25 października 2013

Moje przygody 1994-1997

Ponieważ "Gniazdo" w następnym numerze opublikuje ostatnią część moich przygód, przeskakując do Eurojamu 2003, to ja może opowiem, co się działo w dość ważnych latach 1994-97, kiedy wchodziliśmy do Skautów Europy, a ja kończyłem studia w Warszawie i jechałem do Paryża na dwa lata. Ja to oczywiście tak tu opowiadam trochę, mimo wszystko,  interesownie. Liczę zwyczajnie na to, że inni zaczną pisać swoje przygody, myślę, że ciekawsze od moich i lepiej napisane, np. Zbychu Korba. Inni też. To byłoby naprawdę niezłe. Zdjęcie jest z zimowiska w 1991 r. Już powinniście wiedzieć, kto na nim jest.

1994: O roku ów!

To był rok! Dzięki temu, że Tomek Szydło został naczelnikiem, zaczęliśmy integrować cały ruch wokół nowych pomysłów.

Od razu w styczniu 1994 przyjechali Gildas Dyevre, Jeanne Taillefer i po raz pierwszy Maurice Ollier. W spotkaniu wziął udział również Ojciec Serafim Tyszko, znany Francuzom z Berdyczowa na Ukrainie, tam też dotarli już!. Mówił świetnie po francusku. Zresztą w jakim języku nie mówił. Nawet w sanskrycie. Byliśmy pod wrażeniem. Najpierw Maurice’a, potem ojca Serafima. Już po kilku wypowiedziach Maurice, Tomek szepnął „to główny ideolog”, oczywiście opisowo, bez złośliwości. Tym razem byliśmy już przygotowani. Zakwaterowaliśmy ich na Nowogrodzkiej, w jakimś takim hotelu dla księży. Wieczorem w sobotę zabraliśmy ich do Filharmonii, gdzie zupełnie przypadkowo wpadliśmy na rodzinę Mleczków. Najlepszy moment naszych rozmów miał miejsce wtedy, gdy Tomek Szydło, słysząc z ust Maurice nawiązanie do ideałów rycerskich w skautingu, rzucił: „dobra, dobra, ta cała Europa i rycerstwo chrześcijańskie to w 1410 przyjechało walczyć przeciwko Polsce i Litwie”. Wiele lat później wróciłem w moich lekturach do tego tematu, czytając jakąś biografię króla Władysława Jagiełły i zrozumiałem, ile musiał się napracować, żeby stawić czoła Krzyżakom nie tylko militarnie, ale przede wszystkim propagandowo i dyplomatycznie, że niełatwo mu było wykorzystać zwycięstwa militarne wobec tak dobrze zorganizowanej propagandy zakonu krzyżackiego i że i tak najwięcej osiągnął uruchamiając dyplomację z najwyższej półki (Paweł Włodkowic, etc.).

Wykorzystując obecność Ojca Serafima, poszliśmy za ciosem i umówiliśmy się z nim, że poprowadzi rekolekcje dla szefów z całej Polski w Wąwolnicy w Wielkim Poście. To było wielkie wydarzenie. Pamiętam je też dlatego, że to był pierwszy występ Pawła Kuli jako fotografa z jego charakterystycznym szukaniem ujęć przez wchodzenie w różne dziwne miejsca i przyjmowanie różnych pozycji. Zdjęcia były rewelacyjne. Rekolekcje również. Integrowały one nas, szefów z całej Polski.

Jeszcze wcześniej było zimowisko radomskie w Ochotnicy. Ks. Stanisław zaprzyjaźnił się z Grześkiem Lorkiem z ZHR z Piotrkowa. Chyba był on już wówczas narzeczonym Basi Markowskiej z Lublina, która potem była naczelniczką harcerek. Grzesiek był na tym zimowisku i po nim prowadził kurs zastępowych, nawet dość fajny. Był z nim Adam ps. „Niedźwiedź”, super kumpel. Grzesiek robił w polityce jako szef biura poselskiego. Był typem gadacza polityczno-ideologicznego. Ciekawie się go słuchało. Dużo opowiadał o różnych, jak to nazywał „paradygmatach” w ZHR, czy w ogóle w polskiej tradycji harcerskiej, czyli, w tym przypadku, kwestiach źle postawionych i nierozwiązywalnych. Był osobą z „wnętrza” polskiej tradycji harcerskiej, która zachęcała nas do innych wyborów. Sprzyjał naszemu zbliżeniu z FSE.

Tymczasem planowaliśmy wielkie akcje ogólnopolskie. Pierwszą były Harce Majowe 1994. W nowym miejscu, na polanie Ceteń, niedaleko Studzianny nad Pilicą. Znaleźliśmy to miejsce z moim bratem Piotrkiem pół roku wcześniej, pojechaliśmy jego ładą Samarą, do nadleśnictwa do Opoczna, wskazali nam kilka miejsc, wybraliśmy Ceteń. Niewiele pamiętam z tych Harców, ale chyba były udane. Oprócz Puław, Nałęczowa i Radomia, był na nich też Lublin i Skarżysko. Być może też Białystok.

W lipcu było wielkie zgrupowanie obozów z całego Stowarzyszenia w Puszczy Barlineckiej, dziewczyny i chłopaki. Była wspólna pielgrzymka do Rokitna. Niedaleko nas obozowali też Francuzi z Viroflay pod Paryżem. Ścięli cały młodnik modrzewiowy na swoją pionierkę i musieliśmy jakoś ratować sytuację wobec nadleśnictwa. Nie byłem bez winy, bo to były czasy, gdy jeszcze się nie kupowało drewna na pionierkę, tylko tak ścinało się inteligentnie samemu w ramach „czyszczenia lasu”. Niestety Francuzi nie załapali subtelności procederu.


Eurojam 1994

Ale największym wydarzeniem lata 1994 był wyjazd do Puy en Velay we Francji i na Eurojam do Viterbo we Włoszech. W Puy en Velay była wędrówka czerwonej gałęzi francuskiej, taki mini-Euromoot, która przekazywała symbolicznie „pałeczkę” gałęzi zielonej, wyjeżdżającej stamtąd do Viterbo. Z Polski pojechał autokar szefów pod wodzą Zbyszka Korby. W autobusie byli wszyscy ówcześni „wielcy” ze wszystkich środowisk. Ja nie pojechałem. Nie pamiętam dlaczego. Eurojam był historyczny. Polacy mieli mini-kurs szkoleniowy z wykładami, mogąc naocznie się przekonywać jak to działa w praktyce.

3 sierpnia 1994 siedem i pół tysiąca uczestników zapełniło bazylikę Św. Piotra w Rzymie. Jan Paweł II powiedział m.in. „pedagogika skautowa daje wam cenne narzędzia do kształtowania własnej osobowości”. Potem zawsze uderzało mnie to słowo „cenne”. Papież wróci do niego po 9 latach w kolejnym przemówieniu do Skautów Europy. W pewnym momencie przemówienia znalazły się słowa: „Dla was, w sposób szczególny, oznacza to pracować w ramach wielkiej rodziny skautowej, w której jesteście braćmi i siostrami, z waszą specyficzną pedagogiką.” Był to sygnał to tych wszystkich, którzy kwestionowali prawo FSE do praktykowania skautingu katolickiego. 18 lat później fajnie nam to skomentuje kardynał Dziwisz podczas kongresu duszpasterzy FSE w Łagiewnikach, 10 czerwca 2012: „Były to czasy, gdy nie wszystkie Episkopaty, mam na myśli Francję, ale we Włoszech też były problemy, uznawały Skautów Europy. Teraz to już historia”. Faktycznie to spotkanie z Ojcem Św. 3 sierpnia 1994 było kamieniem milowym na drodze do uznania FSE. Istniała (i istnieje nadal) w ramach Światowego Biura Skautów, Międzynarodowa Katolicka Konferencja Skautingu (ICCS), od 1948 r. uznana przez Stolicę Świętą i tak Watykan, jaki i biskupi, no i sam ICCS musieli się nieco przyzwyczaić do faktu naszego istnienia i potrzeby oficjalnego uznania przez Kościół, co nastąpiło w 2003 r. Nie bardzo wiadomo dlaczego był jakiś rodzaj monopolu w tej kwestii,  podczas gdy nie ma przecież monopolu na jeden zakon lub na jeden katolicki ruch młodzieżowy. Jednym słowem, status związku: to skomplikowane. Czasem tak bywa. Nie ma sie co przejmować.

Na mnie wywarły wrażenie jeszcze inne słowa z tego przemówienia. „Jesteście wezwani, by uczestniczyć, z całym młodzieńczym zapałem, w budowaniu Europy ludów, aby w każdym człowieku uznana została godność dziecka miłowanego przez Boga i aby budować społeczeństwo bazujące na solidarności i miłości braterskiej.” Taki zwyczajny skauting, a jaki horyzont, jaka perspektywa.

Zbyszek wrócił z Viterbo dziesięć metrów nad ziemią. Prawie płakał. Mówił, że nie chce słyszeć o niczym innym. Tylko Skauci Europy. Do decyzji o przekształceniu Zawiszy w Skautów Europy było jednak jeszcze daleko. Potrzeba było więcej czasu.


Dolny Śląsk

W październiku 1994 jadę z ks. Stanisławem do Jeleniej Góry, gdzie działa niezależny szczep katolicki, utworzony przez ks. Stanisława Bakesa, mający swoje odgałęzienia też we Wrocławiu. Jako owoc tego spotkania jedziemy w styczniu 1995 do chat przewodników górskich w Karkonosze wysoko w górach. Poznaję Krzyśka Billewicza, Marka Mutora, Kubę Giela. Tak się zaczęły kontakty ze środowiskiem, które potem będzie jednym z filarów Skautów Europy w Polsce.


Zlot Niepodległości w Kazimierzu

Potem był jeszcze Zlot Niepodległości w Kazimierzu Dolnym 11 listopada 1994. Mocny akcent na zakończenie całej serii ogólnopolskich wydarzeń. Było nas tam pewnie ponad 200 z kilku miast. Zorganizowaliśmy happening na rynku obrazujący odzyskanie niepodległości, wojnę polsko-sowiecką i konferencję wersalską. Wyszło rewelacyjnie. Mieliśmy super ubaw. Wojtek Dąbrowski grał Lenina, Zbyszek Korba Witosa ze słomą z butów, Artur Zawisza Romana Dmowskiego, ja chyba Lloyda Georga lub Clemenceau. Nie pamiętam, kto grał Piłsudskiego, chyba Hubert Wołącewicz. Z miejsca na miejsce na rynku przemieszczały się całe masy chłopaków grających raz Niemców, raz Polaków, raz bolszewików. Wracaliśmy w wielkiej euforii z powodu naszych możliwości animacyjnych.


Podróż przez Europę

Zaraz potem wyrwałem się na dwa tygodnie na Radę Federalną do Madrytu. Ks. Stanisław namówił swojego przyjaciela ks. Piotra Karaska, dysponującego nowiutkim Golfem trójką, wówczas hitem sezonu, wzięliśmy Andrzeja Staszaka z Puław i Marcina Demkowskiego z Lublina. Pięć dni w jedną, 4 dni w drugą. Prawdziwa podróż życia. Wywarła na mnie ogromne wrażenie. Pierwszy raz tak po prostu przez całą Europę. To było mistyczne, szczególnie klimaty śródziemnomorskie południa Francji, pustkowia Hiszpanii, ocean w okolicach San Sebastian, Lourdes, Carcasonne, jezioro Lemańskie. Marzenie.


4.rok

Skauting zupełnie przyćmił w mojej pamięci 3. rok studiów 1993/94. Był zbyt obfity w wydarzenia skautowe, dość brzemienne w skutkach. Jedyne, co pamiętam, to dość traumatyczna kampania wrześniowa, jedyna na jaką sobie pozwoliłem na studiach. Został mi postęp i materialne administracyjne. Ledwo przeszło.

Wraz z początkiem 4. roku studiów nagle zmieniła się atmosfera. Pierwsze trzy lata upłynęły dość beztrosko. Teraz nagle czuć było w powietrzu, że idzie dorosłe życie. Pojawiło się na horyzoncie. Na razie jako mała chmurka, ale oddziałała na wyobraźnię. Jakoś nie ogarniałem. Żeby uniknąć prawa rolnego i zaliczania jakichś wyjazdów na wieś, wzięliśmy sobie ze Zbyszkiem ITS-indywidualny tok studiów. Polegało to na tym, że trzeba było mieć opiekuna i zamienić to rolne na coś innego. Poprosiłem prof. Gronkiewicz-Waltz. Zgodziła się i za rolne wstawiłem bankowe. Była wówczas już prezesem NBP i nawet jeden egzamin, chyba z administracji gospodarczej zdawałem u niej w gabinecie prezesa NBP. Byłem tam potem tylko jeszcze raz, już jako pracownik NBP, jak prezes Balcerowicz chciał się czegoś tam dowiedzieć w sprawach prawnych.

W skautingu było jakoś spokojniej, po wysiłku roku 1993/94 chyba musieliśmy jakoś odpocząć. Pamiętam, że byłem trochę zawiedziony, że to tak szybko nie idzie. Przecież wszyscy byli w Viterbo, widzieli. Dlaczego nie zachwyca, skoro zachwyca. Nie mogłem zrozumieć. Siła spokoju Tomka Szydło była oparciem. Ale w marcu 1995 prowadziłem kurs zastępowych dla Puław, Nałęczowa i Lublina. Sprawy szły do przodu. Przez cały rok były różne spotkania, przekonywanie.

W tym okresie właśnie pojawiła się jakoś na horyzoncie naszej formacji osobistej pani Teresa Danielewicz. Poznaliśmy ją przez Janka Łopuszańskiego. Szczególnie dziewczyny upodobały sobie do niej chodzić. Była kimś w rodzaju polskiej wychowawczyni młodych pokoleń. Taka katolicka „Siłaczka”. Osoba o wielkim uroku i wielkiej szlachetności. Była też tam pani Ewa, która jako Ewa Hanter pisała dla dzieci książki o cudownej roli Opatrzności w dziejach Polski. Dużo w tym było z Feliksa Konecznego. Bardzo budujące. Dzięki nim poznaliśmy środowisko rodziców z linii Konstancin-Piaseczno i na wiosnę 1995 r. zaczęliśmy montować tam zastęp. Przetrwał kilka lat. Wtedy poznałem państwa Ruszczewskich z Chyliczek i państwa Lasków z Zalesia Dolnego. Przyjaźniliśmy się wiele lat.


Znów Francja

Na Wielkanoc ze Zbychem jedziemy do Francji. Święta u Maurice Ollier, potem Charlemagne w Domremy w Lotaryngii, tam gdzie urodziła się Św. Joanna d’Arc. W Wielki Piątek odbierają nas na placu Concorde Beatrice i Bertrand de Taisne, mający po wakacjach wylądować rodziną w Warszawie, on jako szef Renault Polska. Idziemy na liturgię do Notre Dame. Potem jedziemy pierwszy raz do Maurice do Elancourt za Wersalem, Yvelines, najbardziej katolicki departament we Francji. Marie-France i Maurice Ollier mają 4 dzieci, wszyscy w skautingu. Żyjemy życiem normalnej francuskiej rodziny. Uderzają nas partnerskie relacje rodziców z dziećmi, ale nie kumpelskie, tylko nacechowane szacunkiem, ale i bezpośredniością. Pierwsza liga. Jesteśmy oczarowani Wigilią Paschalną w betonowym kościele z lat 70-tych. Wokół, szczególnie w Trappes, miasta z ponad 70 narodowościami. Eksperyment lewicowych burmistrzów. Kościół pasuje więc do kontekstu. Maurice długo, długo opowiada o najnowszej historii Kościoła we Francji.

Jest rok 1972. Wielkie zwołanie parafian w kościele w Elancourt. Dwóch księży marksistów peroruje: „Było 2000 lat błędów i wypaczeń, ale na szczęście teraz już będzie prawdziwy Kościół”. Laboratorium teologii wyzwolenia. Parafia jako podstawowa komórka walki o sprawiedliwość społeczną. Od tego momentu połowa parafii idzie do lefebrystów, jeszcze wtedy w komunii z Kościołem (schizma nastąpi dopiero w 1988), połowa zostaje. Marie-France i Maurice pytają siebie co robić. Zostają w „robotniczym” kościele. „Ubi Petrus (Episcopus), ibi Ecclesia”. A co jeśli księża będą mówić głupoty ideologiczne i dzieci będą pytać? Przecież nie możemy krytykować Kościoła, bo niebezpieczne dla wiary naszej i dzieci. Nie krytykują, mądrze tłumaczą. Maurice mówi, że to największy grzech tradycjonalistów, krytykowanie Kościoła, które wchodzi w krew i generuje gorzki zapał. Zupełnie jak orleańska wolnomyślicielska tradycja polityczna.

Ich odpowiedź na sytuację jest pozytywna, rozwijają Skautów Europy, których trzymają ani po prawnej ani po lewej ówczesnego podziału. W środku. Super niewygodnie – jedni zarzucają, że są tradycjonalistami, drudzy, że są progresistami. Nie brakuje księży, którzy odmawiają im komunii, gdy są w mundurach. Znoszą upokorzenia, ale nie idą do Lefebra. Katolicyzm lat 70-tych upokorzony podziałem i atakiem świata zewnętrznego. Maurice mówi, że bali się podnieść oczy. Nagle jego oczy wilgotnieją: „I wtedy przyszedł Jan Paweł II i uratował katolicyzm we Francji. Chcemy zrobić Skautów Europy w Polsce jako wyraz wdzięczności temu wielkiemu Polakowi”. To jest taki kosmos dla Polaka, ta historia, że nie śpię w nocy. Potem jesteśmy na Charlemagne, dużo się uczymy, jestem w zastępie z Niemcami i Francuzami, ale pada cały tydzień, ja dostaję gorączki, leżę dwa dni w namiocie na ziemi, czuję się jak w okopach Verdun 1916, to niedaleko.


Żuk ratuje sytuację

Wracamy na skrzydłach i organizujemy Harce Majowe znów w Cetniu koło Studzianny, takie radomskie. Ogólnopolskie mają być co dwa lata. Pojawił się tam Bartek Mleczko z Dębami, ale chłopaków nie zachęcił nasz radomski styl. Postanowili nie wchodzić. I tak, z powodu nas Radomiaków wejście Dębów opóźniło się dokładnie o 15 lat. To tak ku przestrodze. Sprzęt tam zawiózł nam mój słynny wujo Maniek swoim starem. No, ale nie pojawia się po Harcach, żeby odwieźć sprzęt. Ładujemy wszystko na naszego słynnego Żuka, kupionego przez ks. Stanisława. Nie mieści się, więc wrzucamy na dach i obwiązujemy linami. Oprócz kierowcy dwóch do szoferki plus 4 lub 5 na pakę. Psują się światła mijania, jedziemy na postojowych, przy mijaniu jeden z nas mówi kierowcy, czy się mieści na pasie. 75 km dzielące nas od Radomia pokonujemy w rekordowym tempie 3,5 h.

W Potworowie, za światła, zatrzymuje nas policja. Tłumaczymy, że harcerze, etc. Modlimy się, żeby nie zajrzeli na pakę. No, ale policjant obchodzi auto, widzi liny, więc zerka na górę i widzi ten stos rzeczy na dachu. „Ooo!!! To widzę tak po amerykańsku!”. To go zachęca do zerknięcia, co jest na pace. Nie zapomnę tego momentu. Uchyla lekko brezent, a tam pięć par butów opartych o burtę. Uchyla dalej, a tam pięciu chłopak śpiących w najlepsze. Zaczyna się śmiać. Chyba zrozumiał, że mieliśmy podbramkową sytuację i puścił nas dając tylko mandat za brak świateł. Jeszcze trzeba przejechać przez Przytyk. Zatrzymujemy się przezornie przed miastem. Z daleka widzimy policję, chłopaki chodu do lasu, a ja z Radkiem czekam. Podjeżdżają, coś wypytują, ale w ciemności nie widzą „amerykańskiego wozu” ani nie przeszkadzają im postojowe, wszak stoimy. Chociaż miałem wrażenie, że w pewnym momencie, po zerknięciu na pakę, podejrzewali, że może być nas więcej, bo spojrzeli dziwnie w las. Ale odjeżdżają, chłopaki wyskakują z lasu. Docieramy szczęśliwie do Radomia.


Dwója

W sesji wiosennej zaliczyłem moją pierwszą i jedyną dwóję. Prawo pracy było zmorą pokoleń studentów prawa UW. Prof. „co Salwa to trzy bomby” cieszył się zasłużoną złą sławą, więc szukaliśmy obejścia. Wybraliśmy panią profesor, której nazwiska nie pamiętam. Wszedłem pierwszy, Zbyszek został na korytarzu czekając na rozwój wypadków i od tego uzależniając ostateczną decyzję. Poległem na wyliczaniu urlopów. Zanim zdążyłem zareagować porwała indeks i szybko machnęła „2”. Dopiero wtedy udało mi się dojść do głosu: „Aaaaa…. pani profesor, bo ja przez dwóję stracę prawo do stypendium naukowego, a mam dość niezłą średnią”. Odesłała mnie na poprawkę i obiecała wykreślić. Dostałem cztery z poprawki. Obietnicy dotrzymała, dwóję wykreśliła.

To nie był koniec walki, bo żeby nie stracić tego stypendium należało zdać wszystkie egzaminy do końca czerwca. Rozpoczął się wyścig z czasem. Zostało tylko finansowe. Ale jak tu się dostać. Prawdziwe oblężenie profesorów. Najlepszy, Grzybowski, nieosiągalny. Błądzimy po wydziale. Nagle ktoś rzuca: „Harasimowicz przyjmuje”. Jesteśmy pierwsi w kolejce. Profesor mówi, że się spieszy, przyjmie dwie trójki. W jednej ja, w drugiej Zbyszek. Tuż przed wejściem jakaś koleżanka ze starszego roku opowiada, jakie pytania lubi Harasimowicz i jak należy odpowiedzieć. Zapamiętuję. Dostaję jedno z tych pytań. Tylko jedno. Śpiewnie recytuję odpowiedź zasłyszaną od studentki z korytarza. Jest piątka. Stypendium uratowane, koniec sesji, koniec roku. Wakacje.

Obozy radomskie były w Buszewie i Dankowie w Puszczy Barlineckiej, pomagałem Pawłowi Ziewieckiemu z „żakami” (wilczkami).

Bodaj w te wakacje wylądowałem na dwa tygodnie w szpitalu na Mochnackiego, na tyłach Alcatrazu, na dokładną diagnozę mojego Gilberta. Która zresztą się potwierdza i tyle. Z tego pobytu pamiętam starszego pana, muzyka dętego, który opowiadał mi jak to Wieniawa-Długoszowski wjeżdżał na koniu do Adria, podczas gdy on grał na trąbce. Sięgnąłem z nudów po Frondę, po raz pierwszy, Zbyszek był wiernym czytelnikiem od samego początku. Razem z programami TV, pismo Fronda miało spore znaczenie w kształtowaniu oglądu świata. Potem poznałem Rafała Smoczyńskiego, jednego z twórców Frondy, obok Grzegorza Górnego. Widuję go czasem w metrze. Pisze teraz doktorat z socjologii w PAN. Fronda była niesamowitym oddechem intelektualnym, przełamaniem monopolu Wyborczej na kształtowanie opinii młodego pokolenia. Teraz aż tak mi się nie podoba, ale wtedy wydawała się bardzo przebojowa, świeża, fajnie prowokująca. Dawała wejście w ciekawy obieg intelektualny.


Stajemy się Skautami Europy

Było dla mnie sporą niespodzianką, gdy dowiedziałem się, że Rada Harcmistrzowska we wrześniu 1995 uchwaliła, że wstępujemy do FSE. Myślałem już, że to się nigdy nie stanie. Decydująca okazała się siła spokoju Tomka Szydło. A tu nagle, nie wiadomo skąd. W listopadzie pojechaliśmy (Tomek Szydło, Basia Lorek, Paweł Link, Tomek Pałka, nie pamiętam kto więcej) na Radę Federalną do Herbstein w Niemczech (koło Fuldy), gdzie ma siedzibę niemieckie stowarzyszeni FSE i tam zostaliśmy przyjęci do FSE 18 listopada 1995. Dzień później Aleksander Kwaśniewski został prezydentem Polski. Niestety miałem w tym swój udział, bo nie wziąłem zaświadczenia i nie zagłosowałem z resztą wycieczki zaraz po przekroczeniu granicy w Zgorzelcu.

Po powrocie przygotowaliśmy nowy statut, który został przyjęty na Sejmiku w Radomiu w grudniu 1995. Integrujemy Kielce, Świnoujście, Wrocław i Jelenią Górę. Jest też Bartek Mleczko, ale z powodów, które już znamy, na Dęby musimy poczekać jeszcze 15 lat, na szczęście na samego Bartka tylko 4 lata. W wyniku zmiany statutu stajemy się Skautami Europy: przyjmujemy cały ceremoniał i pedagogikę oraz struktury. Tomek zostaje przewodniczącym, Basia Lorek naczelniczką, a ja naczelnikiem. Mam mianowanie w Lublinie w marcu 1996, po drodze pierwszy obóz szkoleniowy Adalbertus w Wąwolnicy prowadzony na mrozie przez Jacques Mougenot. Był już na nim wtedy Robert Fedorowicz z Rawy Mazowieckiej, którego poznaliśmy przez Grześka Lorka. Pamiętam podróż do Rawy z Rafałem Grudniem, jego dużym fiatem 125, gdzieś w marcu 1996 na rozmowę z Robertem i jego szefami. Tworzyli oni środowisko harcerskie niezależne, odwołujące się do Hufców Polskich. Robert dał się przekonać i miesiąc później zawitał w Wąwolnicy. Na ogólnopolskich Harcach Majowych w Studziannie, odbywających się równolegle dla dziewczyn i chłopaków w maju 1996, po raz pierwszy wkładamy mundury FSE i z rąk Gildasa Dyevre otrzymujemy sztandary FSE.


Ostatni rok

Ostatni rok studiów to rok zwieńczenia całego procesu wejścia do FSE. Taka koincydencja, zaczęło się na pierwszym roku, kulminuje na ostatnim. Niesamowite cztery lata (wiosna 1992 – wiosna 1996). Nie mogło się lepiej przytrafić. Zdecydowana większość z nas, protagonistów całego procesu, czy to z Radomia, czy z Puław, Nałęczowa bądź Lublina to studenci. Zamiast tracić czas na kluby studenckie, imprezy i bachanalia założyliśmy Skautów Europy, przekształcając Zawiszę. Trudno teraz opisać jak bardzo czuliśmy się szczęśliwi, choć tak naprawę wszystko było jeszcze przed nami. Najważniejszy krok został jednak wykonany.

Miałem wokół dobrych przyjaciół. O ile ja ciągnąłem sprawy harcerskie, Zbyszek inspirował w kwestiach studiów, Rajmund motywował w kwestiach formacji duchowej.

Zaczęliśmy chodzić ze Zbychem, już na wiosnę, czyli jeszcze na 4. roku, na prawo angielskie, prowadzone po angielsku przez profesorów z UK. To było niesamowite doświadczenie. Prawdziwe studia prawnicze. Pisanie esejów, tutoriale, procesy, pisanie umów. Ledwo zipałem, ledwie ogarniałem, ale po latach doceniłem, że dało mi to ogromnie dużo, tak jeśli chodzi o samo władanie językiem, jak i podstawową znajomość prawa common law. Do dziś korzystam z tego w pracy. Już początkiem 5. roku zapisałem się również do szkoły prawa francuskiego i europejskiego. Zajęcia, dla odmiany, prowadzone po francusku. Też ledwo ogarniałem, a mój francuski pozostawiał o wiele więcej do życzenia niż mój słaby angielski. Na Radzie Federalne w Herbstein dogadałem się z Maurice, że pojadę na przełomie roku do niego do Burgundii, do Nuits-St-George, niedaleko Beaune i Dijon, celem podszkolenia francuskiego. Francja po raz kolejny. Kontynuowałem niezłą passę wyjazdów zagranicznych, od 1992 co roku byłem 2-3 razy zagranicą. Nie ma jak okres studiów. Zresztą potem miało być jeszcze bardziej ciekawie.

Jednego dnia Maurice zawiózł mnie do Citeaux, kolebki cystersów. Widać było ślady rewolucji. Opowiedział też o eksperymentach liturgicznych w latach 70-tych: więc najpierw był ołtarz tyłem do ludzi, potem ołtarz przodem, spoko. Tak jak to było przewidziane w reformie liturgicznej. No, ale potem to już się zaczęła jazda: najpierw zakonnicy zamienili się z ludem: lud stanął w prezbiterium, zakonnicy w nawie. Ale znów coś nie pasowało. Ten ołtarz, dlaczego musi być w centrum? To dawaj go pod ścianę w nawie głównej. Pewnie to nie był koniec radosnej twórczości, ale już mnie głowa bolała i nie zapamiętałem, co było dalej. Grunt, że wszystko wróciło do normy. Przynajmniej zewnętrznie. A wewnętrznie? Dobre pytanie. „Francuska wiosna” 2013 wskazuje na to, że może jednak trochę tak.

Spędziłem kilka dni w Dijon, potem kilka dni w Paryżu. Poszedłem do Louvru i nie mogłem stamtąd wyjść. Byłem super zakochany we Francji. W Dijon włócząc się trafiłem na uniwersytet i rozmarzyłem się, jak to by dobrze było studiować we Francji. Nie mogłem przypuszczać, że te marzenia spełnią się już po 10 miesiącach.


Kończę studia i jadę do Francji

Więc ten rok 1996 był niesamowity. Zostaję naczelnikiem, przekształcamy Zawiszę w Skautów Europy, odwiedzam Rzym, robimy pierwszy obóz szkoleniowy, potem przemianowany na Adalbertusa, mam wymarsz wędrownika na Harcach w Studziannie, kończę studia, organizuję wędrówkę do Wilna i… jadę do Francji.

Pracę magisterską o derywatach napisałem w maju i czerwcu, obroniłem pod koniec czerwca. Temat podpowiedział Mecenas. Było to moje pierwsze zetknięcie z komputerem. Właśnie wszedł Windows, ale ja pisałem to w Tagu i potem na miękkiej dyskietce, u ks. Stanisława, Paweł Ziewiecki konwertował mi ten plik do Worda. Bohaterskie początki epoki komputerowej.

Równolegle, dzięki szefowi szkoły prawa francuskiego, Phillippe Chauvin, starałem się o stypendium w ambasadzie francuskiej i o przyjęcie na DEA Droit des affaires (rodzaj takiego francuskiego LLM) na Uniwersytet Paris I–Pantheon–Sorbonne. Znów inspirował Zbyszek, który wymyślił, że warto wyjechać postudiować za granicą. Jeszcze w czerwcu otrzymałem pozytywną odpowiedź z ambasady, a pod koniec lipca z Sorbony. We wrześniu stawiłem się w Paryżu na rozmowie kwalifikacyjnej, po koniec października zameldowałem się nad Sekwaną, a od listopada zaczęły się zajęcia w budynku koło Panteonu, w samym sercu Dzielnicy Łacińskiej. Zbyszek już od początku października był w Louvain, w Belgii na Erasmusie.


Paryż

Mimo, że bywałem przedtem we Francji wiele razy, niemniej jednak dopiero tym razem poczułem się, jak w innym świecie. Świadomość, że jestem tu na co najmniej rok, bez żadnego kontaktu z Polską, z Polakami. Pełne zanurzenie. Bałem się, że sobie nie poradzę. Internet raczkował, poczta elektroniczna też. To w Paryżu zacząłem praktykować tę drugą na jakichś prehistorycznych komputerach na wydziale. To sprzyjało pełnemu zanurzeniu, bowiem praktycznie fizycznie nie było możliwości kontaktu z krajem. Zresztą nie było na to czasu. Nie umiałem jeszcze dobrze języka. Wykłady rozumiałem od razu, gorzej na seminariach i w codziennych rozmowach, nie mówiąc o pisaniu. Zamieszkałem w akademiku w XVI dzielnicy. „Olala, sezieme!” – mówili koledzy z wydziału, w większości poglądów lewicowych. Szesnasta uchodzi na super „bourge”. Jak się potem okazało, jeden z moich lewicowych przyjaciół też mieszkał w „Szesnastej”… W odróżnieniu od Paris II-Assas, mój Paris I Pantheon miał opinię lewicowego, co widać było np. w niechlujnym sposobie ubierania się. Pierwsze trzy miesiące były najtrudniejsze, potem jest taki moment, że wydaje ci się, że wszystko rozumiesz i potrafisz powiedzieć, po czym następuje tydzień lub dwa depresji i zniechęcenia, że nigdy się nie nauczę, że język sztywnieje i nic nie wychodzi. Aż w końcu przychodzi płynność i spośród wielu przyjemnych doznań jakich w życiu doświadczyłem, to było jedno z najprzyjemniejszych, pojawiło się na wiosnę 1997 r.

No, ale wcześniej była słynna sprawa „Polecenia zapłaty”. Nie nie, nie chodzi o jakieś długi nie do spłacenia ani komornika. Na pierwszych zajęciach z prawa bankowego profesor Lucas de Leyssac zbierał chętnych do referatów na pierwszy semestr. Został jeden temat i nikt się nie zgłaszał. Ponieważ niewiele kumałem, nie wiedziałem, czy ja też muszę, czy nie, czy może mogę później, czy nie, etc. W każdym razie poczułem presję „nie tchórzenia” przed wyzwaniem i nie chowania głowy w piasek i się zgłosiłem. Temat brzmiał „Polecenie zapłaty” i miałem wygłosić speech na początku grudnia, czyli miesiąc po przyjeździe. Przeliczyłem się. Na szczęście tego samego pierwszego, feralnego dnia, w którym popełniłem tę nieroztropność pojawił się anioł stróż. Zaraz po zajęciach, a była pora obiadowa, wiadomo, trzeba jeść, nie tak jak w Polsce, wszyscy się skrzykują „on mange”. Jeden ze studentów mnie zagaduje „tu manges avec nous?”. Tak, oczywiście. W końcu inni gdzieś poszli i ja z Marc Ganilsy zostaliśmy sami i poszliśmy na sandwicza, którego pałaszowaliśmy w Ogrodach Luksemburskich. Potem zawsze tam kupowałem sandwicze. Marc okazał się super przyjacielem. Ileż mu zawdzięczam. Od razu sprzedał mi kilka pomysłów na mój speech, potem pomagał go jakoś skonstruować, etc. W moim akademiku, Thierry, doktorant SciencesPo, poprawił moje 6 stron na piśmie, nie było ani jednego poprawnie sformułowanego zdania. Absolutna katastrofa. Nadszedł fatalny dzień. Nogi z ołowiu z trudem niosły mnie na wydział, a potem po schodach na górę. Wybełkotałem mój referat. Profesor klasnął w dłonie: „Bardzo panu dziękuję, bo dzięki panu naocznie przekonaliśmy się jak nie należy przygotowywać i wygłaszać referatów”. Niespecjalnie się stropiłem. Najważniejsze, że miałem to za sobą. Całą mękę przeżywałem przed. Koledzy poklepywali po plecach i pocieszali: „był niesprawiedliwy, powinien cię zapytać, od kiedy jesteś we Francji, że jeszcze nie ogarniasz”. Rewanż wziąłem pół roku później, w drugim semestrze, na prawie cywilnym, profesor Chauvel pochwalił mnie za mój speech o „Faute lourde”. No, ale „Polecenie zapłaty” będę pamiętał do końca życia.


Marc

Marc okazał się wielkim przyjacielem. Na początku grudnia zaprosił mnie do Musee Cluny, muzeum średniowiecza, które właśnie było świeżo otwarte po jakimś długim remoncie. Wchodzimy, a tam…. średniowiecze, czyli wszystko o treści chrześcijańskiej. Czuję się jak ryba w wodzie. Wyjaśniam mu co przedstawiają obrazy i rzeźby. „Tu connais vachement bien la religion”, zadziwia się Marc. No stary, przecież jestem katolikiem, w końcu jestem z Polski. No tak, mówi Marc, ja też w pewnym sensie, jestem z rodziny żydowskiej, moi dziadkowie urodzili się na Ukrainie przed wojną, potem wyemigrowali. Ale ja jestem ateistą. Nigdy nie czytałem Pisma Św. Od tej pory wiele rozmawialiśmy o wierze. Podarowałem mu nawet, razem z Irenee, jedynym katolikiem, z pochodzenia grekiem (jego ojciec Grek przeszedł z prawosławia na katolicyzm), ewangelię św. Marka z okazji…. imienin, czyli wspomnienia św. Marka. Irenee, co prawda, zwrócił mi uwagę na to, że ateiści chyba nie obchodzą we Francji imienin, bo tam to nie imieniny, tylko „fete”, czyli wspomnienie świętego patrona. No, ale jakoś wybrnęliśmy.

Spotykałem się z Marc czasem na sobotnich „śniadaniach”, tak gdzieś ok. południa, bo mieszkał niedaleko mnie. Był bardzo zainteresowany internetem, pisał o tym swój „memoire”, chciał prawnie opisać wszelkie możliwości jego handlowego wykorzystania. Dla mnie wówczas był to jakiś sajensfikszyn jeszcze.


Pantheon

Czytelnie prawa handlowego i prawa cywilnego, jedna z widokiem na rue Souflot, druga z widokiem na bazylikę Sacre-Coeur na Montmartre były miejscami, gdzie najczęściej przebywałem. Rzadziej biblioteka Cujas naprzeciwko wydziału. Na przerwę wychodziło się na Place du Pantheon i szło się do kościoła St Etienne du Mont chwilę pomodlić. Miejscówka była rewelacyjna, niedaleko do Notre Dame, boulevard St Michel. Często bywałem w St Germian de Pres i St Sulpice. Bref, byłem zanurzony w Dzielnicy Łacińskiej.

Raz na jakiś czas umawiałem się z Maurice Ollier, który pracował na Bd du Sebastopol, jedliśmy obiad i rozmawialiśmy, a właściwie to Maurice opowiadał. Był jak drugi Mecenas, można go było słuchać godzinami. W styczniu 1997 ówczesna komisarz federalna FSE, Pierette Givelet zaprosiła mnie na spotkanie Biura federalnego w biurze Maurice. Poczułem się bardzo zaszczycony. Zdałem sobie sprawę, że FSE nie ma żadnej biurokracji ani lokali na własność. I to było bardzo ujmujące. Nadal byłem naczelnikiem w Polsce, Tomek Szydło nie chciał, żebym rezygnował, tak naprawdę więc wszystkim kierował on i Marcin Kruk jako namiestnik harcerzy. Ja byłem „rządem na wychodźstwie”.

Ale nic nie angażowałem się w skauting, bo nie miałem czasu. Utrzymywałem jedynie kontakty z wędrownikami i szefami z Rambouillet, z którymi robiliśmy wędrówkę po Jurze w 1993. Damien de Ponthaud zaprosił mnie w maju 1997 na biwak drużyny w lesie Rambouillet. Bywałem w domu u Stacha i Marka Witkowskich w Elancourt, ich tata był Polakiem, więc to był wówczas jedyny kontakt z językiem ojczystym. Potem na wiosnę pojawił się Tomek Szopa z Krakowa na Erasmusa, teraz jest księdzem, w listopadzie 2011 został sekretarzem kardynała Dziwisza. Fajny kumpel był z niego i częściej bywało do kogo przegadać po polsku. To jednak jest ważne, co by tu nie mówić.

Na wydziale oprócz Marca i Irenee, przyjaźniłem się z Remy, francuzem żydowskiego pochodzenia jak Marc oraz z Wiktorem z Mołdawii. W moim domu mieszkali studenci, Francuzi, z całej Francji – Bretanii, Prowansji, Akwitanii, co pozwalało na niesamowite poszerzanie horyzontów. W kwietniu pojechaliśmy koło Grenoble, do masywu Grande Chartreuse, kolbki kartuzów, a w maju do Biarritz nad Atlantykiem. Było to tzw. sejour d’etudes, czyli po prostu zakuwanie przed egzaminami połączone z rekreacją wieczorami. Podczas pobytu St Laurent du Pont w kwietniu, skręciłem nogę podczas gry w piłkę i nosiłem ją w gipsie przez kilka tygodni chodząc po Paryżu o kulach. Raz nawet spadłem ze schodów w domu, ale ponieważ były wyłożone porządną, burżuazyjną wykładziną, więc nic mi się nie stało.

Egzaminy poszły gładko, do napisania we wrześniu była jeszcze praca dyplomowa. W lipcu pojechałem znów w okolice Grenoble, a w sierpniu miał miejsce w Paryżu Światowy Dzień Młodzieży.


Longchamp

W ramach Światowego Dnia Młodzieży, reprezentowałem FSE na Forum Młodych. To taka uprzywilejowana grupa ponad 400 wybrańców z całego świata, która miała kilka dni na różne dyskusje w Ecole Politechnique w Palaiseau pod Paryżem, a potem podczas ceremonii była zawsze wokół ołtarza blisko papieża. Super przywilej. Trzymałem tam z Afrykańczykami iż chłopakami z Ecole Politechnique. Niezłe towarzystwo. Było też dwoje Polaków, Ewa z Warszawy i Marcin z Krakowa. Spotkałem wreszcie naszych z Polski, chodziliśmy na katechezy do świeżo wówczas mianowanego ordynariusza lubelskiego, abp Życińskiego. Byłem blisko papieża w czwartek na Polach Marsowych podczas powitania, ale dopiero w sobotę podczas specjalnej Mszy dla nas w „moim” kościele St Etienne du Mont mogłem podejść do papieża i z nim osobiście porozmawiać. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, co mu powiedziałem, ale na pewno, że go bardzo kocham i modlę się za niego. Poklepał mnie po ramieniu (dziewczyny klepał po policzku) i powiedział „dobrze, dobrze”.

A wieczorem w sobotę przy wejściu od kulis ołtarza na hipodromie Longchamp, Ewa poszła nie tam gdzie trzeba, znalazła się w innej strefie, po drugiej stronie pulpitu, a ponieważ byłem pod ręką to mnie wybrano do czytania pierwszego czytania po polsku w trakcie liturgii z Janem Pawłem II. Tak wiec stanąłem przed ponad milionem młodych i w mundurze Skauta Europy przeczytałem czytanie z księgi Izajasza. Maurice, Pierette i inni z szefostwa wierzyć własnym oczom nie mogli, bo przecież od zawsze Skautów Europy raczej prześladowano niż eksponowano we Francji. A tu proszę. Jak się czasy zmieniają. Zresztą, jak potem mówiła Jeanne, jak Jan Paweł II zaczynał Światowe Dni Młodzieży w 1985 to nie było mowy o jakichś masowych spowiedziach czy adoracjach. A my mieliśmy i jedno i drugie w obfitości. Czasy się zmieniają, jak widać, nie zawsze na gorsze. No, ale ten mój występ ukradłem Ewie, więc to wszystko był przypadek.

Potem w niedzielę po głównej Mszy z papieżem, namówiłem chłopaków z Politechniki, pobiegliśmy po spacerującego wokół ołtarza, prałata Renato Boccardo, głównego organizatora ŚDM i wielkiego przyjaciela Skautów Europy i podrzuciliśmy go do góry. Zdjęcie obiegło świat powielane przez wszystkie wielkie agencje informacyjne. Spotkałem go po 8 latach w Rzymie i pamiętał ten fakt doskonale. Musiało mu się podobać. Teraz jest arcybiskupem Spoleto-Norcia we Włoszech.

Poznałem tam mnóstwo ludzi ze wszystkich stron świata. Bardzo zakumplowałem z jednym Wietnamczykiem, nazywał się Tring Trungh Do. Odnaleźliśmy się na Facebooku 15 lat później.

We wrześniu 1997 napisałem i oddałem pracę dyplomową i przez Kolonię i Oldenburg (wizyta u ks. Jana) pojechałem na 3 tygodnie do Polski.

W międzyczasie bowiem zdecydowałem się zostać na drugi rok w Paryżu.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz