27 listopada 2013

Skauting i indywidualność


Od czasu do czasu, a właściwie to regularnie, słyszymy o kolejnej inicjatywie edukacyjnej, która ma być „spersonalizowana”, czyli taka naprawdę dostosowana do talentów i potrzeb tej konkretnej osoby. Koniec z traktowaniem ludzi na zasadzie „kawa z mlekiem dla każdego”. Oto mamy coś specjalnego dla Ciebie, przez duże „C”. Oczywiście rodzice, szczególnie ci bardziej wyczuleni na punkcie zapewnienia dobrej edukacji dla swoich dzieci, biegną tam czym prędzej przekonać się, czy nawet od razu, w ciemno, zapisać dziecko. Zresztą taki przecież jest też dyskurs Kościoła – do każdej owieczki trzeba podchodzić indywidualnie. Dają tego przykład papieże, niektórzy mogliśmy na żywo obserwować to od Jana Pawła II przez Benedykta do Franciszka, którzy nawet w jakimś wielkim tłumie na Placu Św. Piotra, czy gorzej, bo w jeszcze większym na Copacabana, przystają chwilę, chwytają spojrzenie konkretnego człowieka i starają się chwilę zagadać.

I z założenia to jest bardzo dobra rzecz. Nie będziemy tu siać wątpliwości przecież. Nie może być po prostu inaczej. Słyszałem, że tak działa edukacja Montessori, że tam każde dziecko samo ustala swój program, niejako naturalnie, chwytając się tego, co mu się podoba, a tam już uważnie obserwujący pedagog, dawaj kuć żelazo póki gorące i na tym zafascynowaniu naturalnym budując indywidualną ścieżkę rozwoju. Pewnie tak jest w wielu innych miejscach, szkół publicznych nie wyłączając, co i rusz gdzieś pojawia się jakiś mądry gość, dyrektor i tak ustawia sprawy niejako pod talenty. Słyszałem, że tak było w szkole na Staffa w Warszawie. W końcu w moim Kochanowskim w Radomiu było tak samo. Jak byłeś olimpijczykiem, to byłeś kimś i w zasadzie nie męczono cię z powodu innych przedmiotów. Czyli było to takie indywidualne profilowanie ścieżki edukacji. Są też te różne studia międzywydziałowe indywidualne i to jest piękne. Każdy dobry pedagog wie, że orły nie wchodzą po schodach, a nawet w przypadku tych, co orłami zostać jakoś nie mogą i uporczywie odmawiają wyskoczenia przez okno, zwykle nie opłaca się po tych schodach wlec na siłę, tylko trzeba jakimś sposobem. Może być i winda, pod warunkiem, ze sami wychowankowie ją skonstruują. To jest mniej więcej to, co miał na myśli Baden-Powell mówiąc, że w każdym tkwi 5 procent dobra, trzeba to zidentyfikować i z tego uczynić dźwignię do rozwoju.

Jak tylko dobrze zdamy sobie sprawę z tego, co powyżej zostało napisane, może nam się włos na głowie zjeżyć, bo to, że tak powiem, jest niezła robota dla wszystkich pedagogów, nauczycieli, wychowawców, szefów i liderów, te talenty indywidualne rozpoznawać, indywidualne ścieżki rozwoju rozpisywać, a co dopiero mówić o tym, żeby to wszystko razem do kupy jakoś skoordynować. Czyli, jako to się popularnie mówi, sprawić, żeby to było „systemowe”. Przecież dla każdego indywidualnie nie zrobimy osobistej szkoły. Owszem są te coachingi teraz modne, no, ale to już tylko raczej dla prezesów i polityków, bo to kosztuje, gdzie do tego nam, zwykłym śmiertelnikom. „Systemowe” w tym przypadku oznacza takie, które łączy jedno z drugim, czyli w jakichś ramach daje pole do indywidualnego popisu. Zwykle o te ramy się kłócimy, czy za wąskie, czy za szerokie, czy za sztywne, czy za wiotkie.

W każdym razie takie jest założenie, zdrowe i słuszne. „Ramy” nie są po to, by tłamsić, ale po to, by pomóc w rozwoju. W skautingu my też takie mamy, wbrew różnym zarzutom w latach 20-tych, że to jakaś uniformizacja ten skauting i wtłaczanie indywidualności w jakieś sztywne ramy. Że tak nie jest, to już dawno napisał Henri Bouchet w książce Skauting i indywidualność, do której zresztą w tytule tego artykułu nawiązujemy. Każdy ma swoje miejsce w zastępie, swoją funkcję, ten zastęp jest mały, więc nikt w tłumie nie zginie, ma swoje indywidualne przyrzeczenie, program prób na stopnie i sprawności jakoś indywidualnie dostosowany, bez wymogu zaliczania wszystkiego na 100%, tylko z nastawieniem na realną zmianę, etc. To wydaje mi się, że trzeba na każdym poziomie przypominać, że u nas, nawet jak są jakieś wymagania, to jednak nigdy nie chodzi o robienie tabelki z wymaganiami i zakreślanie zaliczeń, tylko REALNY, powtarzam, REALNY, w przeciwieństwie właśnie do FORMALNEGO, efekt wychowawczy. Do tego jeszcze trzeba będzie wrócić w dalszej części. Więc jest ten program indywidualny, ale w jakiejś wspólnocie, grupie, zespole, bo taki to już paradoks, że z jednej z strony wychowanie indywidualne, ale z drugiej, jak nie ma bandy to nie ma radochy. Najlepiej wiedzą o tym nastolatki.

W tej indywidualności nie chodzi zatem o to, by każdego traktować jak „odludną wyspę”, bo z tego nic dobrego nie wyjdzie. Każdy potrzebuje fajnej grupy. Zdają sobie sprawę z tego mądrzy rodzice, którzy najpierw myślą, że sami wystarczą, że mogą tak pod kloszem to swoje jedyne, ukochane, a potem się okazuje, że to tak nie da rady, że trzeba na jakąś wodę, płytszą lub głębszą wypuścić, bo inaczej to będzie uwiąd i tzw. klops. Talenty ujawniają się w jakiejś relacji z innymi.

Więc my tu sobie w skautingu tworzymy takie ramy, które sprzyjałyby rozwojowi indywidualnemu. I to się sprawdza bardzo dobrze. Czasem lepiej, czasem gorzej, bo wiadomo tu ktoś potrafi bardziej, a tam mniej. No, ale zmierzajmy do sedna. Po co ten temat poruszamy. Otóż po to, że bardzo często jest tak, że takie są założenia, a potem się okazuje, że nici z tego wychowania indywidualnego. Czyli występuje jakaś przepaść między teorią a praktyką. Że miejsce, które miało być polem do indywidualnego popisu okazuje się miejscem do tłamszenia i gaszenia. Że tam, gdzie miały wypływać talenty, ostają się tylko mierni, bierni, ale wierni. Że zamiast oceny realnej, czyli osobistej właśnie, spersonalizowanej, mamy ocenę formalną według sztywnych, słusznych może, ale źle rozumianych kryteriów, czyli tzw. „wymogów formalnych”. Jednym słowem z całej zabawy nici. Dlaczego tak się dzieje?

Od razu muszę się zastrzec, że to wszystko nie jest takie proste, nie jest „zero-jedynkowe”, jak to lubią mawiać matematycy i że w dużej mierze zależy od mądrości, zdolności rozeznania, odporności psychicznej i skłonności do ryzyka tych, którzy kształtują te ramy i kryteria oraz zajmują się prowadzeniem indywidualnym osób w tych ramach uczestniczących. Czyli od tego, czym się charakteryzują dobrzy wychowawcy po prostu. Nie chcę tu wyrażać prawdy objawionej, a jedynie kilka intuicji z doświadczenia zrodzonych. Jestem pedagogiem amatorem, nie zawodowcem, zajmuję się pedagogiką na własny użytek, głównie wtedy, gdy okoliczności stawiają mnie na czele jakiejś grupy. Zawdzięczam bardzo dużo innym, o wiele zdolniejszym ode mnie w tych kwestiach.

Nasze ogólne podejście w skautingu już starałem się scharakteryzować dość wyczerpująco w tekście „Obdarzanie zaufaniem i zainteresowaniem” oraz „Pedagogika narad”. Bazując na tym, co tam napisałem, chciałbym pójść trochę dalej.

Pedagogika skautowa pomaga wychować ludzi do samodzielności i niezależności. Cieszymy się, że już nie jesteśmy potrzebni, że ta zastępowa, ta harcerka albo ten drużynowy, czy hufcowy, czy namiestnik wie, co robić. Że jak on zostanie sam na sam, oko w oko, drzwi w drzwi z kimś lub z sytuacją, w której będzie wystawiona na próbę jego zdolność oceny i reakcji, bez możliwości poradzenia się kogokolwiek, podejmie dobrą decyzję. Mówimy tu o takim efekcie wychowawczym, który wyraził się w sposób wybitny w ludziach jak Raginis, Pilecki, Maksymilian Kolbe, etc. Wiedzieli jak się zachować. Czy to w sytuacji wielkiej, czy małej. Do tego wychowujemy ludzi, przede wszystkim nasze szefowe i szefów. Do samodzielnego działania i podejmowania decyzji „ad mentem”, czyli do działania w duchu tego, co myśli Kościół, czy w duchu naszej pedagogiki. To jest głębokie znaczenie owego „sentire cum Ecclesia”, o którym mówił ostatnio Ojciec Święty Franciszek w wywiadzie dla „Civilta Cattolica”.

Żeby do tego doszło trzeba postawić ludzi w sytuacji, w której mogą się ćwiczyć w samodzielnym podejmowaniu decyzji. Taki jest sens tej 100% odpowiedzialności, o której mówi Baden-Powell. Co oczywiście zakłada, że jakiś bagaż wiedzy trzeba wcześniej otrzymać np. być na obozie szkoleniowym i ogólnie mieć w głowie co mówi Katechizm i w sercu miłość do Jezusa. Co nie uchybia też temu, że zastępowy słucha rady zastępu, drużynowy słucha zastępowych, hufcowa słucha drużynowych, naczelniczka i naczelnik słuchają hufcowych, namiestników, etc. Ale zawsze potem jest tak, że ktoś musi podjąć decyzję. Co więcej, taka jest przecież rola przywódcy. W końcu po to go wybraliśmy. Za to mu „płacimy”. Nasz system jest taki bardziej „przywódczy” niż „kompromisowy”. Ten pierwszy możemy nazwać tak roboczo „francuskim”, ten drugi „włoskim”. Kryterium, jak doskonale, pamiętamy jest prawo harcerskie i ogólnie „charyzmat założycielski”, czyli wyczucie, co jest zgodne z duchem i misją ruchu, a co nie. Nie wspominam o 10 przykazaniach i nauce Kościoła, bo to oczywiste. We Włoszech kolegialność polega na tym, że otoczenie szefa musi być jednomyślne. Jak nie ma jednomyślności, to szef szuka kompromisu, czasem zgniłego niestety. Jest to wspaniałe oczywiście, ale czasem oznacza równanie w dół, do zdania mniejszościowego, często topornego. We Francji otoczenie szefa wyraża swoją opinię, po czym szef wysłuchawszy podejmuje decyzję. Im mądrzej, łagodniej i roztropniej tym lepiej, rzecz jasna, ale wszyscy oczekują podjęcia decyzji przez niego, a nie nagięcia się do swojej. Ten system sprzyja „obcięciu” zdania topornego, na rozważanie którego szkoda po prostu czasu. Najwyżej w proteście odchodzi się. Więc szef musi uważać, by czasem mu wszyscy nie odeszli ze względu na jego arbitralność. Tak naprawdę trzeba kombinować między oboma systemami. Niebezpieczeństwo systemu „kompromisowego” polega na osłabieniu dynamiki, rozwodnieniu, „zagadaniu na śmierć”. Niebezpieczeństwo systemu „przywódczego” polega na możliwości arbitralności, niedoceniania zdania innych. Niemniej jednak, skautingowi jako takiemu bliższy jest ten system „przywódczy”, ale w którym się kształtuje łagodne przywództwo połączone z systemem rad i na bazie przyjaźni i dobrowolności. Powtórzmy, przywódca arbitralny zostanie sam, nic nie zbuduje, wszyscy odejdą. I na nic się zda obciążanie winą tych, którzy odeszli. Nie , nie, mój drogi, to ty jesteś klopsem. Twoje przywództwo jest do niczego. Z kolei przywódca przesadnie „kompromisowy” da sobie wejść na głowę, w efekcie czego jego grupa też się rozpadnie. Nie można chcieć się wszystkim podobać ani też nie można się na wszystkich obrażać.

Suaviter et fortiter”, tak Bóg rządzi wszechświatem. Taki też jest ideał szefowej i szefa: potrafi prowadzić sprawy z „łagodną stanowczością” lub ze „stanowczą łagodnością” w zależności od sytuacji. Zawsze ma łagodne i mądre uzasadnienie stanowczych decyzji. Z kolei nie daje się ponieść nerwom, przedkłada refleksyjność nad interwencyjność w upominaniu i przywracaniu ładu. Choć potrafi zainterweniować, ma się rozumieć.

Mówimy więc o tej niezależności i samodzielności, bo odpowiedzialność jest główną dźwignią wychowawczą w skautingu. Było już o tym w poprzednich tekstach. Zastępowy musi czuć jakąś autonomię, podobnie drużynowy, czy hufcowy, czy namiestnik. Nie może z każdą kwestią biec do przełożonego wyższego szczebla: a czy ja mogę tak zrobić? Pod warunkiem, że nie jest to narażenie życia lub zdrowia i nie jest grzechem to możesz zrobić wszystko. Taki jest sens słów „Kochaj i czyń co chcesz”. A jak popełni błąd to się potem ten błąd wychowawczo wykorzysta. Lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie. Inaczej nic nikomu nie będzie się chciało robić, nie będzie inicjatywy, radości tworzenia, poczucia własności projektu. Nie wolno ludzi ubezwłasnowolnić. Mimo, że to naczelniczka mianowała hufcową, to nie naczelniczka jest „właścicielem” tego hufca. Mimo, że to hufcowa jest hufcową, to nie ona jest „właścicielką” tego hufca, ale drużynowe, mimo, że to drużynowe stworzyły tę drużynę, to uwaga! są jeszcze zastępowe, wszystkie harcerki i ich rodzice, etc. Trzeba to wszystko czuć.

Przełożeni nie działają wobec podwładnych na zasadzie podważania ich odpowiedzialności, nie „interweniują bezpośrednio” z pominięciem podwładnych, których postawili na czele szczebli niższych. Dają im wolność swobodnego kształtowania rzeczywistości. Przyglądają się jak rodzice dzieciom, które po raz pierwszy posprzątały z własnej inicjatywy w ramach zabawy, bez żadnego ze strony rodziców słowa. Z drugiej strony oczywiście nie przyglądają się biernie, jak ktoś „kładzie” podległą strukturę. Oddziałują też „pośrednio” np. poprzez „Przestrzeń”, etc.

Czasem ulegamy pokusie powoływania na funkcje kierownicze ludzi „posłusznych”, ale bez inicjatywy, bez samodzielności, bez niezależności. Dzieje się tak, bo często mamy krótką ławkę, wówczas, wiadomo, nie ma wyboru. Ale czasem uwaga! „systemowo” boimy się ludzi samodzielnych i niezależnych. Z różnych powodów. Czasem lubimy ręcznie sterować, więc tacy ludzie dają nam tę możliwość. Czasem wydaje się nam, że tak jest bezpieczniej dla całości organizacji. Czasem z lenistwa, bo boimy się, że ten samodzielny i niezależny swoją aktywnością zburzy delikatną równowagę między leniwymi, ale pretendującymi równymi jemu. Dla spokoju obcinamy głowy, żeby nie wyrastały zbyt wysoko ponad ogół. Jeśli tak miałoby być w naszym skautingu, to wszyscy doskonale rozumiemy, że to byłby zwyczajnie koniec.

Czasem też popełniamy błąd, nazwijmy go błędem „sztywniaka-luzaka”. Otóż luzak to wiadomo taki szef z lekkim charyzmatem, sprawiający wrażenie, że jest ciut niepoważny. Ale ostatecznie to super gość, pociąga innych, bo imponuje fantazją i spontanicznością. Sztywniak zaś to taki szef, co się usztywnia w sprawach drugorzędnych, czy trzeciorzędnych, co powoduje frustrację podwładnych, ale za to jest bardzo wiarygodny w sprawach zasadniczych właśnie. Czasem to ma taką postać przeciwstawienia „charyzmat pedagogiczny” kontra „poważna formacja”. Czasem, nie zawsze. Błąd, tak myślę, że to błąd, ale mogę się mylić, sami oceńcie, jest taki, że my do młodych przewodniczek i młodych wędrowników dajemy na szefów „sztywniaków”, no, bo tam ma być „poważnie”. Natomiast do wilczków dajemy „luzaków”, bo tam ma być zabawa. Do zielonej gałęzi to nie ma aż takiego problemu, bo tam zwykle wiadomo, kto ma iść. Dlaczego to jest błąd? Bo u młodych wędrowników to już naturalnie jest „poważnie”, ba! jest niebezpieczeństwo, że może być „drętwo”, więc lepszy jest luzak, bo tam trzeba trochę fantazji, trzeba tych 17-latków pociągnąć po prostu. A tych poważnych rzeczy, to oni już naturalnie chcą. Natomiast u wilczków, to „sztywniacy” są lepsi, bo tam dzieci już na nim wymuszą „luz”, a jego zasady się tam przydadzą bardziej.

Sprawa kreowania przywódców, wybierania zastępowego, drużynowego, namiestnika, naczelnika, komisarza jest jednym z najbardziej fascynujących zadań, którego większość z nas doświadczyła. Nie tylko szefowe i szefowie, dla których od dobrego wyboru zastępowych zależy powodzenie całego przedsięwzięcia wychowawczego o nazwie drużyna, czy w przypadku hufcowych i wyboru przez nich szefów jednostek wszystkich trzech gałęzi. Też wszyscy przyboczni, a także wszyscy uczestniczący w ruchu skautowym. Każdy średnio rozgarnięty ma swoją własną listę kandydatów na różne funkcje. Jak naczelnik lub naczelniczka nie wie kogo powołać na hufcowego/hufcową to wystarczy, że posłucha szefowych i szefów z tego hufca. Zwykle wskażą bezbłędnie najlepszego. To samo w przypadku innych funkcji, także funkcji namiestników i naczelników. Osobista dygresja: nie wiem jak to jest u dziewczyn, ale u chłopaków, jak naczelnik ogłasza, że odchodzi, to wówczas tak między przyjaciółmi wymieniamy listę kandydatów, zawsze jest tak, że jest na niej 6-9 nazwisk i w 99% się pokrywają. Istnieje po prostu takie ogólne przeświadczenie, na podstawie tego, co ktoś zrobił lub robi, że ten gość nadaje się. A np. ktoś inny nie.

Mamy mnóstwo doświadczeń, ale mimo to, zawsze jest to jakieś ryzyko, bo, no właśnie, mamy przed sobą nową osobę, przy wszystkich porównaniach, cechach wspólnych, która ta osoba może mieć z osobami, które znaliśmy i którym kiedyś zaufaliśmy, to jest sytuacja nowa. Tu sprawdza się wartość naszego doświadczenia i naszego rozeznania, ale też naszej odwagi.  Bo przecież my nie pretendujemy do jakiegoś skomplikowanego procesu selekcyjnego, do jakiegoś „wywiadu” i długoletniego sprawdzania. Więc ryzyko jest, ale bez ryzyka nic się nie zrobi. Podejmuje się je w sposób racjonalny, ale zawsze pamiętamy, to jest skauting, gdzie jak ktoś ma dobre chęci, to dostaje szansę, a nie Seal, czy Marines, czy jak tam się nazywają te różne jednostki specjalne, gdzie ludzi się próbuje i ćwiczy latami, zanim im się cokolwiek powierzy. Czy jakiś zakon albo instytucja kościelna, gdzie trzeba przejść ileś lat przygotowania i słusznie zresztą.

Kiedyś kolega Marcin Ludwicki, z którym miałem przyjemność prowadzić przez kilka lat klub dla chłopaków, powiedział, ze ludzie dzielą się na „psy” i „koty”. Myślę, że porównanie jest tak obrazowe i przemawiające do wyobraźni, że zanim ja nieudolnie zdążę objaśnić (albo zaciemnić…) o co chodzi, to już wszyscy czytający się zorientują. „Pies” to taki gość bezpośredni, z sercem na dłoni, chętny do akcji, oczy mu się świecą, niczego nie ukrywa. „Kot” z kolei jest tajemniczy, nie wiadomo, o co mu chodzi, sprawia wrażenie, jakby się ukrywał, wyczekujący. Ponieważ u chłopaków przeważają „psy” to w nurcie męskim od razu taki ktoś zwraca uwagę i dostaje szansę. Pamiętam, że ze Zbychem Korbą mieliśmy taką własną metodę oceny, czy ktoś się nadaje do czegoś, czy nie, oprócz oczywiście jakieś oceny czynników tzw. obiektywnych. Polegała ona w skrócie na tym, żeby stwierdzić, czy komuś „świeciły się oczy” na myśl, że on mógłby się czymś zająć, zostać szefem, etc. Zwykle potem, po tym „zaświeceniu oczu” ten ktoś zupełnie naturalnie roztaczał swoją wizję, jak on by to zrobił. Czyli on już miał to w głowie. Bomba! Trafiliśmy w dziesiątkę! Zwykle, bo człowiek jest człowiekiem, a nie maszyną i ma prawo do przepastnych tajemnic swojej duszy. Więc z „psami” jest wdzięcznie i łatwo, choć bywają niegrzeczne i niezdyscyplinowane. Wiadomo, muszą trochę poszczekać i wybiegać się. Gorzej z „kotami” wśród chłopaków, bo zwykle szefostwo jest do nich mniej przyzwyczajone, ale fakt, że ktoś jest „kotem” wcale nie oznacza, że nie może być dobrym szefem. Wręcz przeciwnie. „Psy” bywają chętne do akcji, ale słabe w myśleniu i mało wrażliwe na innych. Z kolei „koty” potrafią być dobrymi przywódcami, posługując się bardziej głową niż mięśniami i wytwarzając niesamowitą atmosferę tajemniczej przygody. Zwykle mają też bardziej subtelną wyobraźnię. Czasem może się oczywiście zdarzyć, ze są leniwe i wolą zostać w domu. Jak to koty. I jedni i drudzy mogą być jednak świetnymi szefami i naszym obowiązkiem jest dobrze rozeznać i nie kierować się schematami na zasadzie: ten jest grzeczny, zdyscyplinowany i dobrze się uczy to niech będzie zastępowym lub szefem, ten nie, to nie. Albo na odwrót. Chodzi o to, by dominująca u chłopaków atmosfera „psów” (otwarcie powiedzą, co myślą, dadzą sobie po razie, etc.) nie wycinała „kotów”. Nie mogę tu niestety sypać przykładami, bo pół świata się na mnie obrazi, ale miałem zawsze i jednych i drugich jako szefów i to jest rzecz niesamowita, bo jedni zwykle kreują dynamikę, odwagę, drudzy zaś wnoszą wyobraźnię, pomyślunek i taki rodzaj ironii i humoru, który jest zawsze zbawienny dla przebijania balonu. I to nie jest sprawa, że coś jest bardziej męskie lub zniewieściałe, bo jeśli ktoś to chce do tego sprowadzić, to znaczy, że musi przestać czytać ten tekst, bo nic nie rozumie po prostu i będę mu musiał dać między oczy.

Natomiast, u dziewczyn, mam wrażenie, jest odwrotnie. Pisząc o dziewczynach zastrzegam się podwójnie, że nie do końca wiem, rozumiem, etc., ale co tam, co do chłopaków się też zastrzegam i piszę, że to jedynie moje wrażenia, opinie i intuicje, więc o dziewczynach też mogę na tej zasadzie. Mam zatem wrażenie, że jest odwrotnie. Ponieważ u dziewczyn przeważają „koty”, przeważa atmosfera „kotów”, czasem nieprzychylna dla „psów”. Nie wolno powiedzieć, że się chce, lepiej milczeć i ukryć swoje zdanie, nie wolno się wychylić z krytyką, bo się ktoś obrazi, nie wolno zbyt bezpośrednio, raczej preferowane są dziewczyny grzeczne i posłuszne, nie mogą się zaświecić oczy, bo to zostanie odebrane jako przejaw braku tej „kociej” etykiety, nakazującej okazywanie obojętności i dystansu, czasem określany mylnie brakiem pokory. Tymczasem są dziewczyny, które są „psami” po prostu i wprowadzają dziewczęcy rozmach, radość, entuzjazm, o jakim się „kotom” nawet śnić nie może. Jak wyżej te sprawy nie mają nic wspólnego z kobiecością lub jej brakiem, to nie na tym poziomie tu jest rozmowa, ostrzegam. Zupełnie niepotrzebnie czasem dziewczyny utożsamiają „kobiecość” z jakimś jednym, konkretnym, trochę karykaturalnym sposobem zachowania. Podobnie jak chłopaki :męskość”. Więc tak jak chłopaki nie mogą uprawiać „maczyzmu”, tak też dziewczyny nie mogą być „paniusiami”. Co w ogóle nie oznacza, że mężczyźni mają być bardziej kobiecy, a kobiety męskie, bo jak ktoś tak zinterpretuje to, co tu piszę, to się przestanę do niego odzywać.

Prowadząc te rozważania o tym dawaniu pola do popisu indywidualnym talentom, a traktujemy to w skautingu naprawdę poważnie, musimy wrócić do sygnalizowanego wcześniej zagadnienia ocena realna vs. ocena formalna, jeśli chodzi o spełnianie tzw. „wymagań” na różne stopnie, sprawności, wymarsze, FIAT, etc. Otóż mamy oczywiście napisane różne wymagania, na obietnicę wilczka, przyrzecznie harcerskie, HO, HR, etc. Często też, dla ułatwienia, robimy sobie taką tabelkę i zaliczamy stawiając krzyżyk. Zwykle jednak to szef sobie to robi w tajemnicy przed harcerzem, czy wilczkiem, bo przecież chcemy uniknąć szkoły i przywoływania na egzamin: pokaż tabelkę, czego ci brakuje, to możesz teraz u mnie zdać. Te wymagania mają być zaliczone w życiu, podczas gier i zabaw, w sposób niejako niezauważony. Ja rozumiem, że to różnie funkcjonuje, bo przecież to się jakoś dostosowuje, każdy orze jak może. Wiem, bo byłem przez chwilę Akelą i różnie z Bagherą sobie z tym radziliśmy. Często chłopcy i dziewczęta sami sobie robią te tabelki i chcą zaliczać. W tej sprawie wszystko ewoluuje z wiekiem, od żółtej gałęzi, gdzie to może mieć jakieś zastosowanie, do czerwonej, gdzie już nie wypada po prostu, chyba, że komuś to indywidualnie pomaga, bo taki jest. A już zupełnie nie wypada kazać przychodzić z wypełnioną tabelką osobie przygotowującej się do Wymarszu lub do FIAT. Dlaczego nie wypada? Bo stwarza to pokusę przedkładania oceny formalnej nad ocenę realną. Ja rozumiem, że opiekun, czy matka drogi ma jakiś program, podręcznik, czy, no niech tam, jakąś tabelkę, żeby wiedzieć, o czym rozmawiać. Podobnie zastępowy rozpisuje wymagania na stopień chłopakom, czy szef kręgu tworzy jakiś indywidualny plan zadań młodemu wędrownikowi.

W zasadzie nie chodzi o to, jak to technicznie się odbywa, tylko o to, na jakiej podstawie my dokonujemy oceny przygotowania kogoś do kolejnego etapu, jego bycia lub nie „dojrzałym” do złożenia przyrzeczenia, podjęcia Wymarszu czy FIAT. Od tego, czy ktoś ma wszystkie tabelki zakreślone z boku krzyżykiem na znak, że „zaliczone”? No nie no…. Zaraz, zaraz, czy my dokonujemy oceny REALNEJ, czy FORMALNEJ? Jak słyszę o „wymogach formalnych”, o skoncentrowaniu na „procedurze” uzyskiwania czegoś tam, to mnie ciarki po plecach przechodzą. Nie patrzmy, czy ktoś zaliczył, tylko czy wypełnienie tego wymagania wywołało efekt wychowawczy, czy formacyjny w duszy, jaki miało wywołać. Otóż my tylko i wyłącznie, zawsze, dokonujemy oceny REALNEJ. I jak widzimy, że efekt aż nadto został już wywołany, że wszystko się buzuje to już darujemy sobie resztę „wymagań”. Taka zawsze była i taka jest doktryna, jeśli chodzi np. o przyrzecznie harcerskie. Nie chodzi o to, by dziewczyna i chłopak zaliczyli wszystkie wymagania, choć te wymagania OCZYWIŚCIE, że są słuszne, dobre, pomocne, ważne, święte dla rozwoju osobistego. Chodzi o to, by ten chłopak i dziewczyna zaczął się REALNIE zmieniać, wszedł w pewną dynamikę i to przyrzecznie ma nastąpić w chwili tego wznoszenia, a nie po opadnięciu ze zmęczenia, bo muszę zaliczyć jeszcze dwadzieścia rzeczy ważnych, ale drugorzędnych, „formalnych”, ale nie „realnych”. Głównym zadaniem szefa jest zdać sobie sprawę, że to właśnie teraz już się w tej młodej duszy dokonało to, co się miało dokonać w związku z przyrzeczeniem. Ta przemiana, ten wewnętrzny ogień już zapłonął, uruchomił się silnik, ten obrzęd to umocni i da motywację do zaliczenia już nie 20 technicznych rzeczy, które jeszcze pozostały, ale 200-300 innych, o wiele ważniejszych, decydujących w stopniu nieporównanie większym o tym, kim ten młody chłopak, czy dziewczyna będzie w życiu, rzeczy „REALNYCH”, związanych z wewnętrznym dorastaniem, decyzji podejmowanych w życiu codziennym.

A zatem te wymagania na papierze, „formalne”, są tylko wskazówką, materiałem, ważnym, świętym i pomocnym, którym mądry szef posługuje się w wolności dostosowując do konkretnej osoby celem osiągnięcia tego REALNEGO rozwoju. Nie są do zaliczania w 100%. Tak jest w szkole strażackiej albo na medycynie, ale nie w skautingu. Nie są do „hamowania”, „opóźniania”. Opieranie się wyłączne i uparte na zaliczeniu wszystkiego w 100% niestety jest częstą oznaką niezdolności rozeznania, że to co się miało dokonać właśnie się dokonało, nieumiejętności poznania osoby, lęku przed podjęciem decyzji, że to jest właśnie teraz ten moment, a nie jeszcze rok „kiblowania” w tej samej klasie, bo się entuzjazm rozejdzie. I to właśnie na tej zasadzie piękna teoria o wychowaniu spersonalizowanym rozbija się o nieumiejętność zastosowania w praktyce. Powtarzam, te wymagania po coś są, ale nie na tej samej zasadzie jak na aplikacji notarialnej. Nie są do „zamęczenia” ludzi.

Temu rozumowaniu można postawić oczywiście wiele zarzutów. Głównym zarzutem będzie ten, że przecież złoto próbuje się w tyglu, że trzeba sprawdzić wytrwałość i cierpliwość, że trzeba właśnie trochę „zmęczyć” kandydata. Ja z tym zarzutem nawet nie zamierzam polemizować, bo on jest z innej rzeczywistości po prostu. On jest z zakonów, czy generalnie z tych wszystkich dorosłych rzeczywistości. Ale nie dla skautingu, gdzie każdy etap ma swój czas i swoją próbę, owszem, ale nie za długą, że jak nie teraz, to już minie ta okazja, że to coś powinno się odbyć wtedy, a nie teraz. Bo taka jest dynamika tego młodego życia, tak między 8 a 18, jak też między 18 a 26 rokiem życia, ten 26 tak umownie oczywiście, w zaokrągleniu. Najlepszym przykładem jest zmiana naszego podejścia do przyrzeczenia, które kiedyś zamiast w wieku 12 lat odbywało się wieku 17-18 lat. To nie są śluby wieczyste. Podobnie musimy uważać na Wymarsz i FIAT. To nie są śluby wieczyste. To jest poważne, owszem. Ale to jest w ramach ruchu skautowego, to się dzieje w tej dynamice radosnej gry i przygody, to jest też jakiś rodzaj gry, to nie wychodzi z logiki ruchu skautingu katolickiego i nie zaczepia o logikę sakramentu, święceń, czy ślubów. To jest przyrzecznie na progu dorosłego życia. Na progu, a nie za progiem ani nie przed progiem. To jest we właściwym momencie. Rzeczy nie mogą się dziać za szybko i bez przygotowania, ale nie mogą też wlec się w nieskończoność. U Włochów na przykład po wyjściu z kręgu wędrowników w wieku 21 lat od razu jest Wymarsz lub ma się najwyżej rok na ostateczną decyzję, jak nie to nie. Myśmy to skonfigurowali inaczej, podobnie jak Francuzi, bo szukamy tego rzeczywistego momentu tej nagle wybuchającej dojrzałości chrześcijańskiej, która wiemy, że statystycznie, przepraszam za to mało „personalne” sformułowanie, następuje gdzieś w wieku 21-24 lat. Czasem wcześniej i warto, byśmy mieli oczy otwarte na takie sytuacje, a czasem później. Ale jeśli jest to systematycznie później, to może oznaczać i jestem przekonany, że tak właśnie jest, niewłaściwe skonfigurowanie „wymagań”, niezdolność spojrzenia „realnego”, a okopywanie się w „wymogach formalnych”, nie do końca dobrą całościową koncepcję, czy niedomagającą praktykę, nie umiejącą rozpoznać właściwego momentu i dla „bezpieczeństwa” przesuwającą go na okres, w którym cała sprawa dawno stała się nieaktualna, w którym jest już tylko takim potwierdzeniem tego, co się dokonało, a nie tą trzecią prędkością kosmiczną, wspomagającą rodzący się lot we wszechświat dorosłości. No chyba, że kandydat, czy kandydatka nie była zainteresowana wtedy, gdy to był ten moment. Trudno, przecież to jej lub jego decyzja.

U chłopaków mam wrażenie, że trzeba rozsądnie hamować i z wyczuciem oczywiście, ale dołożyć więcej, wiadomo, u chłopaków działa ambicja, u dziewczyn odwrotnie, raczej należałoby przyspieszyć i nie brać za dobrą monetę tego perfekcjonizmu, wyrażającego się właśnie w tej chęci „zaliczenia” wszystkiego, czasem mającego związek ze słabą samooceną. Nie może być tak, że statystycznie duża liczba Fiatów ma miejsce po ślubie i urodzeniu dziecka, bo dopiero wtedy podwyższa się samoocena. Młodsze dziewczyny, jak najbardziej gotowe do FIAT, myślą, że to tak poważne, że dopiero jak będzie co najmniej data ślubu. To oznaka, że system działa kulawo. Patrzy na ramy, a nie na indywidualność.

Najważniejszą z rzeczy, która powinna nam wszystkim, odpowiedzialnym za ruch skautowy na różnych szczeblach i w różnych rolach, spędzać sen z powiek, powinna być właśnie ta: czy nie zmarnowałem kogoś, czy nie przegapiłem tego REALNEGO momentu, czy środki wychowawcze, propozycje nie idą nie teraz, za późno lub wręcz przeciwnie za wcześnie, czy słuchałem, czy rozeznałem, czy nie ograniczyłem pola do popisu dla indywidualnych talentów. Czy ten skauting to jest miejsce, gdzie młodzi mogą się z całą swoją młodzieńczą energią realizować talenty w służbie młodszym, Kościołowi i Ojczyźnie. W 99% mówimy z góry tak na propozycje i inicjatywy wychodzące od młodych. Dobrze, żeby oni to czuli, bo to będzie ich zachęcać. Najgorzej, jak jest atmosfera onieśmielenia.

Często tak się może stać przez ten brak wyczucia i zrozumienia naszej misji. Możemy się dać ponieść innej logice. Np. logice wizerunkowej. Może ona mieć wiele postaci. Generalnie czasem onieśmiela nas w powierzeniu komuś jakiegoś zadania, bo boimy się, że ten ktoś może nie potrafi i „spali” nasz ruch w tym czy innym miejscu. Owszem, to poważna sprawa. No, ale mój drogi szefie musisz trochę popracować, pojechać, poznać tych ludzi, starać się szybko przekonać, czy im zaufać i powierzyć budowanie nowego środowiska. Nie chowaj głowy w piasek. Trzeba zaryzykować. Inaczej, jak będziesz zwlekał, nie umiał podjąć decyzji ani w te ani we te, to się ludzie zniechęcą. A nawet jak dzielnie, po rozeznaniu, racjonalnie podejmiesz szybko decyzję, to też może popełnisz błąd. Spoko, stary, nie wolno się bać błędów, czyli decyzji po prostu, inaczej nigdzie nie zajedziesz.

To jest sztuka. Pewnie. Życie jest sztuką. Inna możliwa logika to logika „poważnej formacji”. Ja tak to nazywam nie złośliwie, tylko dlatego, że chcę po prostu złapać byka za rogi. Otóż wielu ludzi myśli, że jak przeczyta całego Tomasza z Akwinu (warto czytać, sam dużo czytałem) albo weźmy tak dla równowagi, żeby odmierzyć po równo, Ursa von Balthasara (nie czytałem), jak pojedzie na wszystkie możliwe rekolekcje otwarte i zamknięte (warto jechać, byłem nieraz), przeczyta wszystkie artykuły na portalach katolickich różnej maści (czytuję) lub tych niekatolickich, ale piszących ze swojej perspektywy o sprawach, które nas tu interesują (nie czytam) i zrobi jeszcze kilka rzeczy tego typu, czy w tym kierunku, to uzyska jakiś rodzaj „certyfikatu formacyjnego”, dzięki któremu nabędzie nieomylności w kwestiach formacji indywidualnej, wolności od popełniania błędów pedagogicznych, no i ogólnie jakiego takiego oceniania wszystkiego i wszystkich. Może też pretendować taki ktoś, ciągle żeby równo odmierzyć, do uzyskania takiego „certyfikatu sceptycznego”, czyli w skrócie, że wszystko rozbierze na czynniki pierwsze, ale nic nie złoży z powrotem.

Czasem ma to objawy bycia „bardziej papieskim niż papież” lub „dekonstruktorem”. Otóż w pracy z ludźmi, owszem, trzeba mieć formację doktrynalną, solidną. Ale trzeba mieć też pedagogikę. Czyli wyczucie ludzi, talent pedagogiczny po prostu. Lubię używać określenia ks. Marka Adamczyka: trzeba mieć właściwą antropologię. Nie wystarczy studiować historię sztuki, żeby malować piękne obrazy.

Często jest tak, że w tzw. „silnych tożsamościach”, czyli ruchach, instytucjach mających bardzo drobiazgowo rozpisany „format” idzie się niejako na skróty, bo tak wiele rzeczy już zostało zdefiniowanych przez założyciela, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać. I to jest ok. Ale jak ktoś chce to przenieść mechanicznie na skauting, na tą radosną grę, to niestety robi się z tego coś innego. Zwykle niszczy się wewnętrzną dynamikę metody skautowej. „Format” skautingu jest CELOWO tylko tak delikatnie zarysowany, naszkicowany, by zostawić właśnie samym chłopcom i dziewczętom PRZESTRZEŃ WOLNOŚCI, czyli możliwość SAMODZIELNEGO DECYDOWANIA, w pewnych ramach, szerokich, ale przecież dość jasnych, bo to jest nasze główne, jeśli nie jedyne po prostu narzędzie wychowawcze. Efekt formacyjny osiągamy pośrednio, nie przez gadanie i siedzenie na miękkiej sofie, ale przez działanie, chociaż tego gadania też nie brakuje. Skauting ma pięć celów, a sprawy wiary, modlitwy, katechizmu i uczestniczenia w sakramentach wrzucamy po prostu na pełnoprawnych zasadach, podobnie jak grę, obozowanie, słowem przygodę harcerską w tę dynamikę bandy podwórkowej. Wszystko staje im się wtedy bliskie i jest ich własnością.

Mamy po prostu taki „projekt” J

Z drugiej strony zaś, w przeciwieństwie do różnych wspólnot takich luźniejszych, mamy jednak konkretny styl, który charakteryzuje głównie życie na łonie przyrody, co najlepiej symbolizuje obóz letni, czy styl wędrowania.

Otóż skauting sam w sobie zakłada pewną antropologię, która jest przesiąknięta tym podejściem na zasadzie zaufania w nadziei, że człowiek sam potem, z własnej inicjatywy, pogłębi treści, które się zapoczątkowało. Że będzie taka atmosfera wolności, dynamika tej bandy podwórkowej, gdzie w sposób naturalny dziewczęta i chłopcy, zainspirowani prawem i przyrzeczeniem, zachęceni atmosferą panującą w ruchu będą chcieli pójść dalej nieprzymuszani. Potem, jako dorośli, oni sami będą dalej definiować swoją drogę. Gdzie nie mamy gotowego, już uszytego garnituru, ba! nie mamy nawet maszyny do szycia, mamy tylko materiał, igłę i nici i dajemy dziewczętom i chłopcom możliwość samodzielnego uszycia. Licząc słusznie przecież, że oni nie uszyją z tego jakiegoś worka na kartofle, że wyjdzie im coś wyjściowego, a nawet coś zupełnie genialnego, czego byśmy nigdy nie osiągnęli każąc wszystkim wg jednego, nawet niech będzie wspaniałego wzoru. Stawiamy ich w warunkach spotkania się osobiście z Jezusem Chrystusem i z życzliwością i zainteresowaniem obserwujemy co z tego wyniknie, cofając się przed pokusą odgórnego zdefiniowania co z tego ma wyniknąć. Jak to mówił Lewis czy Chesterton, stwarzamy warunki, by mogli stanąć na szczycie góry 10 przykazań i porwali się każdy do swego indywidualnego lotu, nie dostarczając im gotowej „maszyny do latania”.

Efekt formacyjny chcemy osiągnąć NATURALNIE, jako „efekt uboczny” naszych działań. Zawsze denerwowało mnie i denerwuje, gdy ktoś mówi np. jadąc na jakieś rekolekcje lub spotkanie formacyjne: „będę się formował. Nie! Jadę się modlić i przy okazji się formuję, jadę na wędrówkę i przy okazji się formuję, przygotowuję z chłopakami biesiadę na Św. Krzyż i to przy okazji mnie formuje.

Są w Kościele i w społeczeństwie inne podejścia, inne programy, projekty wychowawcze, inna logika i my w żadnym wypadku tego nie kwestionujemy. Chcemy tylko ochronić ten „charyzmat założycielski” skautingu, na który składa się nie zestaw treści doktrynalnych, ale pewna pedagogika, antropologia. Aspekt formacyjny jest zawarty w całej tej dynamice i antropologii. Jeśli będzie się chciało osiągnąć „poważną formację” nie licząc się z tą wewnętrzną dynamiką metody skautowej, z dynamiką bandy podwórkowej wówczas nie osiągniemy celu, jaki sobie zakładamy. To dlatego np. skauting katolicki nie może być „dziełem duszpasterskim” jednego zakonu, czy instytucji. To dlatego skauting katolicki nie może proponować wszystkim szefom i szefowym jednolitego stylu, jedynego i wyłącznie obowiązującego, formacji chrześcijańskiej w czerwonej gałęzi lub na obozach szkoleniowych. To dlatego duszpasterze skautowi nie mogą wyręczać świeckich w funkcjach rządzenia ani nie mogą podejmować decyzji poprzez konfesjonał lub kierownictwo duchowe w sprawach dotyczących drużyny, które powinny być podejmowane na sądzie honorowym lub w sprawach całego ruchu, które powinny być podejmowane na radzie naczelnej lub sejmiku. Co nie uchybia temu, że mają prawo i obowiązek nauczania i kształtowania sumień w duchu Ewangelii.

Skauting ma właśnie taką, a nie inną dynamikę. Chcemy, aby każdy przyszedł tu ze swoim lotniskowcem i swoimi samolotami i pokazał jak lata. My nie chcemy go „formatować”, chcemy, by wziął on za swój naszego ducha i styl i zaczął latać o własnych siłach. I ma to zastosowanie na wszystkich poziomach, od wilczka, harcerki, harcerza, do hufcowej, namiestniczki, naczelniczki i komisarza. W końcu jak kogoś wybieramy na tego komisarza, czy naczelnika bądź namiestnika to też z tym samym nastawieniem: „no, pokaż teraz, co potrafisz”. I im kto bardziej rozwija swoje w tym talenty, tym bardziej wszyscy się cieszą.

Jak już mówimy o tej indywidualności w skautingu, to krótko o pracy z szefami i szefowymi. Jak już mówiliśmy stopień autonomii zwiększa się w zależności od wieku, tak autonomii indywidualnej, jak też grupowej. Czym innym jest szóstka, czym innym zastęp. Inna jest rola akeli, inna drużynowego, jeszcze inna szefowej młodych czy szefa kręgu szefów. Uwaga na właściwą „antropologię” w czerwonej gałęzi! Mam na myśli wzajemne relacje między szefem a młodymi wędrownikami, czy między hufcowym a szefami. Jest taka tendencja, żeby bardzo podkreślać rolę szefa/szefowej zapominając mimochodem, że najważniejsze w tym wieku są relacje poziome, a nie pionowe. Czyli wspólnota młodych dorosłych, czyli szefów. Nie do końca jestem przekonany, co do pomysłu dzielenia na małe ogniska szefowych, nie mówiąc już o oddzieleniu funkcji szefowej ogniska od funkcji hufcowej. Nie jestem co do zasady przeciw, ale jestem przeciw zasadzie, że taki ma być model. Mam wrażenie, że jest to kopiowanie czegoś tam np. zastępów z zielonej gałęzi, czy kręgów domowego Kościoła do pracy z szefami i szefowymi w skautingu. Paradoksalnie taki system zwiększając rolę szefa kręgu, czy ekipy, szefowej ogniska, zmniejsza rolę indywidualności, bo uprzywilejowuje relacje pionowe na niekorzyść tych poziomych, które dla indywidualności są ważniejsze na tym etapie. W przypadku zastępu jest odwrotnie. Ja się mogę mylić, ale nie mogę nie powiedzieć, jakie mam odczucia. Bo na poziomie szefów i szefowych najważniejsza jest wspólnota szefów. A ta warto, żeby miała jakieś „kworum”. Nie była koniecznie, zawsze małą grupką 5-6 osób, bo statystycznie to połowa jest nieobecna, więc nie ma atmosfery, jest poczucie niszy, jestem bardziej sam na sam z szefem, brakuje tej wspólnoty szefów, wróciłem do zastępu. Nie można stosować w tym przypadku filozofii zastępu z zielonej gałęzi, że jak jednego nie ma to ma się to dać odczuć. Podobnie jak w zielonej jest w kręgu czy ognisku młodych. Ale już w kręgu szefów/ognisku szefowych jest trochę inaczej. Też dlatego, że on jest na drugim planie, ważnym, niezbędnym, koniecznym, ale na drugim. Bo na pierwszym jest ta upragniona przestrzeń odpowiedzialności i służby, w której rozwijają się samodzielne i niezależne talenty.

Wreszcie ostatnia myśl, pamiętajmy, że wśród osób nowych, które przychodzą do nas szczególnie w wieku 18-24 lata są naprawdę prawdziwe talenty, które bardzo szybko rozumieją o co chodzi. Są jak smoki, które się rodzą i nie piją mleka, tylko od razu zieją ogniem. W stosunku do nich nie możemy stosować zasady, poza wyjątkami, że powinny iść na rok do młodych lub do jakiejś „zamrażalki formacyjnej”. Dla nich najlepszą formacją jest gra, czyli służba, zwykle przybocznego, ale nierzadko, w przypadku prawdziwego smoka, od razu szefa. A skąd wiedzieć, że to smok? Trzeba mieć nosa, moi drodzy  i nie bać się obdarzać zaufaniem.

I już naprawde na koniec reklama nowej odsłony naszego sklepu harcerskiego:
http://azymut360.pl/

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz