo jest z 20-latkiem i 40-latkiem: nie zaczynać od wykładów, ale od gry. W przypadku dorosłych tą grą jest wędrówka i służba.

Kolejna sprawa to nie narzucać sztywnej procedury, ale dostosować się do indywidualnego przypadku. Często lepiej, żeby ten ktoś nowy poszedł na tę zbiórkę wilczków pomagać bez munduru i przyrzeczenia. Niech się przyjrzy, niech się przekona. Niech sam zapragnie założyć mundur, złożyć przyrzeczenie, zostać szefem. My tylko tworzymy mu warunki, żeby się przyjrzał i zdecydował.

Ktoś powie, że nie można od razu kogoś takiego do kręgu szefów lub ogniska szefowych. To ja się pytam gdzie w takim razie? Jak ktoś mi odpowie z sensem, to chętnie zmienię zdanie. Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił, że jak są nowi do młodych wędrowników, to nie wolno ich mieszać z tymi, którzy przeszli od harcerzy, bo przecież mają inny poziom wyszkolenia, więc trzeba dla nich zrobić osobną jednostkę. Dość duży poziom braku wyczucia w tej wypowiedzi. Myślałem, że to właśnie dobrze, jak nowych niewyszkolonych będzie miał kto nauczyć.

Podobnie się dzieje z dorosłymi i ogniskiem szefowych/kręgiem szefów. Warto zaufać zasadzie wychowania pośredniego również w przypadku dorosłych. Nie chodzi o to, by do wszystkiego tego nowego samemu osobiście w rozmowie przekonać, warto zostawić pole dla oddziaływania atmosfery w kręgu/ognisku, relacjom poziomym, które się stworzą. Warto, żeby po jakimś czasie ten nowy sam przyszedł do nas ze swoim pomysłem, któremu my, zwykle, na 99% przyklaśniemy. Od początku bowiem stawiamy ludzi na własne nogi. Nie ciągniemy na smyczy. Chcesz to poznaj, chcesz to zrób to sam. Zatroszczmy się tylko o minimum stylu wędrowniczego oraz o przygotowanie pedagogiczne. Hufcowi powinni być bardziej twórczy w zapewnianiu tegoż. Nie mogą czekać wyłącznie do obozów szkoleniowych. Muszą tworzyć własne, krótkie produkty szkoleniowe. W każdym obecnym hufcu jest na to wystarczający potencjał. Czyli, z jednej strony zapisać człowieka na obóz szkoleniowy za rok, a z drugiej już teraz dostarczać mu wiedzy i pierwszych doświadczeń, szczególnie jako przyboczny, a czasem nawet od razu jako szef. Tak, nie bać się tego, szczególnie jeśli widzimy, że mamy do czynienia z osobą na wysokim poziomie i z talentem. Znam takich.

 
Rozprzestrzenić się wokół głównych ośrodków oraz zdobyć Północ i Podkarpacie

W chwili obecnej główne ośrodki mamy w Warszawie, Lublinie, Radomiu, Wrocławiu, Krakowie, Garwolinie-Pilawie, Rawie Mazowieckiej. Wszystkie te ośrodki zaczęły się rozwijać wewnątrz oraz wokół. Ostatnio dobry przykład dały te dwa ostatnie, tworząc szczepy w Skierniewicach oraz w Łaskarzewie. Ten rozwój musi być kontynuowany. Sprawdza się lokalna Puszcza-Bluszcz. U chłopaków są już cztery lokalne Puszcze: Kraków, Dolny Śląsk, Lublin i Garwolin. Powoli trzeba, żeby pojawiły się lokalne Bluszcze.

Jeśli dobrze pójdzie to za kilka lat do tych wiodących ośrodków dołączy Górny Śląsk, Kielce, Chełm, Białystok lub może nawet Płońsk.

Wielkim zadaniem jednak pozostaje kwestie wielkich miast na Północy oraz na Podkarpaciu. Chodzi o Poznań, Toruń, Bydgoszcz, Trójmiasto, Olsztyn, Szczecin i inne oraz o Tarnów i Rzeszów, etc. Nie oznacza to pomniejszania Polski powiatowej, w której przecież nam tak dobrze idzie, czego przykładem choćby Płońsk.

Jest to wielkie zadanie na następne 10 lat. W sensie powtórzyć w ciągu dziesięciu lat „cud warszawski”, tyle mniej więcej zajęło Warszawie dojście do obecnego stanu. Co więcej, jeszcze 4-5 lat temu w Warszawie była naprawdę garstka 150 osób, może trochę więcej. W 2013 są w Warszawie dwa hufce chłopaków i dwa hufce dziewczyn, a hufcowi spodziewają się przekroczenia 1000 osób. Wierzę, że coś podobnego jest możliwe w każdym z wymienionych wielkich miast. Tylko trzeba jakoś zacząć.

Doświadczenie pokazuje, że działa system „francuski” (samodzielne zastępy), ale działa też system „włoski” (promocja szczepu na poziomie parafii przez proboszcza i dorosłych). Działa też nasz system „polski”, czyli samodzielne kręgi wędrowników i ogniska przewodniczek tworzone od zera z ludzi nowych.
Do dzieła zatem! Możemy zmienić ten świat!
6 Tysięcy!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz