12 kwietnia 2013

Zbudować wielki ruch Skautów Europy w Polsce


W pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku, gdy kształtowały się wizje mojego pokolenia dotyczące przyszłości projektu „Zawisza-Skauci Europy”, panowała specyficzna atmosfera „odbudowywania” wszystkiego po 40-letnim okresie PRL. Poruszaliśmy się, z jednej strony, w cieniu wielkiej polskiej tradycji harcerskiej, która z daleka jawiła się jako coś świętego, po bliższym poznaniu aktualnego wydania stawała się natomiast zdecydowanie mniej atrakcyjna. Głównym elementem odrzucającym był ten militarny charakter, który wydawał się nam strasznie anachroniczny, a także wszystko inne po prostu: dużo zapatrzenia w jakąś mitologię, a mało nowoczesnej świeżości pedagogicznej. Z drugiej strony, funkcjonowaliśmy w cieniu potęgi oazowej, obecnej w każdej parafii, w dodatku pełnej ładnych dziewczyn. To, co było największą zaletą jednak, czyli dziewczyny, było też największą wadą: w takim gronie nie było widoków na przygodę harcerską na łonie przyrody, a jedynie na siedzenie w salce i rozważanie Pisma Św. oraz salonowe życie towarzyskie. Pamiętam, że od 2 klasy liceum moje życie toczyło się od imprezy do imprezy w gronie ministrantów i dziewczyn z oazy w mojej parafii. Na szczęście pojawiła się banda stworzona przez Tomka Szydło. Zawisza miała elementy i harcerskie i oazowe. Pedagogicznie była dość bliska ZHP i, potem, ZHR w wydaniu puszczańskim.

Pamiętam, że od pewnego momentu Michał Bobrzyński bardzo lansował podział wiekowy na tropicieli i odkrywców wewnątrz tego, co obecnie znamy jako zieloną gałąź 12-17 lat. Podział ten był jednym z elementów reformy Skautów Francji w 1964 r. Skauci Europy nigdy nie stosowali tego podziału. Powstali na początku lat 70-tych Scouts Unitaires de France właśnie dlatego nazywają się „unitaires”, gdyż uważali, że sprawa jedności gałęzi zielonej jest sprawą zbyt fundamentalną. Michał Bobrzyński zapożyczył to prawdopodobnie z ZHP, gdzie przenikały wpływy reform Scouts de France, mimo „żelaznej kurtyny”.

Jakby nie było, czuliśmy się malutcy, zakompleksieni, nie wiedzący do końca, czy mamy prawo budować nasz własny ruch harcerski, czy nie powinniśmy grzecznie kogoś poprosić o zgodę. Mieliśmy 20 lat, w dodatku byliśmy z prowincji i nie zawsze czuliśmy się komfortowo w zetknięciu z wielkimi. Wiadomo, co stało się potem wraz z odkryciem Skautów Europy. Może wiadomo, a może nie. Przychodzi nowe pokolenie, które może nie znać zasadniczych wyborów, które podejmowaliśmy wówczas i tego rozpoznawania, czym mamy być i dlaczego nie mamy być ani ZHP-ZHR-em ani oazą (wspólnotą religijną). A zatem nieco o tym.

Inny model

Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że stykając się ze Skautami Europy zaczynamy się poruszać w innym klimacie, z jednej strony bardziej cywilno-skautowym, z drugiej bardzo katolickim. Uderzyło nas, że może istnieć tak ścisłe powiązanie między tym, co skautowe, a tym co religijne. Dziś wiemy, że to jest robota Ojca Sevin, obecna we Francji i Belgii przed wojną, we Włoszech po wojnie, która jednak zaczęła być dość radykalnie demontowana we Francji po 1964 r i przechowała się w szerszym wymiarze u Skautów Europy i w SUF. W Polsce ten model skautingu był praktycznie nieznany, wspominał o nim Stanisław Sedlaczek w 1937 i z Hufcami Polskimi od 1939 chciał w tym kierunku iść. Po wojnie w Polsce stało się to, co się stało. Z jednej strony komuniści totalnie zideologizowali harcerstwo, z drugiej paradoksalnie, z przerwą na lata 1948-56, gdy robili czerwone harcerstwo i zmienili przejściowo także formy zewnętrzne, zakonserwowali przedwojenny styl mundurów, oznaczeń i nazw. Sytuacja dlatego jest paradoksalna, że z jednej strony zupełnie wyeliminowali kierunek nadawany przez Sedlaczka (czyli katolicki), z drugiej jednak nie poszli tak daleko w reformach marksistowskich, jak np. Scouts de France, w efekcie czego mogły się zachować środowiska praktykujące harcerstwo przedwojenne, które potem założyły ZHR. W samym ZHP jest ok. 20% drużyn niekoedukacyjnych i zbliżonych do ZHR, w dodatku w najtrudniejszych czasach często wiernych Kościołowi i chodzących na pielgrzymki w mundurach wbrew oficjalnym zakazom. Ta przedwojenna, militarna co prawda, ale mimo wszystko daleka od „dokonań” reformatorskich skautingów zachodnich, forma polskiego harcerstwa tradycyjnego w jego najlepszych obszarach, jest pewnym kuriozum, w sensie pozytywnym, na tle skautingu światowego. Mówił mi o tym w 2010 r. szef ICCS. Ewidentnie nie czuł się dobrze z tym militarnym paradygmatem. W sferze pedagogicznej ten „zdrowy” obszar polskiego harcerstwa często trzyma się intuicji przedwojennych z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli z tym, co dobre, ale również nie przepracowawszy pewnych problemów już wówczas obecnych, o których np. mówił Sedlaczek w 1937 r. O tym będzie jeszcze za chwilę. Natomiast w sferze ideowej jest tak trochę od sasa do lasa: są drużyny bardzo katolickie, są bardzo odjechane w kierunku wszystkich mód i błędów współczesności. Niemniej jednak, całościowo rzecz ujmując, w porównaniu z tym, co zaszło na Zachodzie, gdzie się wyrugowało Boga z przyrzeczenia i przyjęto „turystyczno-postępowy” styl pedagogiczny, jest harcerstwo polskie oazą szlachetności i jestem ostatnim, który by nie doceniał wartości tej pracy. Spróbujmy te różnice w modelu nieco bardziej scharakteryzować.

Pięć celów

Pierwszym odkryciem, po zrozumieniu, że wychowanie charakteru i wychowanie w wierze idą w parze było odkrycie wewnętrznego mechanizmu tej harmonii między sferą ludzką a sferą nadprzyrodzoną: 5 celów po prostu. Dwa proste stwierdzenia: 1) Każda zbiórka ma mieć każdy z elementów, 2) w wymaganiach na każdy stopień są elementy dotyczące każdego z 5 celów. Życie stało się prostsze. Bo jak ktoś się zastanawiał nad tym, na czym ma polegać wychowanie religijne w harcerstwie to w tych dwóch stwierdzeniach było już wszystko. Robota z głowy. Nie trzeba wymyślać świata na nowo, tylko pogłębiać w kierunkach już wytyczonych. Do tego dorzuciliśmy tylko apele ewangeliczne zastępu, wyniesione bezpośrednio z oazy. Ta praktyka przyjęła się zaskakująco dobrze. Ostatnio mogłem się przyglądać, z daleka co prawda, zbiórce założycielskiej drużyny dziewczyn w Piasecznie. Miały grę, gotowanie, las, śpiewanie, radę zastępu i …. apel ewangeliczny. Ponieważ jestem wielkim zwolennikiem oddawania wszystkiego na własność „bandzie podwórkowej”, również Pisma Św. i katechizmu Kościoła, więc dyskusja, czy apel ewangeliczny ma być na „spontana”, czy też ma być super przygotowany przez duszpasterza uprzednio z zastępowymi na podstawie mądrego konspektu, jest oczywiście jakoś tam ważna, ale ostatecznie drugorzędna.

Pamiętajmy, że zastęp stosuje techniki, które są w jego zasięgu, tzn. bez potrzeby obecności doświadczonego dorosłego instruktora. Inaczej, to instruktor ów staje się szefem i przejmuje dowodzenie, a nie sami chłopcy czy dziewczęta. Podobnie jest z formacją religijną, jasne, że musi być gdzieś poważny wykład doktryny: na katechezie w szkole, w kościele, w domu, czy też w speechu i przykładzie drużynowego i duszpasterza. Ale też musi być obszar pozostawiony zastępowi. Apel ewangeliczny jest do tego dobrą okazją. Zawsze toczyłem spór z tymi, którzy w imię „jakości formacji” likwidowali samodzielność zastępu w tym względzie i nie doceniali piękna „Ewangelii na podwórku”. Podobnie jest u wilczków i w czerwonej gałęzi. Nie ma nic piękniejszego niż banda wilczków domagająca się lektury katechizmu, bo akurat jest tak napisane w planie i wybiła godzina. Albo bandy nastolatków-„gangsterów” podwórkowych biorących w swoje brudne paluchy Pismo Św. i we własnym gronie usiłujących w oparciu o nie dywagować nad sensem życia. Bóg staje się wówczas przynajmniej tak samo ważny jak gra w piłkę, chodzenie po drzewach lub kąpiel w rzece. Maurice Ollier zawsze nam wbijał w głowę, że dziewczynę i chłopaka, a co dopiero mówić szefową i szefa, należy traktować nie jak bierny przedmiot formacji, ale jako aktywny podmiot formacji. Co zresztą jest napisane w art. 5 Dyrektorium religijnego FSE.

Pamiętam, z jakim zdziwieniem przeczytałem na początku lat 90-tych, artykuł w jednym z licznych wówczas pisemek harcerskich, czy to było ZHP, czy ZHR, w którym drużynowy skarżył się, że teraz chce się uczynić go odpowiedzialnym za wychowanie religijne w drużynie. A przecież on ma już tyle na głowie, głównie spraw organizacyjnych i logistycznych. Pomyślałem sobie: no tak, kolejny Bolek i Lolek, z całym szacunkiem, pędzący z taczkami bez zawartości. Po co to wszystko organizować, jak nie ma jasnego celu?

W ogóle najbardziej charakterystyczne dla nas jest to, że nasza religijność jest po prostu taka zwyczajna, że nie problematyzujemy, nie rytualizujemy, nie formalizujemy praktyk pobożności. Przez formalizację i rytualizację mam na myśli takie „oddzielenie” od „normalnego” życia obozowego. Po prostu zastęp się modli, za chwilę gra, po czym gotuje, modli się przed posiłkiem, odpoczywa, idzie na Mszę, idzie się trzaskać, potem kąpać, potem ma apel ewangeliczny, następnie wystrzałowe ognisko zakończone magiczną chwilą wieczornej modlitwy. Nikt się po prostu nie zastanawia. Nawet jak przyjdzie ktoś nieochrzczony. Jego rodzice są informowani o charakterze katolickim sprawy. I gość wskakuje, jeśli im to nie przeszkadza ani jemu. Bez zmuszania, ale też bez problematyzowania tematu z naszej strony, bierze w tym zwyczajnie udział. Nikt nie gwałci jego sumienia. Gra taka sama jak inne na podwórku. Potem, jeśli uzna, że go to interesuje i chce złożyć przyrzeczenie, to możemy porozmawiać o chrzcie. Wszystko jakoś tak naturalnie, bez napinania się, kokieterii, jak między przyjaciółmi.

Zastęp sam obozuje i gotuje

Tak dalece posunięta samodzielność zastępowego była dla nas zwyczajnie nie do pomyślenia. Niby się czytało Baden-Powella o tej 100% odpowiedzialności zastępowego, ale model panujący wokoło był inny. Zastępy tak naprawdę to były patrole, nad wszystkim czuwał drużynowy, który nagle na obozie stawał się komendantem, a przyboczny oboźnym i z gwizdkiem biegał, poganiał i wydawał polecenia. Namioty były obok siebie na polanie, obozowało się w dwie lub więcej drużyn, w kuchni gotował dla wszystkich zastęp dyżurny, pod wodzą innego przybocznego, wszędzie pełno było krzątania się i aktywizmu. Bolek i Lolek.

Pojechaliśmy na Eurojam do Viterbo. Pierwsze wrażenie” „ale przecież oni tu nic nie robią”. Faktycznie, było jakoś tak spokojnie, jakby się nic nie działo. Wtedy Maurice Ollier: „proszę państwa, witamy w systemie zastępowym!” Na obozie drużyny jeden zastęp obozuje w odległości 100 m od drugiego, sam gotuje, drużynowy jest drużynowym, a nie komendantem, nie interweniuje bezpośrednio, tylko przez zastępowych, drużyna obozuje sama, po obozie nie snują się harcerze z innych drużyn, żeby wejść do obozowiska zastępu trzeba zagwizdać na przywitanie i czekać na odzew, nie ma krzyków oboźnego tylko dźwięk rogu alfabetem Morse’a. Zastęp nie tylko gra, ale też żyje po prostu: gotuje, zmywa, to też jest częścią gry. To właśnie system zastępowy powoduje, że jest taki spokój. Wszystko dzieje się po prostu w rytmie dziewczyn i chłopców, a nie w rytmie szefów usiłujących wprowadzić dryl koszarowy, a potem idących leżeć na pryczy i pić colę, co sam zresztą widziałem w Kozinie w 1992 r. na obozie innej organizacji harcerskiej. Inny świat.

Szefowe z Lublina opowiadały mi 3 lata temu, że ich koledzy z ZHR do tej pory nie wierzą, że mieliśmy w Żelazku 1100 kuchni polowych, po jednej na zastęp i że każdy zastęp sam sobie gotował. Mówią, że był katering. Bartek Mleczko mówił, że dopiero na Eurojamie zrozumiał, że ten system zastępowy to naprawdę, zawsze i bez wyjątku. Też spodziewał się, że będzie jakiś katering. Ja pewnie też.

„Zastęp sam gotuje na obozie” – to stało się jakimś symbolem nowego stylu i nowej pedagogiki.

Że nie jest to oczywiste świadczy chociażby to, że nowi rodzice, szczególnie dziewczyn, nie zawsze czują się komfortowo, jak im się powie „zbiórki zastępu odbywają się bez obecności dorosłych”. Boją się o bezpieczeństwo po prostu. Z chłopakami też tak jest czasem, ale na pewno mniej. Jak się czyta różne dokumenty, regulaminy ZHP lub ZHR, to o zbiórkach zastępu, o jego autonomii nie ma ani słowa. Tak jakby najważniejszy fenomen metody skautowej był tam absolutnie nieobecny.

Senator Kazimierz Wiatr, nasz wielki przyjaciel z ZHR, nieraz nam mówił, że dla niego to jest jakaś strata czasu to gotowanie zastępu na obozie. On to robił inaczej i był bardzo zadowolony z efektów. Inny model.

Powoli rezygnowaliśmy też z ciężkich namiotów tzw. „dych”, które były ciężkie, przenoszenie, stawianie, zwijanie tych namiotów zawsze wymagało tzw. „kwaterki”, czyli wyjazdu kilka dni wcześniej przed obozem grupy starszych-przybocznych, wędrowników, celem ogarnięcia części wspólnych. Wraz z obozowaniem i gotowaniem w zastępach zniknął ten temat zupełnie, a wraz z nim też ciężkie namioty, zgodnie z zasadą, że zastęp musi być w stanie sam się ogarnąć. Nie może to przekraczać jego sił fizycznych.
Fakt, że w soboty odbywają się w terenie zbiórki naszych band podwórkowych, czyli zastępów, jest najbardziej fundamentalnym wydarzeniem we wszechświecie. Nie w salce przyszkolnej w czwartek popołudniu.

Styl skautowy

Oprócz kolorów mundurów, oznaczeń i sztandaru, ważną kwestią, która nadaje nasz styl są dwukolorowe chusty noszone na kołnierzu, a nie pod nim. Świadomie zakazaliśmy używania koloru czarnego, bo jest on bardzo rozpowszechniony w innych organizacjach i jest takim wyrazem tego komandoskiego charakteru harcerstwa. Wiem, że obecnie tu czy tam ten kolor czarny występuje, sugerowałbym na przyszłość zakazać tego koloru w nowych szczepach. Kolory, szczególnie ciepłe, dodają naszemu skautingowi tego charakteru cywilnego, dziewczęco-chłopięcego.

Wraz z odmiennym stylem, zniknęła musztra, dyscyplina, apele stały się mniej sztywno-formalne, ale po prostu dziewczęco-chłopięco-spontaniczne. Ostatnio dowiedziałem się, że w niektórych organizacjach harcerskich musztruje się również…. zuchy. Było to powodem, dla którego jeden tata, zabrał stamtąd swoje dzieci i chce zostać Akelą u nas. Z musztry tradycyjnej został nam meldunek na niektórych uroczystych apelach, ale pamiętajmy, że normalnie za meldunek robi okrzyk zastępu po przybiegnięciu. Skautowe vs. wojskowe.

Namawiałbym naczelników do ustnego podawania treści rozkazów na apelach, na których są obecni, a nie wyczytywania jak w wojsku z kartki na baczność.

Jednym z naszych głównych „przebojów” stała się ekspresja. Zastąpiliśmy stare, obrzędowo-gawędowe ognisko, ogniskiem wystrzałowym, magią teatru, przebraniem, dekoracją, scenografią. Znów wszedł radosny styl gry chłopców i dziewcząt, a nie partyzancki styl nostalgiczno-wspomnieniowy. W pewnym momencie, gdy widzieliśmy, że wraz z gitarą wkracza Kaczmarski i cały ten styl trapersko-turystyczno-subkulturowy, przestaliśmy używać gitar, żeby stworzyć warunki do szukania ciekawszego repertuaru, bardziej odpowiadającego temu radosno-chłopięco-dziewczęcemu charakterowi naszego skautingu. To się w dużej mierze udało, aczkolwiek chciałoby się mieć choć kilka takich własnych „polsko-skautowo-europejskich” piosenek dla zielonej i czerwonej gałęzi, na wzór tego, co zrobiła gałąź żółta. Wielkim atutem żółtej są właśnie te wilczkowe piosenki i wilczkowa ekspresja. W zielonej trzeba zrobić to samo, zamiast śpiewać „Druhno Komendantko” lub „Gdy zakochasz się w szarej lilijce”. Z przedwojennej tradycji warto brać wszystko to co jest zgodne z tym naszym duchem i stylem.

Miejsce szefów i dorosłych

Konsekwencją atrofii systemu zastępowego jest przesadne miejsce szefów i dorosłych. Myśmy zawsze odbierali instruktorów harcerskich jako taki rodzaj „oficerów”, którzy traktują dziewczęta i chłopcy nieco z góry. To oni byli głównymi protagonistami, nie zastępowi. Trafiliśmy na taką broszurę z końca lat 30-tych, takiego podharcmistrza, nazwisko coś w stylu Kuliński, czy jakoś tak, może Tomek Podkowiński kiedyś znajdzie. On dokładnie charakteryzował to zjawisko, tak jak myśmy to postrzegali. Instruktor jest oficerem, krzyczy i pomiata, a nie starszym bratem, który żartuje i się interesuje i pomaga. Jak w wojsku po prostu. Harcerstwo to miało być takie małe wojsko. Nie, nie, nie. Stąd zrezygnowaliśmy ze słowa „instruktor” i zaczęliśmy używać słowa” szefowa”, „szef”. Odeszliśmy od zabawy w hierarchię instruktorską wyznaczaną stopniami instruktorskimi. Zachowujemy je, bo prawo do tego skłania, ale nie używamy wewnątrz przed nazwiskiem ani nie przywiązujemy do nich jakichś uprawnień statutowych.

Prawa wyborcze na Sejmiku przyznaliśmy tym, którzy pełnią funkcje, a nie tym, którzy mają stopnie, a nic nie robią. Nie tworzymy żadnego „korpusu oficerskiego”. Ani zielone chusty ani żółte ani MacLareni też nie mają tworzyć takiego osobnego „korpusu pedagogicznego”, a zajmowanie funkcji nie ma być uzależnione od osiągnięć formalnych, tylko REALNYCH. Patrząc na tę zabawę dorosłych w rangi i stopnie, w formalizowanie za pomocą prac pisemnych, „magisterek harcerskich” np. na stopień phm lub hm, czasem też obecnych w FSE np. we Włoszech, jestem głęboko przeciwny tego typu praktykom, bo one nas mogą opleść w niewidzialne ręce biurokracji i formalizmu. Po prostu, zwyczajnie, promuje się wówczas nie tych, którzy potrafią dokonywać cudów na pierwszej linii, zakładając drużyny, kręgi i ogniska, powołując nowe szczepy, prowadząc atrakcyjne obozy szkoleniowe, układających rewelacyjne gry na Harce, Eurojam, prowadzący strony www, pisząc do Gniazda, nagrywając super filmy, etc. tylko takich pracujących w papierach, nikomu niepotrzebnych „doktorów uczelnianych”, z całym szacunkiem dla tychże, mających do powiedzenia rzeczy dawno nieświeże. Możemy się wówczas po prostu stać takim środowiskiem „samoodnoszącym się”, jak to uwielbiają mówić Włosi „autoreferenziale” z fikcyjnymi hierarchiami i nieważnymi problemami. Ilekroć słyszę, że coś ma być zrealizowane w formie papierowej i wylądować w czeluściach mitycznego archiwum, do którego nikt nigdy nie sięgnie i że szefowa lub szef ma oddać pół roku lub więcej swojego życia, by coś niepotrzebnego nikomu stworzyć, ogarnia mnie strach i przerażenie. Ktoś może się naczytać tysiąc mądrych książek harcerskich i napisać tomy podręczników, a jak nie weźmie się i nie zorganizuje imprezy lub środowiska lub czegoś praktycznego jak odpowiedzialność za logistykę na Eurojamie lub redagowanie atrakcyjnego pisma harcerskiego, zrobienie filmu, strony www, zorganizowanie chóru lub tp. to na co to komu i czy to będzie naprawę oparte na żywym i bogatym doświadczeniu.

Co innego natomiast, jeśli ktoś pisze coś takiego na zewnątrz, a nie do wewnątrz, z przeznaczeniem do jakiejś publiki zewnętrznej. Wówczas to jest interesujące.

W ogóle wielka szkoła myślenia Maurice Ollier w tym aspekcie polegała na tym, by nie dawać starym pozycji uprzywilejowanej w stosunku do młodszych. By z faktu, że ktoś kiedyś był hufcowym, naczelnikiem, namiestnikiem, komisarzem albo że jest HR-em lub HR-ka nie wynikały jakieś specjalne prawa w stosunku do ruchu i młodszych aktualnie nim zarządzającym. Ktoś ma tyle praw, o ile to wynika z aktualnej funkcji. Bronimy się przed fenomenami „kierowania z tylnego siedzenia”. Jasne, że roztropność nakazuje, by młodzi słuchali, co mają do powiedzenia starzy, ale ci nigdy nie występują w roli surowych recenzentów, ale starszych braci i sióstr po prostu. W ten sposób cały ruch gra na pewną równowagę między młodymi i starymi na wszystkich szczeblach od szczepu wzwyż. Kiedyś było tak, że na poziomie federalnym byli sami emeryci. Od kilku lat mamy komisarzy w wieku 37 lat. To co dzieje się na górze musi odpowiadać pragnieniom tych, którzy ciągną to na co dzień, czyli szefowych i szefów. Zbyt duży rozziew będzie działał na nich demobilizująco.

Myślę, że bardzo trafnie konfiguruje się w chwili obecnej pozycja szczepowych. Z jednej strony pomagają ogarniać sprawy organizacyjne i reprezentują wobec rodziców i proboszcza, z drugiej stanowią wielkie codzienne wsparcie szefowych i szefów, dzieląc się i w jednej i w drugiej kwestii pracą z hufcowymi.

Hufcowi są w chwili obecnej zwornikiem całej konstrukcji. Z jednej strony organizują sobie coraz lepiej wsparcie ze strony szczepowych, z drugiej, tradycyjnie, wielkim wsparciem dla hufcowych w szkoleniu i motywowaniu szefów są namiestnictwa (spotkania typu „Rzekotka, „Legwan”, etc., obozy szkoleniowe, inne inicjatywy typu Jarmark FSE, Przestrzeń, Gniazdo, etc.). Uważałbym tylko na „aktywne” ustawienie funkcji hufcowego, nie tyle „do wewnątrz”, co „na zewnątrz”. Hufcowy nie ma być przede wszystkim „administratorem”, ale stać na pierwszej linii rozwoju i inicjatyw pchających hufiec do przodu (nowe szczepy, nowi kandydaci na szefów, świetnie przygotowane wydarzenia typu Dzień Modlitw, Rozesłanie, Rekolekcje). Być wreszcie do dyspozycji szefów i szefowych, jeśli chodzi o osobistą rozmowę.

Ktoś powie, że to za dużo na jednego człowieka. Owszem, dlatego warto, żeby hufcowi mieli coraz ciekawszą wizję organizacji i funkcjonowania hufca. Mówiłem już o tym poleganiu na szczepowych oraz na namiestnikach. Niech też mają wokół siebie osoby, którym mogliby powierzać różne misje szczególne.

Jestem wielkim zwolennikiem włączania wszystkich szefów i szefowych do odpowiedzialności za hufiec. Chodzi o to, by hufcowy/hufcowa połączyli umiejętność pracy z duszpasterzem, z gronem doradców-ekspertów, ze szczepowymi i z szefami/szefowymi. To nie musi być aż tak skomplikowane i czasochłonne, jeśli tylko ma się wystarczająco szeroką wizję.

W przeszłości była tendencja do robienia małych hufców, czyli szybkiego dzielenia na mniejsze liczebnie i terytorialnie szczeble. Moim zdaniem jednak był to błąd. W większym gronie szefów/szefowych tworzy się lepsza atmosfera i lepsza dynamika. To one są gwarancją tego, że hufiec idzie do przodu. Ma to oczywiście swoje naturalne granice, ale my jeszcze w Polsce nie do końca mamy doświadczenie, gdzie owe grancie się znajdują. Lepiej nieco eksperymentować, żeby się nauczyć niż robić podziały na papierze, ryzykując tworzenie struktur bez dynamiki.

Nasi dorośli w mundurach nie zostają „działaczami harcerskimi”, fenomen, którego baliśmy się zawsze jako diabeł święconej wody. Pełnienie funkcji od szczepowego wzwyż nie czyni z nas „działaczy”. Angażujemy się po prostu w życie Kościoła u boku młodych, wspierając ich, prowadząc dzięki skautingowi nasze apostolstwo świeckich, co najbardziej widać, gdy występujemy w roli starszego brata lub starszej siostry wobec młodszych przygotowujących się do wymarszu lub Fiat.

 

Pamiętać o młodej drodze

Jest taka tendencja, żeby jako czerwona gałąź określać przede wszystkim szefowe i szefów, czyli tych po 19 roku życiu, którzy podjęli służbę. Owszem to jest całe kapitalne zagadnienie, żeby utrzymać właściwy balans między służbą i formacją osobistą między 19 a 26 rokiem życia. Natomiast trzeba pamiętać, że właściwym wiekiem przygody wędrowniczej jest młoda droga, czyli okres od 17 do 18 lub do 19 roku życia. Zwykle trwa on rok. Nie należy raczej tego okresu przedłużać ponad dwa lata. To nie jest jakiś tam „okres przejściowy”. To jest samodzielna gałąź pedagogiczna ruchu Skautów Europy. Nie lekceważąc zadań i pomysłów, jakie mogą mieć namiestnicy czerwoni w stosunku do pracy wędrowniczej z szefami, czy z HR-kami i HR-ami, należy jednak oczekiwać, by 90% czasu, pomysłów i energii poświęcali na młodą drogę. To przede wszystkim w tej kwestii powinni budować kompetencję pedagogiczną. Często słyszę, że to oczywiście prawda, no, ale czasem nie ma po prostu wiele kręgów czy ognisk młodych, wówczas więcej pracy jest z ogniskami szefowych i kręgami szefów lub z HR. Otóż nie. Wówczas trzeba się po prostu koncentrować na tym, by w hufcach powstawały kręgi i ogniska młodych z ludzi nowych, czyli z 17-18-latków którzy wcześniej nie byli w ruchu. To jest prawdziwe wyzwanie apostolskie dla namiestnictwa czerwonego i dla wszystkich nas. A potem budować w całym ruchu prawdziwe zrozumienie oczekiwań 17-18 latka i szukać ciekawych pomysłów pracy z nimi. Dawną intuicją jest to, by młoda droga to było trochę dynamiki ZZ, czyli przygody w gronie rówieśników, a trochę pójście w kierunku poważniejszych treści i form formacyjnych. Gdzieś tu tkwi klucz do sukcesu. Zielona gałąź i młoda droga to jest absolutnie nasz „core business”. O ile rozumiemy to w przypadku zielonej, o tyle jesteśmy jeszcze daleko od nadania młodej drodze takiego „wystrzałowego” charakteru, jaka by się jej należała.

 

Nie wpaść w pułapkę „żółtej gałęzi”

W tej pułapce tkwią Hiszpania i Niemcy. Polega w skrócie na tym, że jakoś nie wiadomo dlaczego łatwiej nam tworzyć gromady i znajdować szefów do gromad niż do zielonej gałęzi. Nagle zaczynamy mieć świetną żółtą gałąź, a zielona powoli, powoli popada w kryzys, bo wszyscy koncentrują się na żółtej. Bo tak łatwiej. Opowiadali mi Hiszpanie, że u nich na obozach szkoleniowych żółtej gałęzi jest super, a na zielonej jest beznadziejnie. W Niemczech w ogóle to wynika jeszcze z czegoś innego, ale efekt jest ten sam. W dodatku te tłumy w żółtej wcale się potem nie przekładają na tłumy w zielonej. Ja nie jestem zwolennikiem schematu, że nie można zaczynać nowego środowiska wyłącznie od gromady. Moim zdaniem można. Jeśli akurat jest zainteresowanie rodziców oraz jeśli jeszcze oni sami się zgłaszają do prowadzenia. Chodzi jedynie o to, by uważać, żeby długofalowo nie osłabić w hufcu, czy w całym ruchu siły i atrakcyjności zielonej gałęzi. By mądrze pod tym względem prowadzić politykę personalną. W Niemczech i Hiszpanii paradoks polega na tym, że jest silna żółta i czerwona, a nie ma zielonej, w sensie jest słaba. Dziwne, prawda? To przecież zielona jest paradygmatem i siłą całego ruchu. Nie strzelmy sobie gola jak Hiszpanie i Niemcy. I żeby nie było, że deprecjonuję w ten sposób żółtą. Nic z tych rzeczy, sam niedawno jeszcze pomagałem zakładać gromadę, prowadziłem zbiórki wilczków, robiłem zimowisko i jeździłem na Watahę. Chodzi o dbanie o właściwą dynamikę całości ruchu tak na szczeblu centralnym jako całości, jak i na szczeblu lokalnym. Myślę, że póki co w Polsce nie mamy tego problemu. U chłopaków następuje zdrowe wyrównanie w górę żółtej gałęzi w stosunku do zielonej, u dziewczyn na odwrót: zielona zaczyna odzyskiwać proporcje w stosunku do żółtej. Nie mają to być oczywiście jedynie fenomeny ilościowe, ale przede wszystkim jakościowe: nigdy nie może nam się zepsuć wewnętrzna dynamika i jakość zielonej, bo inaczej to już po nas.

 

Wolność od instrumentalizacji zewnętrznej

Na początku lat 90-tych była bardzo silna tendencja, reprezentowana głównie przez księży i biskupów, w kierunku jakiejś formy zjednoczenia wszystkich organizacji skautowych. Funkcjonowały jednolite dla wszystkich organizacji duszpasterstwa harcerskie w diecezjach i wcale nie było takie oczywiste np. że biskup będzie chciał mianować nam osobnego duszpasterza. Byliśmy często wrzucani do jednego worka. Oczywiście byliśmy jak najbardziej za akcją duszpasterską w ZHP, czy ZHR, ale mieliśmy świadomość, ze choć nazywamy się „harcerzami”, to jednak jesteśmy z nieco innej „parafii”, inną mamy specyfikę i inne potrzeby. Ostatecznie to wszystko się powoli rozeszło po kościach, ale oczywiście cieszymy się, jeśli ta polityka Kościoła doprowadziła do większej obecności Pana Boga w środowiskach harcerskich do tej pory na to zamkniętych.

W 1996 r. jeden z szefów ZHR miał do nas pretensje, że nie chcemy iść w mundurach na manifestację anty-aborcyjną. Powiedzieliśmy, że możemy ludzi zachęcić, ale nie w mundurach. W r. 2000 skontaktował się ze mną gość ze sztabu kandydata na prezydenta Mariana Krzaklewskiego i chciał, byśmy na wzór grupy instruktorów z ZHR potępili, jako instruktorzy SHK-Zawisza-FSE, zachowanie Kwaśniewskiego i Siwca w Kaliszu (całowali ziemię, robiąc karykaturę Jana Pawła II). Powiedziałem, że owszem, osobiście, jako osoba prywatna bardzo chętnie potępię, ale jak organizacja nie zajmujemy się tym. W 2010 r. Jarek Sroka, nasz ówczesny przewodniczący, odmówił podpisania deklaracji w sprawie przeniesienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego, twierdząc, że to nie jest nasza kompetencja jako organizacji harcerskiej, mimo, że krzyż był postawiony spontanicznie przez kilkoro instruktorów ze wszystkich organizacji, również z naszej. Słusznie postąpił, bo krzyż i tak potem usunięto pod osłoną nocy, nie pytając nikogo o zdanie.

Zawsze mieliśmy bardzo dobre kontakty z osobami zaangażowanymi w politykę, wyznającymi katolicki świat wartości lub osobami i organizacjami walczącymi o słuszne cele społeczne i ideowe. Zawsze też mieliśmy doskonałe relacje z hierarchią kościelną, instytucjami Kościoła, zakonami i wspólnotami. Nie wiązaliśmy się jednak nigdy z nimi instytucjonalnie na zasadzie ścisłej „nierozerwalnej” współpracy, szanując autonomiczność naszego ruchu i jego usytuowanie w „katolickim centrum”, podobnie jak szkoła i inne inicjatywy dla dzieci i młodzieży. W latach 90-tych utrzymywaliśmy dość bliskie relacje z osobami, które tworzyły środowisko „Frondy”, ale nie chodziło o jakąś instytucjonalną współpracę, czy wpływ. Podobnie w okresie 1994-96 współpracowaliśmy trochę z osobami, które potem stworzyły środowisko „Chritianitas”, upominające się o miejsce liturgii trydenckiej i ogólnie pojętej tradycji łacińskiej, ale nie chcieliśmy być jakąś forpocztą, czy instrumentem tego środowiska. Na początku lat 2000 środowisko warszawskie powstało dzięki inicjatywie Ruchu Rodzin Nazaretańskich i z tegoż się rekrutowało. Niemniej jednak musiało dojść do zerwania ze względu właśnie na ten brak autonomii ruchu skautowego kierowanego przez świeckich wobec, złożonych z księży, władz ruchu religijnego. Wiele osób było i jest związanych z Opus Dei, Chemin Neuf czy innymi ruchami, ale nigdy władze tych instytucji lub ruchów nie wywierały żadnego wpływu na nasze konkretne decyzje. Nigdy nie staliśmy się „dziełem duszpasterskim” parafii, diecezji czy tej lub innej instytucji lub ruchu. Co nie uchybia temu, że nasi szefowie uczestniczą we wszystkich możliwych propozycjach duszpasterskich. Można to połączyć.

Tak prądy polityczno-ideowe obecne w społeczeństwie oraz różne duchowości, style duszpasterskie obecne w Kościele, reprezentowane przez zakony, instytucje, grupy, etc. mają wpływ na skauting, gdyż jakoś kształtują osobiste poglądy i przekonania w sprawach szczegółowych, które podlegają wolności każdego ochrzczonego, który stoi na czele różnych szczebli ruchu skautowego. I nie ma z tym żadnego problemu. Chcemy być w szerokim katolickim centrum, wyznaczonym przez Papieża i biskupów oraz przez Katechizm Kościoła Katolickiego, dokumenty Soboru Watykańskiego II w ciągłości z całą tradycją Kościoła. Czasem ta wielka nawa Piotrowa będzie się chwiać to lekko na lewo, to lekko na prawo, my trzymamy się zawsze centrum. To też jest nauka Maurice Ollier, poparta trudnym doświadczeniem Kościoła we Francji w latach 70-tych. W 1972 do parafii Maurice przyszło kilku księży marksistów, teologów wyzwolenia. Zwołali parafię. Dyskurs był mniej więcej taki: „Było 2000 lat błędów i wypaczeń, ale teraz zaczynamy od nowa”. Od tego czasu parafia podzieliła się na pół: jedni zostali, drudzy poszli do lefebrystów. Maurice z rodziną został w parafii, gdyby poszedł do lefebrystów, być może już nie byłby w Kościele. „Ubi Petrus, ibi Ecclesia”. No tak, ale jak ten ksiądz marksista powie z ambony herezję, to jak my to wytłumaczymy dzieciom bez wyrabiania w dzieciach nawyku krytykowania Kościoła i księży? Bo to właśnie ten „gorzki zapał” i postawa krytykowania Kościoła , papieża i magisterium była zawsze główną rzeczą, która Maurice wytykał lefebrystom. Ollierowie jakoś sobie z tym poradzili, a wszystkie dzieci kochają Kościół. Stało się to dzięki Janowi Pawłowi II. „My katolicy francuscy w latach 70-tych chodziliśmy z głowami spuszczonymi w dół, aż przyszedł Wojtyła i uratował Kościół we Francji”.

Kwestia zasadnicza to wyczucie przez wszystkich kierujących ruchem skautowym jego koniecznej „autonomii” w kształtowaniu jego polityki pedagogicznej i ideowej. Ta autonomia jest niezbędna do zachowania „wewnętrznej dynamiki metody skautowej”, tak, aby poprzez dodanie słusznych, ale zewnętrznych celów, nie doszło do podporządkowania tej pedagogiki tym właśnie celom. To jest szkoła Stanisława Sedlaczka: krytykował on Szare Szeregi, że nawet młodych poniżej 18 roku życia zmobilizował do aktywnego oporu przeciwko okupantowi, co siłą rzeczy demoralizowało, a nie do normalnej pracy wychowawczej, jak w czasach pokoju z myślą o pracy dla przyszłej, wolnej Polski. W kwestii polityki ideowej charakterystycznym jej rysem musi być jej chłopięco-dziewczęcy charakter, jej skierowanie na podwórko, unikanie wiązania się z „silnymi tożsamościami”, tak z tymi, którzy „rozmywają”, jak z tymi, którzy „utwardzają”, czyli z tymi z lewa lub z prawa. Inaczej spory na tym tle zepchną na dalszy plan to co jest najważniejsze w ruchu skautowym, czyli pedagogikę odpowiedzialności i przygodę na łonie przyrody. Musimy być odbiciem Kościoła powszechnego, ale też Kościoła w Polsce. Otóż ten kościół, to kościół parafialno-oazowo-„przaśny” w dobrym tych słów znaczeniu, ukształtowany przez Wyszyńskiego i Wojtyłę. Z szacunkiem dla tych, którym to nie wystarcza i chcą szukać czegoś „głębszego” lub tych, dla których to jest passe i trzeba pójść o wiele bardziej na lewo, w kierunku, w jakim niestety poszedł Kościół w Niemczech, czy Holandii, my chcemy się trzymać polskiej rodziny, która żyje wokół swojego kościoła parafialnego. Jasne, że w wielkich miastach, jak Warszawa, Wrocław, czy Kraków będzie więcej okazji do nieparafialnego „snobizmu” katolickiego, co w przypadku studentów szczególnie jest zrozumiałe i często pozytywne, bowiem daje im głębszą formację i poszerza horyzont. Jednakże jako całość organizacji chcemy być blisko tej dobrej „średniej” krajowej katolickiej, kierując jej wektor zawsze lekko w górę, ale nie odrywając się od niej na rzecz jakiejś magicznej recepty. Nie budujemy okrętu, tylko przygotowujemy pracowników. Oni sobie sami, jako dorośli ten czy inny okręt wybiorą, na którym będą chcieli pracować.

Temat tej wolności skautingu od instrumentalizacji był podniesiony na ostatnim spotkaniu Biura Federalnego FSE z Papieską Radą ds. Świeckich w Watykanie w lutym 2013 r. Kierownictwo dykasterii zachęcało nas do zachowania tej autonomii tak wobec partii politycznych jak i instytucji czy ruchów religijnych. Jest to gwarancją zachowania naszego „charyzmatu” skautowego, szacunku dla tej słynnej (to określenie Ojca Bonino, byłego duszpasterza FSE we Francji), „wewnętrznej dynamiki metody skautowej”.

Zbudować wielki ruch nie tylko w Polsce

Naszym zadaniem jest zbudowanie wielkiego ruchu Skautów Europy w Polsce oraz aktywna pomoc, by takie wielkie ruchy Skautów Europy powstały wszędzie u naszych sąsiadów: w Czechach, Słowacji, Litwie, Białorusi i Ukrainie.

Powtarzam: w Polsce oraz w krajach sąsiednich. Nie możemy popełnić błędu Francuzów i Włochów, którzy zbudowali wielkie ruchy FSE, w dużych obszarach niestety, zamknięte na wymiar europejski. Oczywiście tak jedni jak i drudzy pracują nad tym, ale niewątpliwie, szczególnie Włosi, nie budowali od początku swojej tożsamości na wymiarze europejskim. Nie możemy popełnić tego błędu.

Nie możemy też popełnić wobec małych organizacji z krajów sąsiednich częstego błędu Włochów i Francuzów polegającego na postawie następującej: my robimy rzeczy dla siebie, jak oni chcą to niech skorzystają. To zła postawa. To jest takie podejście kogoś samowystarczalnego, kto z wysokości swojej łaskawości dopuszcza biedaka do stołu. Mamy traktować ich jak partnerów, równorzędnie, wychodząc naprzeciw, nie oczekując, że odpowiedzą na każdą inicjatywę. Naczelnicy powinni co roku wykonać jakiś gest: spotkać się z naczelnikami Ukrainy, Białorusi, Słowacji, Czech, zagadać, zrozumieć ich sytuację, zaoferować pomoc, ugrać co najmniej jeden mały wspólny projekt. Podobnie namiestnicy. Świetnym przykładem jest tu Adalbertus polsko-słowacki. Tego typu rzeczy musi być więcej. Naczelnicy i namiestnicy z kolei niech się starają, by hufcowi też mieli taką wizję bliskiej współpracy z sąsiadami. Nie zapominając oczywiście o Zachodzie, bo rzecz jasna, ta tożsamość Skautów Europy, jaką ma mieć nasz ruch w Polsce jest nie do utrzymania bez żywej wymiany z Zachodem. Tu jest całkiem nieźle: np. w 2012 wzięliśmy udział we wszystkich pięciu obozach tzw. trzeciego stopnia we Francji (Seeonee, Shamrog, MacLaren, Iter, Uryyiah). Francja jest naszym partnerem strategicznym, podobnie Szwajcaria i Belgia, zwyczajnie dlatego, że dysponuje największą liczbą jednostek chętnych do wspólnych projektów: wspólnych obozów i wędrówek. Od kilku lat co roku kilka drużyn francuskich obozuje w Polsce. Nasze drużyny zaczęły też wyjeżdżać do Francji, a nawet do Hiszpanii. Należy utrzymać w Hiszpanii entuzjazm w stosunku do Polski i wspólnych projektów. Z Włochami mimo wysiłków ciężko coś wspólnie zrobić, trzeba oczywiście się starać, no, ale jak nie odpowiadają, to trudno. Te rzeczy muszą być przedmiotem świadomej „polityki międzynarodowej” całej organizacji. Taki jest po prostu „interes narodowy” Skautów Europy w Polsce. Należy budować wiarygodność Polski w FSE, że z nami zawsze da się zrobić coś razem, że jesteśmy otwarci, że zawsze odpowiadamy na maile, że staniemy na głowie i załatwimy wszystko. W ten sposób cała Europa będzie chciała do Polski przyjeżdżać, odwiedzi Jasną Górę, Wadowice, Kraków, zwiąże się emocjonalnie z polskim katolicyzmem. Tak się pozyskuje przyjaciół i jest to jakiś nasz patriotyczny obowiązek, żeby wykorzystać tak sprzyjającą koniunkturę.

Dojrzałość

Oczywiście do tego wszystkiego potrzeba młodości, entuzjazmu i dojrzałości. Trzeba wyobraźni, odwagi i zwyczajnego profesjonalizmu: nawiązać kontakt, od razu odpowiedzieć na maila, od razu odebrać telefon, umówić się na spotkanie nie po 3 miesiącach, ale po najwyżej 2 tygodniach, nie tracić ludzi nowych, umiejętnie się nimi zająć, zagospodarować nowe możliwości, które się pojawiają, umieć zachęcić, a nie zniechęcić. Mieć w głowie nie jakiś sztywny, nieświeży schemat, ale wyczuć sytuację, umieć zapytać kogoś bardziej doświadczonego, jak w takich sytuacjach postępować, etc. To są, przepraszam za porównanie, zwykłe nawyki w jakimkolwiek biurze obsługi klienta. Oczywiście nie chodzi o tę plastikowość, ale o zwyczajne, szybkie i profesjonalne zajęcie się kimś. Jestem przekonany, że wiele rzeczy topimy, bo nie odpowiadamy na maile, nie umawiamy się na spotkanie, bo nie wiemy co zaproponować, bo boimy się, bo zwyczajnie brakuje nam wyobraźni, jak postępować.

Jasne, że najważniejsza w tym wszystkim jest „siła człowieka wewnętrznego”, nasze życie modlitwy i zjednoczenia z Bogiem. Ale, jak mawiał Św. Josemaria Escriva, cóż po głębokiej modlitwie pani domu, jeśli w tym czasie przypala się obiad. I to należy czynić i tamtego nie opuszczać, parafrazując słowa naszego Pana.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz