04 października 2013

Przygody komisarza

Pisze się nowa książka (są już gotowe trzy inne, pisze się jeszcze jedna, czyli piąta) pt. "Przygody komisarza". Poniżej zamieszczam fragment.

Przygody komisarza

Wstęp

W październiku 2008 r. zadzwonił do mnie ówczesny komisarz federalny FSE Jacques Mougenot i zapytał, czy nie zostałbym komisarzem federalnym od września 2009 r. Jacques miał skończyć wtedy drugą kadencję. Wielki, legendarny Jacques Mougenot. Miał wtedy pewnie już koło 70-tki. Twardy chłop francuski starej dobrej szkoły. Za co się brał to robił do końca. Przez wiele lat był merem swojego miasteczka w Szampanii. Był na wojnie w Algierii. „Wtedy kiedy można spać, to śpij, nawet na półminutowym postoju”, powtarzał im dowódca podstawową zasadę przeżycia na wojnie. Imał się wszystkiego, prac fizycznych, organizacyjnych. Próbował przez chwilę w wielkiej polityce. Żelazna wola i konsekwencja. Wielka prawość. Nie zawsze połączona z taktem i dyplomacją, ale taki to już jest urok tego typu mocnych charakterów. W całej Europie powszechnie nazywano go „czołgiem”. Nie był aż tak religijny do czasu, gdy jego dzieci nie trafiły do Skautów Europy. To były lata 70-te. Pod wpływem dzieci zaangażował się sam, bo taka była potrzeba. Zbliżył się do skautingu, a równocześnie powoli bardziej też do Kościoła. Założył mundur, złożył przyrzeczenie tuż przed czterdziestką. Zaczął chodzić do kościoła i codziennie się modlić. Szybko zauważył go Pierre Geraud-Keraod, wielki twórca francuskiej organizacji Skautów Europy, stojący na jej czele przez 25 lat. Zaproponował mu zajęcie się etatowo tworzeniem samodzielnych zastępów. Przez 20 lat  Jacques stworzył ich całe mnóstwo, co roku organizując wielkie obozy letnie, jeżdżąc po całej Francji. Mówił, że sieć „Araignee” (pająk) pod jego przywództwem, w ciągu całego 20-letniego okresu, była odpowiedzialna za uczynienie skautami ok. 11 tysięcy chłopaków. Od 1989, przez 9 lat był równocześnie naczelnikiem i szefem centrum krajowego Skautów Europy we Francji w Chateau-Landon pod Paryżem. W 1991 przywiózł ponad 4 tys. Skautów Europy na Światowy Dzień Młodzieży w Częstochowie. Chciał, by jak najwięcej młodych Francuzów przeżyło to, co on sam przeżył pod koniec lat 80-tych, kiedy to po raz pierwszy wziął udział w pielgrzymce pieszej do Częstochowy, z Krakowa, jeśli mnie pamięć nie myli. Był powalony na kolana tym doświadczeniem, jak sam opowiadał. Zakochany bez pamięci w Kościele polskim i w Polsce. I w Pani Jasnogórskiej, rzecz jasna.

Poznałem go pod koniec kwietnia 1992 w Chateau-Landon. Brał udział w pierwszej rozmowie, jaką miałem wraz z Jackiem Butrymem i Arturem Pasikiem, z komisarzem federalnym, Gildasem Dyevre i z jego sekretarką Jeanne Taillefer. Najbardziej poznaliśmy się podczas przygotowań do Eurojamu 2003 w Żelazku. Począwszy od stycznia 2002, przez półtora roku, pracowaliśmy, szczególnie Rafał, Hubert, Bartek i ja z Jacquesem ramię w ramię. Bez niego i bez Rafała ten Eurojam by się nie odbył. Nie zapomnę tej rozmowy na Okęciu w październiku 2002, gdy Jeanne zostawiła nas samych, mnie i Jacquesa i gdy powiedział, że komisarz federalna upoważniła go do odwołania Eurojamu, jeśliby w czasie tej wizyty, która właśnie się kończyła, doszedł do wniosku, że jednak nie damy rady. „Po tym, co Rafał i cała ekipa polska przedstawiła, mam do zaufanie i wierzę, że to się uda. Ale musicie pracować i od razu odpowiadać na moje maile…”.

Spotkaliśmy się w miesiąc po jego telefonie, pod koniec listopada 2008 w Warszawie. Odpowiedziałem pozytywnie na jego propozycję. 6 września 2009 r. Rada Federalna FSE wybrała mnie na funkcję komisarza federalnego na 3-letnią kadencję.

Kim jest komisarz federalny

Komisarz federalny to najważniejsza funkcja na poziomie federalnym. Oprócz niego jest wybierane Biuro Federalne w składzie: przewodniczący, wice, sekretarz-skarbnik. No i komisarz. Cała animacja pedagogiczna spoczywa na komisarzu. Pozostali członkowie biura raczej zajmują się kwestiami statutowo-dyplomatycznymi. Komisarz to premier, przewodniczący to prezydent. Komisarz może powołać ekipę federalną, złożoną z maksymalnie 3 zastępców oraz z asystentów. Powołuje też duszpasterza federalnego. Żeby nie mnożyć bytów, jako komisarz postanowiłem połączyć w jednym biuro i ekipę, tak by nie zamknąć się w gronie na poziomie federalnym, ale mieć czas dla stowarzyszeń. Gdybym musiał mieć osobne spotkania biura, osobne spotkania ekipy, nic by już ze mnie nie zostało, a ludzie w stowarzyszeniach nie wiedzieliby nawet, że jest ktoś taki jak komisarz i do czego w ogóle służy. Dodatkowo postanowiłem nie rozbudowywać ekipy federalnej, powołałem tylko dwóch zastępców oraz duszpasterza. Nie miałem asystentów. Chciałem maksymalnie załatwiać sprawy albo bezpośrednio z naczelnikami albo powierzając stowarzyszeniom zadania federalne. Motywacja była dwojaka: z jednej strony włączyć stowarzyszenia bardziej w sprawy ponadnarodowe, z drugiej nie tworzyć „dworu” niepotrzebnych asystentów. Poprzedni komisarze lubili powoływać masę asystentów i dla naczelników na Radzie Federalnej to nie było komfortowe widzieć komisarza otoczonego tłumem równym prawie ilości naczelników. Byłem naczelnikiem przez 5 lat i starałem się być takim komisarzem, jakiego bym chciał mieć jako naczelnik. Czyli pracować bardziej bezpośrednio z naczelnikami niż z własną ekipą. To oczywiście kwestia jakiegoś balansu, bo przecież trzeba i jedno i drugie.

Komisarza trzeba sobie trochę wymyśleć. Również swoją misję i zadania. Oczywiście w ramach tego, co jest napisane w statucie federalnym, ale to jest tak ogólne, że komisarz może dużo i jednocześnie może tak naprawdę niewiele, w porównaniu z naczelnikami. W przeciwieństwie do nich nie ma swojego terytorium, na którym sprawuje jurysdykcję. Nie ma takich zasobów ludzkich, musi polegać na stowarzyszeniach. Ale, co ciekawe, ma całkiem niezły budżet, duży autorytet, a jak połączymy to z dużą ilością czasu do dyspozycji oraz środkami komunikacji, da to całkiem niezłe pole do popisu.

Początkowo chciałem być komisarzem biurokratyczno-zarządczym. Wyszło dokładnie odwrotnie. I jestem z tego faktu ogromnie szczęśliwy.

Czy ludzie będą odpowiadać na moje maile?

Jedną z pierwszych rzeczy jaką usłyszałem od starych „doświadczonych” było: przygotuj się, że nikt nie będzie odpowiadał na Twoje maile. Oprócz maila, zacząłem używać skype, fejsa i czatu na gmailu oraz czasem telefonu i nie miałem żadnych problemów z odpowiedziami. To było niesamowite, cała Europa online. Szczególnie naczelnicy z mniejszych organizacji, ale z Francją i Włochami też nie było problemu tak naprawdę. Jasne, że pomagała mi bardzo znajomość języków: angielskiego, francuskiego, włoskiego i hiszpańskiego. Potrafiłem jakoś tam się dogadać po rosyjsku, rozumiało się trochę ukraiński i białoruski, ale bez przesady. W ostateczności, gdy na sejmiku niemieckich Skautów Europy w październiku 2009 r. potrzebowałem porozmawiać dłużej z ich duszpasterzem, to nawet jakoś po niemiecku poszło. Czasem śniła mi się mapa Europy z wszystkimi krajami pulsującymi, jak czasem w wiadomościach telewizyjnych, gdy jest rozmowa z kim przez telefon. Dostawałem lekkich zawrotów głowy przebiegając kraj po kraju i sprawy do załatwienia. To było doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. W dodatku jak się jeszcze okazało, że naczelniczka rosyjska mieszka na Kamczatce i wysyła sms z życzeniami świątecznymi. Przestrzeń straciła znaczenie.

Współpracownicy

Najbliższym zapleczem komisarza jest biuro federalna i ekipa federalna. Teoretycznie są to dwie różne rzeczy. Biuro federalne jest wybierane przez Radę Federalną na równi z komisarzem i jest raczej rodzajem takiej rady stałej. W skład biura wchodzą przewodniczący, wiceprzewodniczący, komisarz i sekretarz-skarbnik. Natomiast właściwym „rządem” jest ekipa federalna, w skład której oprócz komisarza wchodzą jego zastępcy, duszpasterz oraz asystenci. Podział kompetencji jest trochę na tej samej zasadzie jak podział kompetencji między naczelnikami a pozostałymi członkami zarządu. Postanowiłem jednak mieć szczupły „rząd” i wykorzystać zasoby „rady stałej” do prowadzenia spraw federacji. Pomyślałem, że nie mam czasu na spotkania z biurem federalnym i na osobne spotkania z ekipą federalną. Przecież najwięcej czasu muszę mieć dla stowarzyszeń. Nie może być tak, że oni wybrali kogoś tylko po to, by zamknął się w jakimś gremium na szczeblu federalnym, będąc tak pochłoniętym grzebaniem się we własnym sosie, że aż nie mającym czasu, by bezpośrednio usłyszeć, co się u kogo dzieje i jak im pomóc.

Przewodniczącym już drugą kadencję był Giovanni Franchi Cavalieri, 50-latek z Rzymu. Jego ojciec Franco Franchi Cavalieri był przewodniczącym FSE na przełomie lat 70/80. Z ojca na syna. W trakcie kadencji, w 2010 r. zmarła żona Francesco Laura, którą miałem okazję poznać w ich domu w Rzymie właściwie niedługo przed śmiercią. Mieli troje dzieci: Gabriela, Franceskę i Klarę, cała trójka w wieku od lat 17 w górę. Dwoje najstarszych już na studiach, najmłodsza Klara jeszcze w liceum. Giovanni ożenił się powtórnie w czerwcu 2012 r. Pracuje w Wikariacie Rzymu, czyli w biurze diecezji. Mieszka praktycznie tuż obok Watykanu, niedaleko stacji kolejowej San Pietro. Giovanni wywodził się z rzymskiego kręgu „wielkich FSE”, których poznaliśmy przygotowując Eurojam w Żelazku, zamieszkałych praktycznie w tej samej dzielnicy. Sergio Colaiocco był naczelnikiem w latach 2000-2003, Rosario Barone w latach 2006-09, Paolo Bramini był przez 9 lat namiestnikiem zielonym. Dwaj ostatni odegrali wielką rolę w organizacji Eurojamu 2003. Rosario wziął na siebie całą logistykę Włochów, wspomagając Rafała w wielu sprawach logistycznych. Paolo był z Bartkiem twórcą programu pedagogicznego. Do tego kręgu należał też nieco starszy Attillio Grieco, jeden z twórców FSE we Włoszech po 1976 r. W latach 1991-2006 był przewodniczącym FSE. Na równi z Maurice Ollier jest największym ekspertem od historii, pedagogiki i ducha FSE. Tych pięciu ludzi znaczyło bardzo wiele dla FSE we Włoszech i nie tylko. Jako komisarz mogłem jednakże współpracować bezpośrednio tylko z Giovannim, gdyż pozostali w trakcie mojej kadencji byli nieco na uboczu. Miałem zamiar mianować Rosario moim zastępcą, ale nie chciałem tego robić wbrew ekipie włoskiej, z którą akurat wtedy Rosario nie żył dobrze. Podobnie Paolo. Ten ostatni wrócił do gry dopiero w 2012 r. w związku z rozpoczęciem przygotowań do Eurojamu 2014. Po Rosario słuch zaginął. Widziałem tylko na fejsie od czasu do czasu na jego profilu aplikację-licznik godzin spędzonych w samolocie. Rosario bił w tym rekordy w związku z pracą w koncernie Augusta-Westland produkującym śmigłowce. Jeanne Taillefer opowiadała, że próbował zmienić pracę, ale wyjście z tego co prawda dobrze płatnego, ale wycieńczającego kanału okazywało się za każdym razem niemożliwe.

Giovanni nie był wielkim wizjonerem, raczej administratorem, ale z wielkim wyczuciem dyplomacji, zawsze taktowny, szanujący rolę i kompetencje każdego. Nie lubił zbyt długich, bezowocnych dywagacji, otwarty na wielkie wizje, jednakowoż dążący do szybkiej i praktycznej konkluzji. Miałem w nim sojusznika w mojej wizji funkcjonowania biura i ekipy, ograniczenia liczby asystentów, opierania się na stowarzyszeniach w zadaniach federalnych. Nie był bardzo aktywny, ale w 2010 wymyśliłem w związku z jego doświadczeniem przy udziale włoskich Skautów Europy w Światowym Dniu Młodzieży w Rzymie 2000, by był z ramienia Federacji głównym odpowiedzialnym za nasz udział w Madrycie w 2011. Wywiązał się z tego zadania znakomicie, aczkolwiek, jako nie władający dobrze żadnym językiem poza włoskim, miał problemy z dogadaniem się z głównym odpowiedzialnym z ramienia FSE Hiszpania Juanem Pedro, który radził sobie, poza rodzimym językiem, trochę po francusku. To niezgranie trochę zaciążyło. Usiłowałem uruchomić Giovanniego też do podróży i odwiedzania stowarzyszeń. Dał się namówić jedynie na krótka wizytę na Harcach Majowych w Żelazku w 2010. Chciałem, by pojechał na Białoruś, ale jakoś nie miał ochoty. Sprawnie administrował spotkaniami biura, organizował wizyty u kardynała Ryłko, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Świeckich, świetnie prowadził Rady Federalne. Był doskonałym kompanem podczas kolacji w typowo włoskich lokalach. Sam świetnie gotował. Raz z córką Klarą przygotował kolację w skromnym lokalu włoskiego FSE na Via Anicia na Zatybrzu. Przybyły jakieś ważne postaci z kurii rzymskiej, przyjaciele FSE. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem talentu kulinarnego Giovanniego. Nie widziałem go nigdy zdenerwowanego, nawet podczas wyczerpujących dla niego dni w Alcorcon w sierpniu 2011 r. Nie lubi polemik, nie był kłótliwy. Obdarzony silnym instynktem kompromisu i jednoczenia, przy niechęci do przesady i egzaltacji. Skromny i pokorny. Typowa włoska szkoła łagodnej dyplomacji. Wspominam go z wdzięcznością. Nigdy się nie pokłóciliśmy, choć raz byliśmy blisko.

Przez pierwszy rok mojego komisarzowania, wiceprzewodniczącym był Gunther Walter, Niemiec, emeryt, twórca KPE, niemieckiego stowarzyszenia Skautów Europy, jego „wieczny” naczelnik. Jacques Mougenot w jakiś tajemniczy sposób w końcu jakoś go wyciągnął z tej funkcji, poprzez objęcie funkcji wiceprzewodniczącego FSE, dając miejsce młodszemu Martinowi Hafnerowi w 2005 r. Gunthera znałem od początku naszych kontaktów z FSE. W marcu 2000 r. odwiedziłem go z Jarkiem Sroką w jego domu w Offenbach. Była to część naszej własnej polskiej polityki międzynarodowej, polegającej na tym, by możliwie z dużą liczbą stowarzyszeń mieć bezpośrednie relacje i ugrywać jakieś wspólne projekty z pożytkiem obopólnym i całej Federacji. Tego typu działań zawsze mi brakowało, a uważałem i uważam, że one najlepiej pomagają budować FSE. Sam też jako komisarz zachęcałem wszystkich naczelników, by tego typu kontakty mieli i by realizowali wspólnie jakieś projekty, nie chcąc monopolizować, jako komisarz, wszystkiego, co dzieje się na szczeblu ponadnarodowym. Gunther w ogóle nie zadziałał jako wiceprzewodniczący. Nie miał maila, znał tylko niemiecki, jedynym sposobem komunikacji był faks, który w dodatku musiał być wcześniej przetłumaczony przez Jeanne na niemiecki. Prowadził życie emeryta niemieckiego. W 2010 pojechał do RPA na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Na spotkaniu Biura federalnego pojawił się tylko raz, w listopadzie 2010 w Dziekanowie, tylko po to, żeby powiedzieć, że on całej mojej polityki nie rozumie, choć nie rozumie, to się nie zgadza i w związku z tym ogłasza swoją dymisję. Co zostało przyjęte przez nas raczej z ulgą. Stało się to w momencie, w którym całym moim żadnym niemieckim zabierałem się do rozmowy z nim, by mu zasugerować ustąpienie miejsca komuś młodszemu.

Jego miejsce zajął Martin Hafner, jego następca jako naczelnik niemiecki w latach 2005-09. Martin miał bardzo dobrą opinię jako solidny organizator obozu 12 Gwiazd w sierpniu 2010 r. i w ogóle taki prawy, uczciwy Niemiec, w którym nie ma podstępu. Dokooptowaliśmy go w styczniu 2011 do biura federalnego, co zostało zatwierdzone przez radę federalną w sierpniu 2011 w Madrycie. Od początku komisarzowania wiedziałem, że Martin jest najlepszym partnerem w Niemczech. W stosunku do każdego z krajów to była moja pierwsza troska: czy znajdę tam partnerów do realizowania ciekawych projektów, czy będzie tam z kim rozmawiać. Poznałem go w 2008 w ramach spotkań ekipy przygotowującej obóz 12 Gwiazd. Odwiedziłem go dwa razy w domu niedaleko Heillbronu, raz w lutym 2010 jadąc z chłopakami na obóz szkoleniowy do Szwajcarii, a drugi raz dwa miesiące później, w Wielkim Tygodniu, mając czas by pogadać dłużej i bardziej fundamentalnie. Cieszę się, że mogłem tyle czasu poświęcić na rozmowy z Martinem. Myślę, że dzięki temu chętniej zgodził się zostać moim następcą jako komisarz federalny od października 2012.

Martin ma żonę Ulrikę, ale nie ma dzieci. Po mnie, był najmłodszym członkiem Biura Federalnego. Na kolacji po pierwszym spotkaniu Biura, na którym uczestniczył Martin, w styczniu 2011, tej kolacji tak wyśmienicie przygotowanej przez Giovanniego, wzniosłem toast: „Dzięki Martinowi, już nie jestem najmłodszym członkiem Biura Federalnego. Cieszę się, że jako Polak mam wreszcie mojego własnego Ratzingera!”. Wywołało to ogólną wesołość zebranych.

Oczywiście Martin jest typowym Niemcem. Absolwent St. Gallen w Szwajcarii. Do bólu metodyczny, uporządkowany. Ma własną firmę selfeducation.de, zajmującą się coachingiem, doradztwem, etc. Nie raz czułem, jak moja słowiańska fantazja zmuszała go do najwyższego wysiłku intelektualnego. Robił się wówczas cały czerwony na twarzy. Solidny, prawy. Nie zapomnę, jak zrobił nam wykład o tym, z jaką odpowiedzialnością powinniśmy wydawać pieniądze podatnika europejskiego, gdy dostaliśmy grant z Komisji Europejskiej w lutym 2011 r. Żartowaliśmy z Juanem Carlosem z jego niemieckiego podejścia. Zawsze bardzo pobożny. W przerwach podczas naszych spotkań można go było zobaczyć spacerującego z różańcem lub modlącego się w kaplicy. Nigdy nie widziałem żadnego z naszych Włochów przy tego typu czynnościach. Wydawało mi się, że jest niemożliwe się z nim pokłócić, przy jego lekko niedźwiedzim temperamencie. Zasadniczo zajmował się organizacją obozu 12 Gwiazd.

Sekretarzem-skarbnikiem był już drugą kadencję Jean-Yves Barbara, Francuz. Zawsze spóźniony, realizujący zadania ze sporą zwłoką, ale ostatecznie niezawodny i bezbłędny, choć dopiero za 5 dwunasta. Trzeba było mieć do niego wielką cierpliwość, mnie w zasadzie jej nie brakowało, bo jakoś nie brakowało mi płynności, ale wiele osób narzekało, że musiało wykładać pieniądze, a potem wieki czekać na zwrot. Odpowiadała mi jego prostota, francuska szlachetność. Był trochę takim dużym chłopcem, którego trzeba było czasami prowadzić za rękę. Urodziło mu się trakcie trzecie dziecko. Sam pracował w jakieś firmie zajmującej się informacją i doradztwem finansowym w Paryżu. Potem przeniósł się do Lyonu, w związku ze zmianą pracy jego żony.

Moim pierwszym zastępcą komisarza był Juan Carlos Corvera, Hiszpan z Madrytu. Lekko starszy ode mnie, przedsiębiorca budowalny, bardzo pracowity, człowiek sukcesu, ojciec trójki dzieci. Nie wiem, jak to się stało, że w Biurze Federalnym i w ekipie mieliśmy typowych przedstawicieli każdego narodu. Giovanni był typowym Włochem z Rzymu, Martin typowym Niemcem. Ja pewnie byłem typowym Polakiem, myślącym bardziej sercem niż Kartzejuszem. Być może brakowało typowego Francuza, bo Jean-Yves był trochę za spokojnego usposobienia, nie był aż tak reprezentatywny przez to, tak myślę. Natomiast Juan Carlos był typowym Hiszpanem. Ze świetnego kompana, ceniącego nieformalność, nagle potrafił się przeistoczyć w kogoś myślącego bardzo schematycznie i sztywno. Ponieważ znałem już Hiszpanów, więc specjalnie mnie to nie dziwiło i w takich chwilach starałem się go traktować z cierpliwością. Mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki kompleks niemiecki mają Hiszpanie i jak bardzo są do nich podobni. Mówił o tym kiedyś włoski trener Fabio Capello, który pracował w Realu Madryt. Juan Carlos był trochę z takiej starej paczki Jacquesa Mougenot. Był bardzo do niego przywiązany. Lubiłem Juana Carlosa za to, że mogę się z nim po hiszpańsku wykłócić, po bratersku oczywiście, w kuluarach naszych spotkań. Czasem miałem wrażenie pewnego paradoksu, że przy całym swoim niesamowitym wyczuciu ducha Skautów Europy, miał nieco korporacyjne podejście do rozwiązywania wielu spraw skautowych, co objawiało się w przecenianiu organizacji, symbolizowanej wspaniałymi schematami w power poincie. Pamiętam, że powiedziałem mu to kiedyś, chyba w czerwcu 2011 r., na spotkaniu szefów w Hiszpanii. Oni podsumowywali sytuację swojej organizacji i Juan Carlos zrobił taką korporacyjną strategię rozwoju. Pokazał mi to i ja zacząłem się śmiać i żartować. Z dystansem do samego siebie, przyznał z humorem, że taki jest po prostu, trochę „niemiecki”. Ja na to: zaraz zobaczysz, na czym polega słowiańska strategia rozwoju. Za chwilę miałem bowiem swój speech do zebranych. Mówiłem po hiszpańsku, z głowy, bez kartki, opowiadając historie, anegdoty z rozwoju w innych krajach, szczególnie w Polsce. Sala raz po raz wybuchała śmiechem. Potem komentowali, że nikt ich jeszcze tak skutecznie nie zachęcił. Pół roku potem widziałem jak się zmieniły prezentacje Juana Carlosa. Oprócz firmy zaangażował się bardzo na rzecz budowy sieci prywatnych szkół katolickich. Pokazywał mi plac budowy pierwszej szkoły, im. Jana Pawła II w Alcorcon. Nie miał tyle czasu na podróże, choć starałem się go wysłać na Ukrainę, w ramach promocji zagadnień wschodnich wewnątrz Biura federalnego. Juan Carlos miał za zadanie, razem z Martinem, organizować obóz 12 Gwiazd. Odbyły się za mojej kadencji dwie edycje, 2010 i 2012. Juan Carlos wywiązał się z tego zadania znakomicie. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Drugim zastępcą była Marie-Therese Joye, Francuzka. Miała za zadanie dbanie o sprawy związane z reprezentacją Federacji jako osoby prawnej, głównie w sprawach pracowniczych w stosunku do urzędów francuskich. Miała już swoje lata i nie była aż tak dyspozycyjna czasowo. Była wiecznie w doskonałym humorze, uśmiechnięta. Robiła zawsze dobrą atmosferę.

Duszpasterzem federalnym był ks. Bogusław Migut, mianowany jeszcze przez Jacquesa, profesor duchowości liturgii na KUL. Poznałem go w 1993 r. podczas obozów w Puszczy Barlineckiej k. Gorzowa. Prawdziwy duszpasterz, a nie suchy naukowiec, oddany, z sercem do młodych, zakochany w skautingu europejskim, trochę brat łata. Włosi go kochali za jego znajomość włoskiego, kultury i zwyczajów włoskich.

Jeanne

Jeanne Taillefer zasługuje za osobny rozdział w tej opowieści. Postać legenda. Bodaj od 1979 nieprzerwanie była zatrudnionym na etacie sekretarzem federalnym, władająca kilkoma językami, z tego co pamiętam, oprócz rodzimego francuskiego, angielskim, który studiowała, niemieckim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, a nawet polskim, trochę chyba litewskim. Od lat 80-tych zakochana w Polsce z powodu pielgrzymek na Jasną Górę, wzięła udział w kilkunastu. Nieodłączna współpracowniczka wszystkich komisarzy federalnych, począwszy od wielkiego Periga Geraod-Keraod, poprzez Maurice Olliera, Gildasa Dyevre, Francois de Portzamparc, Pierrette Givelet i Jacquesa Mougenot. Była ich tłumaczką. Żaden nie mówił w innym języku niż we francuskim. Tłumaczyła ustnie, pisemnie, redagowała minutes, sprawozdania, prowadziła całą korespondencję szczebla federalnego, znała wszystkich. Ma odejść na emeryturę pod koniec 2014 r. Osiągnie wówczas 35 lat pracy w Federacji i wiek 60 lat. FSE od samego początku kojarzył się nam z Jeanne Taillefer. Pomogła nam ogromnie jako Polsce. Jej praca, szczególnie podczas wszystkich wielkich wydarzeń, jak Eurojam, Euromoot, Światowe Dni Młodzieży, Rady Federalne, etc. była po prostu nieoceniona. Wierna, oddana, pilna, pracowita, dokładna, dyspozycyjna. Jeździła wszędzie z komisarzami federalnymi, którzy bez niej nie mogliby się porozumieć po prostu. Raz w Rosji, w drodze na jakieś spotkanie skautowe, uległa wypadkowi samochodowemu, miała operację. Była świadkiem wszystkich ważnych i mniej ważnych wydarzeń. Jak tylko zostałem komisarzem zacząłem ją namawiać do napisania wspomnień. Juan Carlos kontynuuje te wysiłki. Na razie bez rezultatu. Broniła się, że nie potrafi.
c.d.n.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz