19 lutego 2013

Czym jest, a czym nie jest skauting


 
Moje myślenie o skautingu ukształtował Maurice Ollier. Mieli go okazję poznać uczestnicy Sejmiku w Łagiewnikach we wrześniu 2012. Maurice jest jednym z pierwszych Skautów Europy we Francji (od 1958 r.), był komisarzem federalnym w latach 1986-89. Jest twórcą Carricka. Obecnie prowadzi archiwum FSE. Poznaliśmy go w styczniu 1994 w Warszawie. Prowadził dla nas wykłady podczas Eurojamu w Viterbo w sierpniu 1994. Był na Sejmiku w Lublinie w 1997 r. Wielu z nas bywało u niego w Nuits-St-Georges w Burgundii. Nie pisze za dobrze, za to słuchać go można godzinami. O ile Jacques Mougenot nauczył nas działać (patrz np. Eurojam 2003 lub sieć samodzielnych zastępów), Maurice nauczył nas myśleć. Rzecz jasna, nauczył nas myśleć Baden-Powellem i Ojcem Sevin.

Skauting jest przestrzenią wolności młodych

Skauting to spotkanie ideowości (Zasady, Prawo, Przyrzeczenie) oraz naturalnych mechanizmów pedagogicznych: banda podwórkowa, naturalne hierarchie przywódcze, odpowiedzialność każdego, przygoda na łonie przyrody, bohaterski ideał pokonywania siebie. Dygresja: na moim podwórku, dalekim od ideowości skautowej lub katolickiej, dawaliśmy sobie „kokosem” po głowie za każde brzydkie słowo. Więc to wszystko jest naturalne. Skauting ujmuje to w ramy ceremoniału (mundur i obrzędy) oraz planu pracy. W pewnym sensie nic tu po dorosłych. Albo się zastęp dogada i zgra albo nic go nie zgra. Na siłę się nie stworzy. Oczywiście drużynowy ma wiele narzędzi, żeby to wszystko skleić, ale tak naprawdę najważniejszym i często jedynym jest dobry wybór zastępowego. Na filmie z Eurojamu 2003 jest taka scena, jak bohater, Jacek, opowiada o swoim zastępie, w tle jest rada zastępu. To jeden z najpiękniejszych obrazów w historii światowego kina: pedagogika narady w praktyce, każdy nastolatek na swoim miejscu, każdy odpowiedzialnie zabiera głos, decydując w sprawach zastępu, a przy tym lekko, na twarzach widać niewymuszoną radość, spokój, poczucie bycia właścicielem. To właśnie ta przestrzeń wolności młodych. A potem wiele zdjęć, pamiętam jedno, takie z Piotrkiem Jedziniakiem jako drużynowym, pośród zastępowych, na Radzie Drużyny. Nawet najlepsze ognisko nie jest tak wzruszające jak ten moment narady, zastępu, czy drużyny, który jest kwintesencją tego, co chcemy powiedzieć przez Przestrzeń Wolności.

Skauting to sprawa 20-latków

Ostatnio byłem gdzieś w kościele na Mszy Św., na której obecna była drużyna z jakiejś organizacji harcerskiej. Rzeczą, która mnie uderzyła, to fakt, że szefem był tam taki siwiejący pan. Ja nie mam nic przeciwko takim siwiejącym panom, sam powoli do nich dołączam. Poza tym nawet ci mniej lub bardziej siwiejący mają w skautingu swoje miejsce. Pod warunkiem jednak, że to nie oni będą głównymi protagonistami całego projektu. Podobnie, z drugiej strony, zdarza się często, jest to wręcz taki model, że „drużynowymi” zuchów zostają 15-latkowie, a harcerzy 16-17-latkowie. Albo za późno albo za wcześnie. Jeszcze raz z mocą powtórzmy tutaj, że albo głównymi aktorami przedsięwzięcia, jako dorośli szefowie, będą młodzi dorośli w wieku 18-26 lat albo możemy zwinąć żagle. I kolejny element: albo ci nasi 20-latkowie dadzą odpowiedzialność 15-latkom (zastępowym) albo to nie ma sensu. Mówię oczywiście na przykładzie zielonej gałęzi, ale sprawa roli 20-latków jest zasadnicza dla wszystkich gałęzi. Nawet dla całego Stowarzyszenia na poziomie Sejmiku. W „dorosłych” organizacjach, np. we Francji i we Włoszech ma miejsce zjawisko swoistego „wypierania” 20-latków z roli odpowiedzialnych za całość ruchu. Niech biegają po lesie i organizują obozy, a biurokracją, głosowaniem, statutem i polityką zajmiemy się my starzy. Owszem jest w tym sporo racji. Dzięki temu, że są szczepowi, skarbnicy, etc. szefowe i szefowie mogą nie tracić czasu na niezbędne formalności. Niemniej jednak należy uważać. Byłem na sejmikach we Francji i Włoszech i nie widziałem tam ani jednego drużynowego lub drużynowej, wszyscy od szczepowego wzwyż. Jasne, to są organizacje „dorosłe”, to jest u nich owoc nazwijmy to „naturalnej” ewolucji. Ale ja bym chciał, żeby tak w Polsce nie było. Żeby zawsze, niezależnie od stopnia rozwoju organizacji, to młodzi szefowie i młode szefowe pozostali twórcami wielkiej polityki na szczeblu krajowym, a nawet federalnym. Przytaczałem już historie o misji Lubliniaków w Bośni, czy Chełmiaków na Łotwie. Nie wiem, jak to wymyślimy, ale w sprawach krajowych, na Sejmiku, na Radach Pedagogicznych, Namiestnictwach, mają współrządzić młodzi szefowie i szefowe w wieku 18-26 lat. Strzelimy sobie w stopę, jeśli za 10 lat na Sejmiku nie będzie ani jednego drużynowego. Niech naczelnicy intensywnie myślą o kolejnym Sejmiku w 2015 r.: jak sprawić, by „właścicielami”, gospodarzami, autorami tego Sejmiku byli nasi 20-latkowie. By to była ich sprawa.

Precedensowy w tym względzie będzie Eurojam 2014. Zarówno szefem projektu logistycznego, jak i szefem projektu pedagogicznego są.... 20 latkowie. No, tacy dobiegający co prawda 30-stki, ale mieszczący się w definicji. Większość osób zaangażowanych w różne komisje tematyczne to również osoby przed 30-stką lub w okolicach. Trzymam za nich bardzo mocno kciuki.
Maurice nieraz powtarzał, że całą dynamikę ruchu zapewniają właśnie 20-latkowie. To ich ideowość, fantazja, niespożyte energie budują ruch, jego jakość, dynamikę, ducha. Starzy mogą się kłócić, ale jeśli czują na sobie oddech 20-latków szybko się dogadają, a co najmniej te ich spory nie będą miały negatywnych konsekwencji. Wygra zawsze radość skautowania.

Tę przestrzeń wolności tworzą i ubezpieczają rodzice i księża, czyli dorośli

Nareszcie coś o dorosłych. Nie są aż tak nieprzydatni. Paradoks polega na tym, że nic nie daje tym 20-latkom większej motywacji niż zaufanie udzielane im przez dorosłych, głównie rodziców i księży oraz hufcowych i naczelników. Poza, rzecz jasna, radością życia dziewcząt i chłopców, którymi się zajmują w jednostkach. Rzecz jasna, rodzice muszą pozwolić naszym 12-17-latkom na tę podwórkową przygodę, muszą dać im "autonomię", której zwykle im udzielają pozwalając iść kopać w piłkę. Niektórzy rodzice nie pozwalają na taką "autonomię" i wówczas skauting dla dzieci takich rodziców nie jest możliwy. Bo jest taki model, w którym młody ideowy student „walczy” ze wszystkimi: rodzicami, księżmi, samymi dziećmi, żeby coś stworzyć. Nie potrafi wytłumaczyć swojego projektu, nie rozumie na czym polega kontakt z rodzicami, nikt mu w tym nie pomaga i wszyscy cierpliwie „znoszą” jego inicjatywy. Pytanie, po co. Nie możemy tego zrobić nieco bardziej inteligentnie? Nie możemy pomóc temu 20-latkowi przekonując innych rodziców, księdza proboszcza, dyrektora szkoły? Możemy, będzie skuteczniej. Kolego, mamy dobrą wiadomość: nie jesteś sam. W sensie, jesteś, bo drużynę musisz stworzyć Ty-wybrać zastępowych, nadać ducha i styl, zrobić obóz. Ale możesz liczyć na to, że poklepiemy Cię po plecach, załatwimy przychylność pewnych osób, może trochę pieniędzy, przewieziemy sprzęt, etc. Czasem musimy rodziców przekonać, że zbiórki muszą się odbywać w zastępie, a zatem w gronie 12-17 latków, bez osoby dorosłej, bo inaczej to nici z całego pomysłu. Inaczej to kopiujemy szkołę, świetlicę zajęć pozaszkolnych, dom kultury, klub piłkarski. Nie ma autonomii nastolatków-nie ma skautingu. Koniec, kropka. Nie ustąpimy ani na jotę, prędzej się rozwiążemy. Dlaczego: bo wówczas nie ma podwórka. Zatem to my dorośli niejako sponsorujemy to wydarzenie, nie zdejmując rzecz jasna z szefów tego, co do nich należy. To dlatego ostatnio w naszym ruchu tak wielką karierę robią dorośli szczepowi. I bardzo dobrze. Ale znów powtórzymy tu to, co na innym miejscu: tak hufcowi, jak i namiestnicy i naczelnicy liczą się ze zdaniem szefów, w przeciwieństwie do drużynowego, który działa przez zastępowych, hufcowi nie działają wyłącznie przez szczepowych, a namiestnicy i naczelnicy wyłącznie przez hufcowych, aczkolwiek szanują ich rolę, zdanie i główną odpowiedzialność. Nie wiem, jak to można robić w praktyce, pewnie na różne sposoby, ale jakoś tak to trzeba wykombinować. Np. hufcowy nie musi robić Rady Hufca wyłącznie ze szczepowymi. Może mieć jedną-dwie Rady Hufca w roku ze wszystkimi szefami. Namiestnik bez równoczesnego kontaktu z szefami i z hufcowymi nie zmontuje żadnego, trzymającego się rzeczywistości projektu. Podobnie naczelniczka i naczelnik: muszą słuchać hufcowych, słuchających swoich szefowych i szefów. Była, być może nadal jest, taka tendencja, by tworzyć takie zamknięte kręgi decyzyjne, zamknięte na szefów i szefowe na poziomie namiestnictw. To wielki błąd. To nie w gronie trzech biurokratów, dawno nie mających żywego kontaktu z pracą w jednostkach, tworzy się wielkie projekty dla młodych. To dlatego Legwan i Rzekotka z udziałem wszystkich szefowych, szefów i ich przybocznych ma taki sens i daje takie owoce. Poziom krajowy nie może stać się zamkniętym kręgiem decyzyjnym, zamkniętym na szefowe i szefów. A jak nas będzie dużo, to pewnie nie będzie trudno by hufcowa sama lub wespół z sąsiadką coś takiego robiła na poziomie regionalnym. Ja nie mówię, że wiem, jak to wszystko w praktyce zrobić. Grunt to mieć w głowię tę ideę Maurice – w ruchu najważniejsi są 20-latkowie. To dzięki temu, możemy mieć takie szalone pomysły, jak Włosi, żeby zrobić kilka miesięcy przed Eurojamem 2014, biwak „eurojamowy” dla 500 drużynowych z całego FSE. Tak jakby to był zwyczajny obóz, którego miejsce przecież muszą odwiedzić. To jest fundamentalne, że są takie pomysły. Podobnie jak ten, żeby w Żelazku dla każdego z 1100 zastępów, zbudować kuchnię. To właśnie taką mądrą pedagogiką żyje ruch Skautów Europy. Dlatego żyje i się rozwija.

Skauting to nie jest metoda

Był kiedyś taki naczelnik francuski, który powtarzał, że skauting to metoda. Nie do końca wiem, jak się zabrać do demontażu tego stwierdzenia, bo oczywiście to prawda, że skauting jest jakąś metodą wychowawczą. Ale jeśli ktoś myśli, że to TYLKO metoda, którą ideowo można w tym czy innym kierunku lub, że organizacyjnie to można podpiąć jako instrument państwa, partii, zakonu lub instytucji kościelnej, to ja muszę zaprotestować. Po pierwsze, skauting jest pewnym duchem ideowym i stylem wychowawczym, a nie wyłącznie metodą. Nie jest TECHNIKĄ manipulacyjną lub takim treningiem behawioralnym. Jest stykaniem się z wielkimi ideami, z rzeczywistościami PRAWDZIWYMI, a nie wytworami fikcyjnymi, gdyż inaczej traci całą wewnętrzną dynamikę opartą na autentycznych i najgłębszych pragnieniach dziewczyny i chłopaka: zmienić świat na lepszy, poznać Boga, służyć bliźnim i Ojczyźnie, prowadzić prawe życie. Ja tu nie mówię, że skauting nie może być robiony przez ateistów, ale jeśli nie ma otwarcia na szlachetność tak charakterystyczną dla chrześcijaństwa, to o jakim ideale bohaterskim możemy mówić? Wypadałoby tu wrócić do przemówienia Benedykta XVI w Westminster w 2010 r. o ożywczym dialogi rozumu i wiary. Nie miejsce tu jednak na to. W ciągu ostatnich 60 lat większość starych katolickich organizacji skautowych lub nie skautowych zerwała z Bogiem i Kościołem i poszła w kierunku wytyczanym przez modę i przez NieWiadomoKogo. To nie ma najmniejszego sensu. Można nie być wierzącym, w końcu to łaska, ale głupotą jest bycie niepraktykującym, bo to kwestia ludzkiego zdrowego rozsądku. Inaczej „do kogóż pójdziemy?”

Skauting powstaje na styku bohaterskich pragnień dziewczyny i chłopaka w wieku nastoletnim, by uczynić świat lepszym oraz naturalnych mechanizmów wychowawczych ujętych przez skauting w najmniej inwazyjny sposób. To nie jest metoda, którą jakaś „ekipa rządząca” manipuluje nadając dziwny kierunek ideowy bądź organizacyjno-polityczny. To autentyczna przestrzeń wolności młodych, w podwójnym znaczeniu młodych do 18 roku życia i młodych dorosłych w wieku 18-26 lat, którzy chcą żyć blisko bohaterskich wartości, o których mowa w Zasadach, Przyrzeczeniu i Prawie.

Skauting to nie szkoła

To akurat wszyscy wiedzą, choć paradoksem jest to, że tradycyjnie w Polsce harcerstwo usytuowane było przy szkole, przynajmniej w okresie PRL, nie wiem, jak było w II RP, ale pewnie podobnie. Mimo tego, że wiemy, że skauting to nie szkoła, to od czasu do czasu pojawia się u szefów, jakby bezwiednie, mechanicznie, taka pokusa „pedagogizowania”, charakterystyczna dla szkoły. Zawsze wtedy mam takie wrażenie, jak gdzieś pojawia się taka wymuszona grzeczność i poprawność szkolna. Skauting to edukacja nieformalna, przygodowa, podwórkowa, pozaszkolna. Nie wiem, czy ktoś pamięta PRL-owski serial dla młodych „Stawiam na Tolka Banana”. Legendarny Tolek okazał się być Szymkiem Kruszem, podstawionym przez panią dyrektor. Otóż skauting musi być autentyczną, nieudawaną, niepodstawioną, przestrzenią wolności młodych. Gdzie nie ma wykładów, egzaminów, zaliczeń, klasówek, odpytywania i świadectw, tylko radosna gra na łonie przyrody. Gdzie nie ma rytuału i formalizmu, czy tej „sztywności” charakterystycznej czasem dla szkoły. Skauting nie jest szkołą, ale podobnie jak szkoła przyczynia się do wychowania. Byłoby fajnie, gdyby szkoła rozumiała skauting, nie po to, by go instrumentalizować, ale po to, by go dyskretnie promować. Podobnie nacisk na bezpieczeństwo zajęć skautowych nie ma zamienić szefa w nauczyciela-nadzorcę wybiegu szkolnego podczas długiej przerwy. Inna rzecz, że skauting ma motywować do nauki. Pamiętam, że kiedyś miałem kolegę nauczyciela, z którym nie bardzo mogłem o harcerstwie rozmawiać, bo dla niego harcerz to był synonim bumelanta. Miał takie doświadczenia po prostu. Ja bym tych bumelantów nie przyjmował, chyba, że na próbę, żeby dać im szansę i żeby  zaczęli się uczyć.

Myślenie „szkolno-pedagogiczne” jest oczywiście w pewnych proporcjach obecne w skautingu w sposób naturalny. Nie powinno jednak stać się ono niezauważalnym paradygmatem. U Skautów Europy widać szczególnie jego obecność w większych proporcjach we Włoszech, najmniej we Francji. Mogliśmy się o tym przekonać przygotowując program pedagogiczny Eurojamu 2003 w Żelazku, gdy Francuzi mówili o "grze i przygodzie", a Włosi o "programie pedagogicznym". Doświadczają teraz tego nasi namiestnicy zieloni, pracujący nad programem Eurojamu 2014. Dobrze jest być świadomym pewnych niuansów modelowych w chwili, w której kształtuje się własną politykę pedagogiczną. Generalnie lepiej trzymać się fantazyjno-przygodowego paradygmatu francuskiego, otwierając go na ciekawe rzeczy włoskie, niż odwrotnie. Wydaje mi się, że jest to taka nasza polska mądrość po 20 latach przygody.

Skauting to nie kompania reprezentacyjna ani formacja dekoracyjna

To częsta pokusa społeczeństwa dorosłego, szkoły, administracji, polityków czy proboszczów. Niech przyjdą dziewczęta i chłopcy ładnie ubrani w mundury i ze sztandarem, staną obok galowo ubranych żołnierzy i strażaków i wtedy to dopiero będzie uroczystość państwowa lub religijna. W tym objawia się taka koncepcja harcerstwa jako oficjalnej państwowej lub kościelnej organizacji młodzieżowej. Mnie to się nie podoba coś takiego. Ja nie mówię, że nie trzeba brać udziału i schodzić do podziemia, tylko uważać, żeby ta funkcja nie przybrała tak nieproporcjonalnych rozmiarów, że dziewczęta i chłopcy zamiast biwakować i grać na łonie przyrody, będą biegać z uroczystości na uroczystość. Zwykle więc mądrzy hufcowi ustalają w planie rocznym jakiś priorytet, w Warszawie zwykle 1 sierpnia, w innych miastach inne daty, dwie, góra trzy w roku i wówczas to jakoś ma sens.

Skauting nie jest przysposobieniem wojskowym ani survivalem

Historycznie w Polsce trochę tak się ukształtował paradygmat harcerski: musztra, ćwiczenia wojskowe, czy quasi-wojskowe, ćwiczenia ze szkoły przetrwania, etc. Często zatem myśli się o harcerzach jako małych komandosach czy co najmniej żołnierzach. Istotnie, szczególnie dla chłopaków jest to atrakcyjne i w pewnej mierze wartościowe. Pamiętam jednak, że takie podejście burzyło całą radosną pedagogikę skautową opartą na autorytecie zastępowego. To drużynowi i przyboczni stawali się rodzajem oficerów, zastępy takimi patrolami operacyjnymi, no i niespecjalnie był doceniany system rad, szczególnie rady zastępu, której głos jest słuchany na radzie drużyny, a chłopcy traktowani jak mięso armatnie. Taki wojskowy model harcerstwa nie jest modelem Skautów Europy.

Skauting katolicki nie jest ruchem religijnym czy wspólnotą religijną

Ruchy religijne, wspólnoty mają bardzo wiele do zaoferowania, zwykle jednak młodym powyżej 17 roku życia. Siła człowieka wewnętrznego, którą chcą ukształtować opiera się w głównej mierze na „ćwiczeniach duchownych”, czyli praktyce ascezy i modlitwy. I tak ma być. Niemniej jednak powoduje to pewną jednostronność, jeśli chodzi o wachlarz zajęć i narzędzi wychowawczych. W skautingu katolickim chodzi o pięć celów, modlitwa zazębia się z innymi wychowawczo fundamentalnymi zajęciami, jak życie obozowe, techniki, próby, narady, ekspresja, gotowanie, budowanie, służenie innym, etc. Skauting ma trafić do młodych w wieku 8-18 lat, więc musi oferować przygodę i zajęcia na świeżym powietrzu. Dobrze, jeśli młodzi mogą mieć Mszę Św. czy adorację na świeżym powietrzu, jeśli ksiądz ich odwiedzi podczas posiłku, przy ognisku, w ich świecie i tam opowie im o przygodzie, jaką jest życie z Bogiem i środki do tego celu: modlitwa, spowiedź, czytanie Pisma Św. W ten sposób wiara, Kościół, stają się częścią tego unikalnego świata nastolatków, tego podwórka.

Na poziomie czerwonej gałęzi, czyli przewodniczek i wędrowników jest podobnie. Ta gałąź ma być ukształtowana wszechstronnie, nakierowana na 5 celów. Tu pokusa „ruchu religijnego” jest większa, bo i dziewczęta i chłopcy starsi i już, wiadomo, nie będą robić gier i zabaw jak harcerki i harcerze. Owszem. Niemniej jednak wędrówka, ekspresja, życie na łonie przyrody ze swoimi wymaganiami i przygodami, służenie innym ma być nadal główną treścią zajęć, a modlitwa, życie z Bogiem ma być wplecione w te zajęcia w sposób naturalny. To bardzo ważne, chodzi bowiem o to, by wiara była blisko życia codziennego, a nie czymś od wielkiego dzwonu, czymś równoległym na zasadzie: dziś mamy wędrówkę i wychowanie „harcerskie”, za tydzień mamy rekolekcje i wychowanie „religijne”. Takie myślenie jest niebezpieczne. Dlatego ja nie lubię pojęcia „spotkanie formacyjne” kręgu czy ogniska. U nas wszystko jest formacyjne. Moim zdaniem należy po prostu mówić spotkanie ogniska lub kręgu, a jego treść powinna z jednej strony realizować 5 celów, a z drugiej autorami i wykonawcami mają być same dziewczyny i chłopaki, a nie szefowa lub szef z duszpasterzem. Nie może być tak, że to co działa na poziomie zielonej, czyli odpowiedzialność i rola na zbiórce każdego członka zastępu, nagle stają się nieważne w czerwonej. Moim zdaniem nie możemy skonfigurować spotkań kręgów i ognisk na takiej zasadzie, jak w ruchach i wspólnotach religijnych. To musi być skautowe, a żeby takie było musi treściowo być wszechstronne (5 celów) oraz wychodzić od samych dziewczyn i chłopaków i być przez nich realizowane. Jasne, że szczególne miejsce zajmują rekolekcje, które mają być po prostu rekolekcjami, czyli czasem modlitwy i wyciszenia, ale i tu jest miejsce na pomysłowość samych dziewczyn i chłopaków, jeśli chodzi o program i kształt.

Ważne też by odróżnić młodą drogę od ogniska szefowych i kręgu szefów. Młoda droga nie jest „okresem przejściowym”. Jest samoistną gałęzią, ze swoimi celami i metodami. Jest właściwym okresem przygody wędrowniczej. Później są szefowie, którzy żyją stylem wędrowniczym, ale ich głównym zadaniem jest służba. Tymczasem młoda droga to po prostu największa okazja do najbardziej szalonych przygód. Jest to grono rówieśnicze, więc wszyscy są co do zasady na tym samym poziomie. Wydaje mi się, że warto myśleć o młodej drodze jak o Zastępie Zastępowych w warstwie przygodowej, ale z delikatnym przesuwaniem akcentu na kwestie chrześcijańskiej formacji ku dojrzałości.

W ruchach religijnych często ważna jest rola księdza i kierownictwa duchowego. W skautingu też. Niemniej jednak decyzje nie są podejmowane przez księży, ale na Radzie Zastępu, Sądzie Honorowym, na radach po prostu w sposób transparentny. Jesteśmy owocem zwyczajnej opatrzności Bożej, a nie nadzwyczajnej. Decyzje podejmuje nie jakaś anonimowa „wola Boża” lub „wola Boża”, której jednostronnym wyrazicielem jest szefowa/szef i/lub ksiądz, ale tak naprawdę sam chłopak i dziewczyna. Jeśli ktoś żyje Prawem i Przyrzeczeniem nie ma zasadniczego powodu, by mu odmówić. Chcesz tworzyć zastęp? Bardzo proszę. Drużynę? Nie ma najmniejszego problemu, pokaż co potrafisz, etc. Problemy i niedomagania skoryguje się w trakcie, bo przecież samo sprawowanie odpowiedzialności, powyżej 18 roku życia jest głównym środkiem formacyjnym. Czasem zapominają o tym hufcowi i namiestnicy. To fakt, że jestem odpowiedzialny jako szef za chłopaków, motywuje mnie o wiele bardziej do pracy nad sobą niż spotkania i rekolekcje. Oczywiście bez spotkań, wędrówek i rekolekcji powoli motywacja do bycia szefem ulega erozji, więc ważne jest i jedno i drugie. Ale to bycie szefem formuje przede wszystkim. To jest główna dźwignia rozwoju osobistego w skautingu po 18-19 roku życia.

Tradycyjnie skauting katolicki jest usytuowany przy parafii. Tak było wszędzie tam, gdzie istniał stary potężny skauting katolicki, czyli w Belgii i Francji oraz po II wojnie we Włoszech. To jest najlepsze miejsce dla Skautów Europy, bo tam są rodziny i proboszcz, chociaż nie odżegnywałbym się od szkoły. Nie szukałbym szkoły jako model, ale jako eksperyment.

To usytuowanie przy parafii od razu zdradza nam ważną, katolicką właśnie charakterystykę naszego skautingu: w sferze religijnej, duchowości, czy praktyki pobożności, jesteśmy odbiciem Kościoła powszechnego, czy mówiąc konkretniej w Polsce odbiciem dobrej średniej krajowej polskiej parafii katolickiej. Mówię „dobrej” średniej, bo samo słowo „średnia” może się niektórym skojarzyć z obniżaniem poziomu. Nie o to chodzi, ale o unikanie „specyficzności duchowej” charakterystycznej dla ruchów lub tzw. „silnych tożsamości”. Nie centralizujemy „opieki duchowej” w ręku tego czy innego instytutu, czy zakonu, jesteśmy dla wszystkich, przede wszystkim dla tej średniej krajowej parafialnej polskiej. Jesteśmy też ruchem w rękach świeckich, to wynika z charakteru prywatnego stowarzyszenia wiernych, no i z tej całej wewnętrznej dynamiki metody skautowej, o której tyle tu wciąż na okrągło. Historia uczy, że wszelkie ruchy, inicjatywy, działalności zawsze najłatwiej tracą to, co jest ich największą siłą np. skauting zawsze najłatwiej traci konsekwentny system zastępowy. Nie wiem, dlaczego tak jest, może to jakaś sprawka WiadomoKogo, a może po prostu brak wyobraźni i brak wiary w przywództwo 15-latka. W końcu sam Baden-Powell mówił o odpowiedzialności zastępowego, że niektórzy myślą, że to przesada. Nie wszyscy też są jak Gandalf i potrafią zaufać hobbitom.

Pamiętam, jak w 2010 w Paray-Le-Monial we Francji, kustosz tamtejszego sanktuarium, mówił do ponad 800 przewodniczek francuskich: nie słuchajcie tych, którzy wam podpowiadają, że macie się zmienić, stać kim innym, błagam, pozostańcie tym, kim jesteście. Wydaje mi się, że to ważna wskazówka dla wszystkich kierujących naszym ruchem skautowym.

Skauting a organizacja społeczna

Niekiedy organizacja harcerska staje się wielką organizacją społeczną, z funkcjami daleko wykraczającymi poza tę ideę przestrzeni wolności dla młodych, tego PODWÓRKA, o którym my tu ciągle mówimy. Staje się wówczas organizatorem wypoczynku, realizuje akcje społeczne typu "bądź bezpieczny na drodze" lub inne, słowem otrzymuje ponadpodwórkowe funkcje w państwie. Odpowiednio do tych funkcji rozbudowuje majątek oraz etaty i biurokrację. Czasem dzieje się to w takiej wersji "miękkiej", jak np. we Włoszech, gdzie organizacje skautowe potrafią poskromić tę rozbudowę majątku i etatów, natomiast angażują się w szereg takich inicjatyw społecznych. Czasem dzieje się to w wersji "na maksa", jak w niektórych innych krajach, co może zresztą być jakimś spadkiem po tzw. dawnych czasach. Po części to rozbudowywanie znaczenia społecznego organizacji skautowej bierze się z naturalnej ewolucji, po części z chęci przydania sobie, zwykle przez dorosłą część szefostwa, prestiżu społecznego. Pewnie to  miał na myśli Sedlaczek, jak w w 1937 r. pisał te słynne słowa "...odbiegamy nieraz od prostoty form i organizacji i administracji skautingu, za mało interesujemy się drużyną i zastępem, za dużo „wyższymi” ogniwami i „szerszymi” przejawami życia harcerskiego” To szukanie "szerszych" przejawów życia harcerskiego leży u podstaw tej tendencji do przekształacania się w organizację społeczną. Wiadomo dlaczego to nie jest dobry kierunek: ostatecznie zastęp i drużyna, czyli to, po co skauting został stworzony, zejdą na dalszy plan. To, co najważniejsze stanie się drugorzędne. Podobnie rzecz się ma z pokusą włączenia organizacji skautowej w walkę o szczytne kauzy społeczne, czy katolickie jak walka o zniesienie aborcji, czy podobne temu sprawy. Otóż organizacja skautowa jako taka nie jest instrumentem do walki o słuszne sprawy społeczne lub kościelne, nie jest po to by "ratować" społeczeństwo lub Kościół. To nie jest jakiś oręż, który można by było zmobilizować do klejenia plakatów wyborczych. Zwyczajnie bowiem przestanie być w rękach chłopców i dziewcząt, a stanie się organizacją społeczną w rękach dorosłych. Skauting jest po prostu po to, by robić swoje zgodnie z tym, co ma zapisane w genach, a ma tam zapisane bardzo poważne rzeczy. Jeśli tak będzie postępować, to na pewno "uratuje" wiele słusznych spraw.

Skauting w społeczeństwie

Listę, czym skauting nie jest moglibyśmy wydłużyć: nie jest klubem sportowym, wspinaczkowym, wyczynowym, świetlicą zajęć pozalekcyjnych, niższym seminarium duchownym, młodzieżówką partyjną, subkultura młodzieżową, organizatorem letniego wypoczynku dzieci i młodzieży, obroną cywilną, etc. Jest po prostu tą przestrzenią wolności młodych, która ma kształtować dojrzałych obywateli i dojrzałych chrześcijan. Skauting nie buduje okrętu, dostarcza jedynie pracowników. Ale rzecz jasna, ma zawsze zdrową ambicję, by wychować także tych, którzy założą firmy budujące okręty.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz