10 grudnia 2013

Coś z niczego, czyli o najważniejszej zasadzie wychowania i rozwoju

Byłem w ub. sobotę w Rawie Mazowieckiej na ABC Skautingu i słuchałem przez chwilę konferencji Tomka Sudakowskiego o potrzebach wychowawczych chłopców. Była ona przeobfita w niesamowite wręcz intuicje pedagogiczne. Najbardziej podobało mi się często powtarzane przez Tomka „coś z niczego” w odniesieniu do najlepszych praktyk wychowawczych. Wiadomo ogólnie o co chodzi: nie potrzeba żadnych wielkich środków, nie potrzebujemy dziecka zabrać na Majorkę, czy na narty w Alpy, czy kupić drogi i skomplikowany sprzęt, żeby atrakcyjnie, owocnie i z korzyścią dla rozwoju poprowadzić wychowanie młodego człowieka. Obdarzyć zaufaniem. Zagrać na samodzielność. Moja bratowa to samo mi mówiła o swojej metodzie pracy z dziećmi w przedszkolu. Ona robi „coś z niczego”: zabiera jakiś papier, karton, zapałki, klej, nie wiem co jeszcze i z tego wychodzi na zajęciach jakaś łódź podwodna albo rakieta kosmiczna albo nie wiem, co jeszcze. I wychodzi coś najważniejszego: radość w sercach dzieci i prawdziwy ich rozwój. Dla nas wszystkich udzielających się w skautingu to oczywiście chleb powszedni. Każdy z nas ma doświadczenie tego, że niewiele potrzeba, wystarczy wyjść na zewnątrz i już jest przygoda. Te wszystkie nasze gry, przedstawienia, zabawy. Zresztą tak działa podwórko. No, nie wiem, czy ciągle działa przez te straszne komputery, kiedyś przynajmniej tak działało. Odrobina wyobraźni i tam, gdzie nie było nic, jest niesamowita zabawa. Pamiętam, jak uczestniczyłem kiedyś w grze „Bitwa o Midway”. Zrobiliśmy lotniskowce i samoloty. Te lotniskowce były niesamowite. Albo te przedstawienia wieczorne na Adalbertusie, z dnia na dzień coraz lepsze, nie wiadomo skąd te pomysły bez dostępu do internetu i te coraz lepsze rekwizyty i dekoracje w środku lasu. Po prostu coś z niczego. Sami wymyślamy, sami przygotowujemy, sami realizujemy, sami podsumowujemy. Nie potrzebujemy „firmy zewnętrznej”. Nie ma „outsourcingu”. Nawet jak robimy wielki spektakl, to nie idziemy do Stevena Spielberga po scenariusz, czy nie prosimy o reżyserię.

Nic tak nie wychowuje, nie rozwija jak zrobić samemu coś z niczego. Nic tak nie uczy twórczości, przedsiębiorczości jak zrobić coś z niczego. Ktoś powie, że ja tu jakieś banały piszę i być może ma rację. Ale ponieważ co i rusz ktoś komentuje, że największym problemem, jeśli chodzi o ludzi młodych, jest bierność, to myślę, że warto o tym pisać. Już tak wszystko jest na tacy, na Wikipedii czy na youtubie, tak rozmaite usługi są oferowane, czy produkty, że nic tylko siedzieć, konsumować, korzystać, bez wychodzenia z domu. Zamienić się w konsumenta treści, usług, produktów. To jest oczywiście tryumf przedsiębiorczości ze strony tych, którzy to wszystko oferują. I bardzo dobrze. Ale też warto zwyczajnie rzucić: ty też możesz być jak oni. Wymyśleć produkt, usługę, treść. Zrobić coś z niczego. Mieć coś własnego. Nie być biernym przedmiotem, ale aktywnym podmiotem. To największa radość życia. Szczęście to nie jest bierna nirwana, ale produkt uboczny jakiejś aktywności, której się z pasją oddajemy dla dobra innych i dla dobra własnego. I to się dzieje na naszych oczach. Co i rusz ktoś wymyśla plakaciki, montuje filmiki lub teledyski z jakimiś treściami, które w inteligentny sposób otwierają oczy na rzeczywistość. Internet jest tego pełny. Albo pisze bloga lub książkę. Ja tu promuję tę ostatnią kwestię właśnie na tym blogu. Ostatnio też modne się stało otwieranie sklepików internetowych z własną produkcją, np. dziewczyny coś szyją i sprzedają. I to jest coś rewelacyjnego, że pośrodku całej tej zmasowanej produkcji sieciowej dostępnej w supermarketach i galeriach handlowych jest miejsce, jest „rynek”, na coś własnego. Można sobie zwyczajnie coś z niczego jakby łatwiej teraz zmontować. Taki rap o pięciu celach co zrobił Michał Kuczaj z Puszczą Dolnośląską to przecież jest jakieś mistrzostwo świata. Takie coś z niczego i jakie oddziaływanie. Pokazywałem to rodzicom na ABC w Rawie i oni byli oczarowani po prostu. Albo chór i orkiestra. Nie było nic, a teraz jest i jedno i drugie. Jaki efekt. Coś z niczego. Kreujemy rzeczywistość wokół nas.

Oczywiście, ja najbardziej lubię, jak powstaje jakieś nowe środowisko skautowe. Zastęp  na przykład. Albo od razu cały szczep. Jeszcze wczoraj w tej parafii nie było nic. W sensie było dużo rzeczy, ale nie było skautingu. Nagle za tydzień jest już pierwsza zbiórka założycielska zastępu. Za dwa tygodnie już zastępowa prowadzi sama pierwszą zbiórkę. Ba! w ciągu dwóch tygodni jedna mama, która w międzyczasie sama nie wiedząc stała się szczepową, szyje chusty nowego środowiska i one na tej pierwszej samodzielnej zbiórce już te chusty noszą. Już jest identyfikacja. Coś z niczego. Jakie to proste. Albo ten szczep od zera. Jak w Milanówku ostatnio. Nie było nic. Jedna niedziela i jest szczep. Przepraszam. Nawet dwa: dziewczyn i chłopaków. Ten 20-latek był zwyczajnym studentem, za chwilę jest już szefem i to wcale pokaźnego środowiska. Jak wszyscy wiedzą, ja jestem tym absolutnie zachwycony i nie jestem w stanie odmówić, jak mnie ktoś namawia, by pojechać na drugi koniec Polski, stanąć na ambonie przez całą niedzielę, poprowadzić spotkanie dla nowych chętnych i ich rodziców, wyłowić z audytorium kilka osób-kandydatów na szefowe, szefów i w dwa-trzy miesiące ich przeszkolić i tam, gdzie nie było nic, powołać coś. Ostatnio przeczytałem u kogoś na blogu o smokach. Że jak się rodzą, to nie potrzebują ssać mleka, tylko od razu zioną ogniem. I mnie się to bardzo podoba w odniesieniu do nowych środowisk jak Milanówek albo Stara Iwiczna.

To jest w ogóle jak marzenie i ja nie wiem, czy w życiu przyjdzie mi w ogóle jeszcze robić coś ciekawszego niż to. Wielu wielu z nas to przeżyło, gdy tworzyło od zera swoją drużynę, czy gromadę. Coś z niczego. Nie było nic, a tu nagle jest jakaś banda, która kreuje świat przygody. Tak nagle, bez jakiegoś strasznego przygotowania. Co ja umiałem, jak miałem te moje 17 lat i poszedłem do nowej parafii tworzyć drużynę? Za rok już miałem 18 lat, więc pierwszy obóz robiłem już jako pełnoletni. Tylko zapał i błogosławione poczucie odpowiedzialności, że chłopaki liczą na mnie co sobota. Takie totalne coś z niczego. Potem jeszcze byłem w kilku sytuacjach, gdy praktycznie musiałem zaczynać coś od początku. I teraz to strasznie lubię. Robić coś od zera. Tam, gdzie nie ma nic. To jest fascynujące. Iść do nowych ludzi, którzy nic o nas nie słyszeli, opowiedzieć im i zapalić. Jeszcze raz samemu rozumie się lepiej całą naszą pedagogikę, odkrywa nowe rzeczy, nowe wymiary, nowe problemy. Ludzi nowi zmuszają do nowego wysiłku, do uproszczenia, a przez to, o paradoksie! do pogłębienia. Nie można uprościć bez pogłębienia. Ale też popełnia się błędy nowicjusza mimo doświadczenia. O nie nie, to nie jest żadna rutyna. Jak ktoś myśli, że ma w pracy wychowawczej 20 lat doświadczenia i nic go nie zaskoczy i że nie popełni już błędów, to nie wie, o czym mówi. Bo zwyczajnie trzeba znowu robić coś od zera. Uczyć się na nowo. Doświadczenie pomaga tylko w tym, że to wszystko już jakoś nie przeraża. Ta nowość sytuacji i możliwe błędy, na które jest się gotowym.

Ja oczywiście polecam to doświadczenie wszystkim, szczególnie „starym”. Żeby ze swoją „czterdziestką” na karku, przyprószonymi siwizną włosami albo już bez włosów, z lekkim brzuszkiem, stanąć przed gronem licealistów i opowiedzieć o skautingu. Albo stanąć na ambonie a potem przed rodzicami i dziećmi i ich zapalić. Albo przed studentami i ich zachęcić do bycia szefami. Marek Kulesza organizuje w styczniu coś takiego i już wiem, że całe święta i Nowy Rok będę układał w głowie odpowiedni „dyskurs”.

Więc ja tak naprawdę piszę tu o tej najważniejszej zasadzie wychowania i rozwoju, „coś z niczego”, żeby zachęcić wszystkich „starych” i „nowych” też zresztą, hufcowe, hufcowych, namiestniczki, namiestników, Harcerki i Harcerzy RP, żeby spróbowali tego „zakładania od zera”, tego „stanięcia na pierwszej linii”, tego kontaktu z sytuacjami, że nie ma nic, ale nagle jest coś. Tak jak Franek Podlacha, który postanowił ruszyć środowisko skautowe w swojej parafii na Bemowie. Albo Paweł Zejer, który założył jedną gromadę, a po dwóch latach drugą. Albo jak tyle HR-ek lub HR-ów, którzy zgodzili się być szczepowymi w tworzących się środowiskach, gdzie naprawdę trzeba wszystko ogarnąć i tłumaczyć proboszczowi i rodzicom rzeczy oczywiste np. dlaczego zbiórki zastępów odbywają się w zastępie, czyli bez osoby pełnoletniej, dlaczego to nie jest niebezpieczne, jaką to ma wartość wychowawczą i w ogóle dlaczego tak jest u nas („czy widzieli kiedyś Państwo podwórko z udziałem osób pełnoletnich?”). To jest niesamowita radość tłumaczyć i uzasadniać jeszcze raz, na nowy sposób, rzeczy dla nas dawno oczywiste. Ile nowych rzeczy się odkrywa!

To coś z niczego to naprawdę wielka sprawa. Te osoby w wieku 18-24 lat, zwykle studenci, studentki, którzy przychodzą do nas i od razu czują się, jakby byli tu od zawsze, że nie ma jakiegoś podziału na „wtajemniczonych” i „kandydatów”, że od razu wchodzą w grę, są proszeni, jeszcze bez mundurów, o pomoc na zbiórkach, bo brakuje przybocznych i zakochują się w tej pracy, sami prosząc potem o możliwość założenia munduru i o przyrzeczenie. Albo ten jeden lub druga, którzy po kilku miesiącach przeszkolenia zostali od razu szefami i jak nieźle sobie radzą. Przecież to jest wszystko jakieś absolutnie magiczne, gigantyczne, kosmiczne, galaktyczne, rewelacyjne i zwyczajnie zatykające dech w piersiach. Nie było nic, nagle jest coś. Smok, który od razu zieje ogniem. Taki Rembertów na przykład. Prawdziwy smok apostolski, który zieje ogniem tak, że na wędrówki szefów szczepu (tak, tak, tu w Warszawie robią różne ciekawe eksperymenty :) ) jedzie … 14 osób!, bo zagarniają wszystkich swoich przyjaciół i kolegów, a na zakończenie wręczają im chusty szczepu. Już należycie w jakiś sposób do nas. Albo to, co robią na Górnym Śląsku. Albo ks. Stanisław w Trzęsaczu.  

I jeszcze te rozmaite „produkty szkoleniowe”, mnożące się w hufcach jak grzyby po deszczu, te różne warsztaty szczepowych regionalne, czy ogólnopolskie, ABC Skautingu dla ludzi nowych, dodatkowe terminy ogólnopolskich obozów szkoleniowych, bo jeden termin to pęka w szwach, spotkania szefów gałęzi w hufcach, te wszystkie „Wskazówki dla skautmistrzyń”, kursy ekspresji, obozy szkoleniowe za granicą, warsztaty muzyczne, warsztaty dziennikarskie Gniazda, te konkretne plany polskiego „MacLarena” (musimy przecież w końcu mieć w Polsce ten skautowy „Harvard”, a bo co?).
Nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma szefów/szefowych? To staniemy na ambonie i ogłosimy, że poszukujemy wolontariuszy do pracy z dziećmi i młodzieżą. Błażej w Ząbkach wydrukował plakty i powiesił w całym mieście. Albo dogadamy się z jakimś wykładowcą i pójdziemy na uniwersytet zrobić prezentację o skautingu. Albo zaprosimy na Forum Młodych. A jak ciagle nie ma, to założymy samodzielny zastęp. Albo znajdziemy jakiegoś tatę lub mamę do wilczków. Dotrzemy do młodych i starych. Pójdziemy do radia i telewizji. Zmontujemy filmiki i umieścimy na internecie. Porozmawiamy z biskupami i z proboszczami. Pójdziemy do szkoły i na uniwersytet. Napiszemy do gazety. Zorganizujemy dowolne szkolenie na dowolny temat w jakimkolwiek zakątku Polski. Zresztą nie tylko Polski. Ostatnio Bjoern mi pisał, że jest szansa na grupę wilczków, więc będzie trzeba niedługo jakieś szkolenie żółte w Szwecji po angielsku... Może ktoś chętny? Odpowiemy na każdą prośbę o kontakt lub pomoc w założeniu środowiska skautowego gdziekolwiek.
Lubimy robić coś z niczego....

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz