04 września 2013

Jak rozwijać ruch Skautów Europy


Myślę, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi z powodu tego, co się dzieje, czyli z naszego rozwoju i ducha jaki panuje. Wrzesień tradycyjnie zaczyna się od różnych akcji i naborów. Nie zapomnę tego września 3 lata temu w Krakowie, który, dzięki Krzyśkowi Roguli i Bartkowi Bodziechowskiemu, otworzył mi nowy horyzont. A 4 dni temu byłem na Bemowie, gdzie znów mogłem się przekonać o tym, jak duże zainteresowanie wśród rodziców, dzieci i studentów wywołuje nasz skauting. Trochę zatem o rozwoju dziś.

Czy trzeba się rozwijać?

Patrząc pozytywnie, „miłość Chrystusa przynagla nas”. Na tym można by zakończyć nasz wywód nt. tego, dlaczego warto się rozwijać. Ale dorzućmy więcej. Dążenie do świętości jest głównym zadaniem chrześcijanina. Ale nierozerwalnie związanie z nim jest również apostolstwo, czyli owo „idźcie na cały świat”. Są różne sposoby apostołowania. Najważniejsze jest to osobiste w domu i w pracy, ale skauting jest super pretekstem do apostolstwa, do przyciągania nowych, młodych ludzi do Kościoła. A wiadomo, to młodzi są przyszłością. Nie wolno łatwo rezygnować z tak atrakcyjnej formy docierania do młodych jaką jest skauting katolicki. Inaczej Jan Paweł II, wielki twórca Światowych Dni Młodzieży, dzięki którym Kościół Katolicki ciągle ma młodych, nam tego nie wybaczy. Narzekanie na to, że jest źle jest niewiarygodne, jeśli samemu nie przyczynia się w jakiś sposób do tego, żeby ten świat zmienić. Są różne inne sposoby niż skauting oczywiście, no, ale tu jesteśmy zainteresowani skautingiem właśnie.

Patrząc negatywnie, jak jakieś grono, środowisko, organizacja się nie rozwija, staje się kolejno kółkiem wzajemnej adoracji, paczką starych, a potem towarzystwem emerytalnym. Nie jest zdrowym środowisko, w którym nie ma ciągłej ekspansji na zewnątrz, nie jest zdrową organizacja wyłącznie skierowana do wewnątrz, nie jest dobrym szefem ten, którego największym marzeniem nie jest znalezienie następcy lepszego od siebie, tak, żeby to było jeszcze lepsze niż za jego czasów. Uwaga! To jest bardzo poważne: jeśli nasz horyzont jest ograniczony do nas samych na zasadzie, że na pewno już po mnie to nikt tego lepiej nie zrobi, jeśli nie mamy ambicji i nie dokładamy starań, żeby po nas przyszło lepsze pokolenie, lepszy naczelnik, lepsza namiestniczka, lepszy hufcowy, drużynowy, etc., to oznacza, że jest z nami bardzo, bardzo źle.

Jeśli przyjmiemy taki sposób myślenia, tzn., że po nas muszą przyjść ludzie lepsi od nas, którzy poprowadzą ten ruch o wiele dalej niż my, to ma to szalone konsekwencje. Bo trzeba się po prostu dobrze starać, żeby takich znaleźć i wychować. Zwykle myślimy wyłącznie o młodych, którzy są teraz wilczkami, harcerkami, etc. To jest pierwsza linia boju: jakość tego, co robimy musi być taka, żeby oni wyrośli na naszych, lepszych od nas, następców. Tak jak w Ajaksie i Barcelonie, gdzie wielką wagę przywiązuje się do szkółki piłkarskiej. Równocześnie jednak warto dokonywać „transferów” ludzi już dorosłych. Są dwie kategorie tych dorosłych: młodzi dorośli, czyli studenci oraz starzy dorośli, czyli zwykle osoby pracujące, posiadające rodziny. Pierre Geraud-Kearood, twórca sukcesu Skautów Europy we Francji, miał 45 lat, gdy zaczął przygodę z FSE. Jacques Mougenot miał lat 37, gdy Pierre wciągnął go, by robił samodzielne zastępy, Gildas Dyevre miał ponad 60 lat, gdy w 1989 został komisarzem federalnym. Musimy robić i jedno i drugie, bo z jednej strony nasi wychowankowie mają pewne prawo do, mimo wszystko, od czasu do czasu, niespełnienia naszych oczekiwań, a z drugiej strony poleganie tylko na nowych dorosłych oznaczałoby, że cały nasz projekt jest nic nie wart, bo nie potrafimy wychować młodych do tego, by po nas to przejęli. Zatem i jedno i drugie.

Zapamiętajmy dobrze tę lekcję: projekty skierowane wyłącznie do wewnątrz są nieautentyczne i są skazane na porażkę. Jedynie projekty skierowane na zewnątrz są prawdziwe i mają szanse powodzenia.

Rzecz jasna, rozwój to sprawa ducha i pasji. Ale jest też trochę techniki. Technika bez ducha i pasji jest manipulacją. Ale duch i pasja bez techniki jest egzaltacją.

Modele rozwoju

Pączkowanie

Jest „pączkowanie”, czyli z drużyny, po młodej drodze, wyrastają kandydaci na szefów, najczęściej z byłych zastępowych, mają pragnienie założenia własnej drużyny, bo akurat do przejęcia tej obecnej już ktoś jest i wówczas idzie do nowej parafii i zakłada nową gromadę lub drużynę. To jest klasyka gatunku znana wszystkim. W Radomiu w 1986 r. Tomek Szydło założył pierwszą drużynę, wychował najpierw Tomka Pałkę, który założył drużynę  (1987), potem Rafała Grudnia, który założył swoją drużynę  (1988), potem Zbyszka Korbę, który założył obecną 3. Radomską FSE (1989) i Zbyszka Mindę, który założył obecną 5. Radomską FSE (1989). Stworzyć atmosferę ekspansji i rozwoju, tak, by zastępowi i młodzi chcieli być szefami jest pewną sztuką. Tworzy się to naturalnie, bez nadęcia i sztuczności, z wyczuciem i pośrednio, czyniąc zawsze wszystkich właścicielami projektu.

Samodzielny zastęp

Dzięki Jacquesowi Mougenot to też już jest w Polsce klasyka gatunku, czyli Puszcza i Bluszcz i takie legendy jak Piotrek Jedziniak, Paweł Przypolski, Przemek Dulęba, Krzysiek Noworyta, Piotrek Martyński, Michał Pałamarz, Gosia Sobich, Ula Paluch, od września 2013 Kasia Szczypek, na pewno kogoś pominąłem, którzy jeździli i jeżdżą po Polsce powołując nowe zastępy. Od jakiegos czasu u chłopaków działają Puszcze regionalne: Paweł Sowa i Michał Kuczaj na Dolnym Śląsku, Leszek Piątek i nie wiem, kto tam teraz na Lubelszczyźnie, dokonujący cudów Krzysiek Rogula w Małopolsce. Pasjonujące. Przyjeżdża szef Puszczy do parafii lub szkoły na spotkanie z gimnazjalistami i powstaje SZ. Proste. Tak powstał Chełm, Kielce, Legionowo, Falenica, Płońsk i tyle tyle innych. Na stronie http://polnoc.skauci-europy.pl/ znajdziecie wszystkie SZ chłopaków od początku projektu Puszcza, czyli od 2003 r. Jest ich ponad 90, co daje średnią 9 zastępów rocznie! Obecnie na tapecie Michała jest w szczególności Toruń i Zachodniopomorskie, ale ogólnie też cała Północ. Mamy z Michałem też wielką ochotę na Olsztyn.

Jest jeszcze jeden, zachwycający aspekt projektu samodzielnych zastępów. Taki dokładnie w duchu papieża Franciszka, gdy mówi o opuszczeniu wygodnych foteli i ruszeniu na "peryferie". Trzeba obejrzeć zdjęcia w galerii Puszczy, żeby to poczuć i zrozumieć. Dziewczęta i chłopcy z małych miejscowości, często nie mający środków nawet na mundur, ale z wielkim poświęceniem "sztukujący" co się da, żeby godnie to wyglądało. Jak gdzieś działają tylko chłopcy, to bardzo często samorzutnie pojawiają się dziewczyny, często ich siostry, organizując swój zastęp bez drużynowej, jak potrafią, czasem używając elementów umundurowania chłopców, bo kto im ma powiedzieć, szczęśliwe, że oto zawitała w ich progi PRAWDZIWA PRZYGODA. Kasia, która była z nimi kilka dni na obozie, zorganizowanym przez dwie Doroty, opowiadała o tym ze łzami szczęścia w oczach.

Nasz ruch po prostu "MUSI" mieć projekt samodzielnych zastępów. Inaczej nie będzie tym, czym jest.

Samodzielny krąg

Z historii mnie dostępnych to garwolińsko-pilawski projekt Winnica, bodaj 2008/09 oraz działania Szczepana Rumana w Józefowie 2009/10. Analogicznie jak w przypadku SZ, ale dla chłopaków od 16-17 w górę. U dziewczyn coś takiego prowadziła Dominika Pruszczyńska w Chojnicach. W Garwolinie i Pilawie uderzyli do szkół średnich, przyszło 6 chłopaków i zrobili od zera, z niczego krąg młodych, z niego po roku, dwóch wyszli szefowie, którzy, w pewnym sensie, uratowali środowisko, bo jakoś nie można było się doczekać wychowanków z młodych. I tak znalazł się np. Sławek Giska, obecnie drużynowy 1. Garwolińskiej FSE. Podobnie Szczepan, skrzyknął jakichś starych znajomych i zrobił krąg, taki licealno-studencki. To u chłopaków też już klasyka i widać, że działa np. u Kazika Przeszowskiego w Ząbkach. U dziewczyn raczej jak młode to młode, czyli 17-18. O tym szczegółowo później. Dzięki kręgowi Szczepana znalazł się np. Kuba Rożek, obecnie drużynowy 1. Józefowskiej FSE.

Kręgi kleryckie

W Lublinie na 100 seminarzystów aż 20 uczestniczy w kręgu kleryckim. Podobną liczebność miewał krąg w seminarium radomskim. Trudno przecenić znaczenie tego typu inicjatyw dla funkcjonowania naszego ruchu. Wydaje mi się, że Lublin jest najlepszym przykładem jak wielu młodych księży chce być duszpasterzami po święceniach.

Szczep od zera?

Czy to możliwe? Tak! Ale uwaga, to dość duża nowość na rynku. Polega to na tym, że od razu startuje cały szczep, ba, nawet dwa, czyli i dziewczyny i chłopaki: u obu gromada i drużyna. Ale czy to możliwe bez szefów? Już tłumaczę. Zawsze słyszałem, że tak robią Włosi, ale jakoś nie dane mi było spróbować. W końcu się udało. Najnowsze i najlepsze przykłady tego typu konstrukcji to Stara Iwiczna k. Piaseczna i Piaseczno k. Warszawy.

                Najpierw „punkt zapalny”

                Desanty czasem się udają, ale lepiej mieć wewnętrzny „punkt zapalny”. Desant to taka sytuacja, gdy idziemy do proboszcza „z zewnątrz” i chcemy go zainteresować. Tak udało się nam np. w parafii Św. Jana Kantego w Legionowie. Ale częściej mamy jakiś „punkt zapalny”, czyli osobę z danej parafii lub księdza z tejże. W Starej Iwicznej była to mama dwóch córek. Starsza była w ZHR, który się rozpadł. Napisała do Hoboka, Hobok do hufcowej. Hufcowa: dobrze, ale co najmniej 12 osób. Cisza przez 2 miesiące. Po tym czasie mail: mamy 12 osób! Potem dowiedzieliśmy się jak to było: Zuzia, czyli ta starsza córka, której bardzo zależało, poszła w czasie lekcji po klasach w swojej szkole (sic!) i tak zebrała 12 chętnych! Mama porozmawiała z proboszczem, przed wakacjami odbyło się spotkanie tego „komitetu promocyjnego” (już dwie mamy plus proboszcz) z hufcową. Wszystko wyjaśnione, pełna zgoda, umowa: druga niedziela września, po wakacjach, ogłaszacie z ambony i wieczorem spotkanie.

                W Piasecznie punktem zapalnym był wikary ks. Mateusz, który był wilczkiem w Kielcach. Chodząc po kolędzie dowiedział się, że jacyś chłopcy z jego parafii są w wilczkach w Starej Iwicznej. A dlaczego nie u nas? A bo u nas nie ma. No to trzeba zrobić. Spotkał jeszcze dawną naszą harcerkę, która obiecała mu pomoc. Napisała do Hoboka, Hobok do hufcowej i dalej się potoczyło.

                Ogłoszenia niedzielne i spotkanie wieczorne

To ważne, że wieczorem tego samego dnia, a nie za tydzień. No i ogłoszenie na każdej Mszy Św: zapraszamy rodziców z dziećmi, młodzież oraz studentów i dorosłych, chcących jako wolontariusze pomagać. Ogłoszenie czyta ksiądz z kartki pośród innych ogłoszeń parafialnych, a my potem dodatkowo wchodzimy na ambonę i robimy krótką przemowę. Bardzo ważne, żeby się tam znalazło dokładnie to: RODZICE Z DZIEĆMI. Nie same dzieci albo sami rodzice. MŁODZIEŻ, można oczywiście wyszczególnić: gimnazjaliści i licealiści. A teraz najważniejsze: STUDENCI I OSOBY DOROSŁE. To działa jak naciśnięcie klawisza – komuś zaczyna grać melodia w głowie. Wreszcie: WOLONATRIUSZE. To też taki klawisz, który powoduje, że komuś się otwiera jakaś klapka i od razu wie o co chodzi. To są nasze KODY KOMUNIKACYJNE. Jest jeszcze kilka innych, za chwilę. Po Mszy stoimy z ulotkami własnoręcznie wykonanymi, na których jest Skauci Europy w Nowej Iwicznej. Spotkanie w niedzielę 9 września o 19. Kontakty: imię nazwisko hufcowego, hufcowej, telefon, adres.

Do Starej Iwicznej jedziemy z jedną szefową do zielonej, po maturze, po pierwszej Jadwidze. Do pełnego szczepu brakuje: Akeli dziewczyny, Akeli chłopaka, drużynowego. Liczymy, że na spotkaniu z rodzicami tak zachwycimy rodziców, że oni znajdą. Rzeczywistość przekracza nasze marzenia: podczas spotkania zgłasza się student na drużynowego i jeden tata na Akelę. Hufcowy ich przejmuje, przygotowuje po 2 miesiącach startują. U dziewczyn, po tygodniu rodzice znajdują studentkę: jedna z mam obecnych zna ją po prostu, bo towarzysko zna rodziców. Proponuje, ta się zgadza. Hufcowa przejmuje, przygotowuje, po 2 miesiącach po jej przyrzeczeniu startuje gromada, w międzyczasie zachęcając swoją najlepszą przyjaciółkę, by była jej przyboczną.

Do Piaseczna, w lutym 2013, jedziemy bez nikogo. BEZ ŻADNEGO SZEFA. Liczymy na księdza Mateusza, któremu od dwóch miesięcy wkładamy do głowy, że bez szefów nie da rady. Cała niedziela ogłoszenia po Mszy Św. Potem odkrywamy, że ci co przyszli najbardziej cenią jak na ogłoszeniach jest mowa o „bandzie”, „podwórku”, „przygodzie”, etc. Na spotkanie wieczorne przychodzi 75 osób, z tego łącznie z młodych zapisuje się 25 chłopaków oraz 20 dziewczyn. No i….jeden tata na szczepowego, jeden 25-latek na drużynowego, jedna mama na szczepową i aż…..7 dziewczyn studentek! Tego jeszcze nie było! Tydzień potem jest pierwsza zbiórka założycielska zastępu harcerek, którą prowadzi osobiście hufcową z jedną z drużynowych, a następnie hufcowa przez cały tydzień codziennie spotyka się osobno (lub telefonicznie) z każdą z 7 kandydatek; dwie z nich od razu umawiają się z jedną z Akel na szkolenie, a kolejna, kandydatka na drużynową, obiecuje być na końcu zbiórki harcerek. Szok! I jeszcze nauczyliśmy się, żeby nie myśleć, że „podepniemy” te zastępy do istniejących w sąsiedniej parafii drużyn z takimi samymi chustami. Nie, to ma być zalążek nowej drużyny z własnymi chustami, z własną tożsamością, z Mszą jednostki w macierzystej parafii, a nie w sąsiedniej. Inaczej księża nie będą dla nas pracować.

Co po takim spotkaniu?

Zaczyna się wówczas „zarządzanie kontaktami”. Po pierwsze należy zebrać listę wszystkich maili na spotkaniu. Puszcza się listę i już. Niech ludzie piszą nie tylko e-mail, ale i telefon, bo często się mylą przy pisaniu adresu e-mail i kontakt może się zgubić. Potem redagujemy super maila. Ja mam kilka gotowców, Błażej, który jest specjalistą od tych promocji, ma ich o wiele więcej i na różne okazje. Co my właściwie w tym mailu piszemy oprócz podziękowań i linków do naszych stron i filmików? Musimy jasno opisać plan działań. Np. zgłosiły się dwie kandydatki na szefowe, zaczynamy je przygotowywać i w ciągu 1-2 miesięcy ruszamy, o czym osobno poinformujemy. Albo, że nikt się nie zgłosił do szefowania, w związku z tym apelujemy do rodziców, żeby szukali, powtarzając to, co już na spotkaniu o tym na pewno mówiliśmy. W każdym razie w okresie pierwszego miesiąca po spotkaniu trzeba generować jeden mail tygodniowo z jakimikolwiek pozytywnymi newsami, które podtrzymują zainteresowanie i nadzieję rodziców, ze coś ruszy. Jak nie ma tych pozytywnych newsów to trzeba jaki pozytywny przekaz mimo wszystko wymyśleć i już. Trzeba też informować na tej samej zasadzie głównych interesariuszy projektu, czyli rodzinę, która zainicjowała sprawę lub księdza, który jest motorem przedsięwzięcia.

Co z formacją osobistą i pedagogiczną kandydatów na szefowe/szefów?

Powyżej napisaliśmy, że jesteśmy w stanie w ciągu dwóch miesięcy wstępnie przygotować do prowadzenia gromady i drużyny. Ktoś powie, że za szybko. Czy aby na pewno będzie dobra jakość? Czy to nie łapanka? Opiszmy to zatem, odrywając się już od przykładu Starej Iwicznej i Piaseczna.

Mówimy tu teraz głównie o młodych dorosłych, czyli o dziewczynach i chłopakach powyżej 19 roku życia. Osobno opiszemy starych dorosłych, aczkolwiek większość rzeczy będzie miała zastosowania do obu kategorii.

Naczelna zasada postępowania: z kim mam do czynienia? Dlaczego on przychodzi do skautingu?

Z kim mam do czynienia: poziom ludzki, poziom intelektualny, co porabia, jak żyje, formacja chrześcijańska, czy to czasem nie jest TALENT? Wiadomo, w zależności jak kogoś rozpoznajemy, co do zasady wystarczy jedna rozmowa oraz ocena okoliczności: ktoś jest polecony przez księdza lub przez kogoś wiarygodnego albo jest z oazy lub jakiegoś dobrego takiego czegoś, to od tego uzależniamy dalszą decyzję jak kogoś takiego poprowadzić.

Równocześnie pytanie: dlaczego on przychodzi do skautingu? W zależności od pierwszej kwestii (kim on jest?) i od drugiej (po co przychodzi?) dostosowujemy nasz sposób postępowania.

To jest bardzo ważne. Nie możemy mieć bowiem schematu: nieważne kim on jest i czego chce, należy mu się kawa z mlekiem, jak w tym powiedzeniu: możesz mieć każdy kolor forda, pod warunkiem, że będzie czarny. Czyli nie możemy jako hufcowa/hufcowy myśleć: tak czy inaczej mój schemat z takimi nowymi to: rok odsiadki u młodych lub u starych, a potem się zobaczy. Juan Carlos opowiadał mi, że w Alcorcon zgłosił się jeden dorosły do pomocy przy wilczkach, to szefostwo chciało go przygotowywać przez rok odsiadki nie wiem gdzie. Często myślimy takim schematem. Jest to BŁĄD. Nie bierze on pod uwagę, że to osoba już dorosła, jeśli jest po formacji neokatechumenalnej lub oazowej na przykład, to wówczas to, co jest na młodej, czy starej drodze, niewiele wnosi. Albo, jeśli ktoś był już szefem w innej organizacji harcerskiej, to trzeba jednak to docenić, prostując jedynie to co należy wyprostować z rzeczy pedagogicznych, etc. Jeśli przychodzi do skautingu, bo szuka wspólnoty to wiadomo, że do młodych lub do starych, a nie proponować mu służbę w jednostce. Jeśli przyszedł, bo ktoś mu powiedział, że potrzeba szefów-wolontariuszy, bo mu trzeba dać przeszkolenie i szybko odpowiedzialność, a potem dopiero czerwona gałąź, etc.

A zatem jak postępować? Jeszcze raz powtórzę: postępować w zależności od naszego rozpoznania talentu oraz motywu dla jakiego się u nas pojawił.

Co do zasady nie dajemy takiego kogoś do młodych, bo młodzi to 17-18 lat, mają co innego w głowach niż student 20 lat. Oczywiście, „co do zasady”. Są wyjątki. Wspominałem już, że u chłopaków z powodzeniem funkcjonują kręgi młodo-starych wędrowników, licealno-studenckie, pod warunkiem, że szefem jest ktoś kto ma 25 i więcej lat, koniec studiów lub pracujący. Tak jest u Kazika Przeszowskiego, tak było u Szczepana, tak chyba jest generalnie w Warszawie u Mateusza Dzielińskiego i Maćka Gruchota. Takie ognisko miała Basia Herdzik na Dolnym Śląsku. Modelem jest jednak ekipa młodych prowadzona przez dość młodą szefową/szefa. Jak mam przed oczyma Asię Skowrońską i Mateusza Pierańskiego, to właśnie to jest ten model. No, ale to co robi Kazik jest arcyciekawe, więc to moim zdaniem też może być. No, ale co do zasady nie wtłaczamy 20 latka do młodych, tym bardziej 30 lub 40 latka.

Od razu dajemy go do kręgu szefów, ogniska szefowych. W zależności od tego kim jest i po co przyszedł ustalamy mu ścieżkę rozwoju osobistego i pedagogicznego, głównie przez przydzielenie go jako przybocznego do jakiejś jednostki istniejącej.

No chyba, że pozyskaliśmy go jak w Starej Iwicznej lub w Piasecznie, wówczas nie możemy księdzu i rodzicom powiedzieć, że teraz to ten kandydat/kandydatka będzie przez rok przyboczną w innej parafii, żeby się nauczyć. Nie, nie możemy tego zrobić, bo to niepoważne wobec tego środowiska lokalnego, które nam tego szefa dało i chce by się zajęło ich dziećmi. Powtarzam: jest to szczególna sytuacja, bo tych szefów znaleźliśmy, gdyż zrobiliśmy wielką akcje w parafii, mamy już rodziców, dzieci, oni nie mogą długo czekać, myślę, że max to jest 2-3 miesiące w przypadku wilczków. W przypadku harcerzy to już w ogóle, jak się coś nie zacznie w ciągu najdalej miesiąca, to się rozmyślą. Ci kandydaci na szefów, którzy dzięki tej akcji się zgłosili są „własnością” tej parafii i mamy tak działać, żeby ich szybko przygotować: czyli miesiąc-dwa obecności na zbiórkach, szkolenie dedykowane, indywidualne w wykonaniu najlepszych magików w hufcu i jak tylko on nam mówi, że może zaczynać to zaczyna. A potem najbliższy obóz szkoleniowy. Tym bardziej, jeśli widzimy, że mamy do czynienia z kimś bardzo inteligentnym i chwytającym, czyli tzw. TALENTEM po prostu. Równolegle, z wyczuciem, udział w kręgu szefów, ognisku szefowych. Powtarzam: z wyczuciem. Bo jak zaczniemy, że tu tyle spotkań i taka odpowiedzialność, to się zniechęci.

Ja tu muszę się z tą „poważną odpowiedzialnością” trochę rozprawić. Nie możemy takiej nowej osoby „straszyć”. Bo, jak postraszymy to on się nie zdecyduje. Taka nowa osoba, wolontariusz, on ma dobre chęci i najczęściej talent. A co świadczy o tym, że ma TALENT? Bo się zgłosił po prostu. Potem to potwierdzisz na rozmowie. Ale fakt, że usłyszał pewien zachęcający, ale wymagający bądź co bądź DYSKURS (wrócimy to tego jeszcze później), to już nieźle o nim świadczy. A jak w dodatku dowiadujemy się, że jest studentka zarządzania, chemii, studentem prawa, ojcem czworga dzieci, biznesmenem, po oazie, po neo albo nie wiem, po czym tam jeszcze, etc., no to raczej mamy do czynienia z kimś poważnym. Proszę, potraktujmy ich poważnie, a nie jak dziewczynkę lub chłopca, któremu się daje do zrozumienia, że musi się jeszcze dużo nauczyć. Skauting jest prosty i nawet jeśli wiemy, że dopiero po obozie szkoleniowym i dwóch latach praktyki jako szef, nawet osoba, która przeszła drogę harcerską, osiąga dojrzałość jako szef (czasem wcale, co się zdarza), nie odmawiajmy jednak nowym TALENTOM rozpoczęcia tej przygody natychmiast.

Co innego, jak przychodzi do nas taki 20 latek znikąd i mówi, że chce być szefem, wówczas, mamy większy komfort i czas na szkolenie i przygotowanie nowej parafii do zdobycia. Albo jak po prostu przychodzi i nie wie, czy chce być szefem. No to mamy komfort i 50 wędrowników w kręgu jak we Wrocławiu. No tylko jeszcze trzeba ich będzie umieć wypuścić na głęboką wodę, żeby tworzyli jednostki.

A formacja wędrownicza? To zależy o tego z kim mamy do czynienia i dlaczego do nas przychodzi. Jak jest TALENTEM i przychodzi, bo słyszał, że są potrzebni wolontariusze, bo tworzy się nowy szczep to najpierw szkolenie pedagogiczne i od razu na głęboką wodę. Stopniowo, po kilku miesiącach już ochłonie i wówczas bardzo będzie chciał tych spotkań i wędrówek szefów, bo to będzie go naturalnie fascynować, że jest też taka wspólnota szefów i że on też i w sumie to potrzebuje, bo nie ma doświadczenia, etc. Nie narzucajmy, a pociągajmy. Okazuje się, że to świetnie działa. Doświadczenie pokazuje, że takie osoby bardzo się interesuję formacją wędrowniczą. A czasem, nie, szczególnie tacy przyboczni, którzy chętnie są przybocznymi, ale nie są niczym więcej zainteresowani. To są tacy trochę „zewnętrzni współpracownicy” w mundurach. I spoko, pozwólmy naszym szefom z takich również korzystać, licząc, że powoli zainteresują się czymś więcej. A czasem nawet z takich, którzy będą bez mundurów, choć to akurat zdarza się bardzo rzadko. Bartek Mleczko miał takiego kuzyna, który bez munduru pomagał w logistyce Adalbertusów.

Jak przychodzi, bo szuka wspólnoty i służba młodszym jest dla niego abstrakcją, to jasne, że szanujemy to, czego szuka.

W ogóle, trzeba szanować pragnienia ludzi i pytać czego chcą, przedstawiając im oczywiście różne opcje, ale naprawdę różne opcje, a nie dowolny kolor forda, pod warunkiem, że będzie czarny.

Dlaczego tak możemy postępować nie obawiając się o spadek jakości? Otóż dlatego, że 99% takich nowych przychodzi, bo zobaczyło nasze zdjęcia i usłyszało nasz DYSKURS. Na tych zdjęciach średnio inteligentny nawet już wie, że to jest wysoki poziom, a jak usłyszał DYSKURS to już w ogóle możemy być prawie pewni, że to nie jakiś krasnal. Co oczywiście trzeba zawsze zweryfikować.
 
Tak czy inaczej zaczynamy od razu, robimy takim osobom szkolenie dedykowane, wysyłamy na zbiórki do innych jednostek, żeby podpatrzyły. Bo jest wrzesień albo nawet marzec i nie możemy po prostu czekać z założonymi rekami na obóz szkoleniowy za rok lub za pół roku. Po to jesteś hufcową/hufcowym, po to masz tylu doświadczonych szefów wokół, żeby kompetetnie zorganizować małe szkolenie w ciagu roku. Po to za chwilę ma być wydana za duże pieniądze Skautorama, podręcznik technik harcerskich. Budowanie w twoim hufcu własnego potencjału szkoleniowego dla kazdej gałęzi to pasjonujące zadanie. Po 2-3 miesiącach startujemy, bo inaczej to stracimy zapał dzieci i rodziców. Potem oczywiście musi być obóz szkoleniowy.

Czy można zaczynać szczep tylko od gromady?

Słyszałem niedawno, że panuje taka opinia, że nie wolno zaczynać szczepu od gromady. Uzasadnienie: bo potem się te wilczki i tak zmarnują, bo nie będzie drużyny. Oczywiście jest w tym coś. Natomiast nie ma sensu blokować powołania gromady w momencie, w którym mamy osoby dorosłe chcące być akelami, jak w Poznaniu, czy Łodzi, nawet gdy nie bardzo są widoki na drużynę.

Nie mieć sztywnych schematów

Kwestia podniesiona poprzednio, czyli czy zaczynać od gromady czy nie, należy do całej masy „przesądów”, które w moim przekonaniu niepotrzebne blokują myślenie o rozwoju. Jest wiele innych tego typu:

- „nie zaczynamy od dziewczyn, tylko od chłopaków, bo ja są chłopcy to będą i dziewczęta, a jak są dziewczęta, to nie będzie chłopców”. Może teoretycznie tak jest, ale w praktyce na Młocinach nie ma dziewczyn mimo, że od dawna są chłopcy. Owszem należy się starać, by w nowych miejscach ruszali od razu chłopcy i dziewczęta np. Rembertów, Stara Iwiczna, Piaseczno, Ursus, etc. Ale jak akurat hufcowy z hufcową się nie zgrają lub jak nagle gdzieś pojawia się 10 kandydatek na szefowe, to nie należy uzależniać uruchomienia szczepu dziewczyn od pojawienia się chłopaków i vice versa. Czasem dziewczyny motywują chłopaków, czasem odwrotnie.

- „do gimnazjalistów nie trafiamy przez rodziców, tylko bezpośrednio do nich” np. spotkanie w szkole. To zwyczajnie nie jest prawdą. W wielu miejscach, na spotkania informacyjne przychodzą gimnazjaliści z rodzicami. Po prostu nie mają z rodzicami żadnego problemu. Myślałem zawsze, żeby spróbować założyć zieloną gałąź chodząc na spotkania z rodzicami w szkole, czemu nie? Ktoś spróbował?

- „to jest tylko dla młodszych, licealiści i studenci nie przyjdą” – usłyszeliśmy tak kiedyś od jednego dyrektora liceum. To już dawno wiadomo, że to nieprawda. Świadczą o tym te tłumy licealistów i studentów, którzy przyszli do nas w ostatnich latach.

- „nie można nic zakładać bez uprzednio przygotowanych szefów” – to powyżej już opisałem, że idzie równolegle – fakt, że startuje się od zera, mobilizuje rodziców i księdza do znalezienia szefów, fakt, że są już dzieci motywuje środowisko do wygenerowania kandydatów na szefów. Na Ursus poszliśmy z 3 szefów i ciągle mamy tę samą „naszą” trójkę szefów (no, jeden tata zdecydował się być przybocznym, ale generalnie środowisko lokalne nie miało motywacji do szukania kandydatów na szefów), do Starej Iwicznej poszliśmy z jedną szefową, dostaliśmy pięcioro nowych stamtąd. Do Piaseczna poszliśmy bez nikogo, dostaliśmy ponad DZIESIĘCIORO! A zatem, co się lepiej opłaca?

- „tu jest mało młodych ludzi” – tak ktoś powiedział o parafii Św. Anny w Piasecznie. Spróbowaliśmy i na spotkanie przyszło ponad 75 osób! Materiał na szczep dziewczyn i szczep chłopaków. Dopóki się nie spróbuje, dopóty lepiej nie przesądzać.

-„ tu już próbowaliśmy i się nie udało, nie warto ponawiać” – może tak, może nie, czasem przyjedzie ktoś inny, powie inaczej i okaże się, że jednak można lub upłynęło już trochę czasu, ludzie się wymienili, etc.

-„kto nie przeżył przygody w zastępie, ten nie będzie dobrym drużynowym” (w przypadku osoby, która przychodzi do skautingu w wieku studenckim) - owszem, na pewno łatwiej takiej osobie jest poprowadzić kompetentnie wilczki, ale okazało się, że są również takie talenty, które zostają drużynowymi w zielonej gałęzi, a także w czerwonej. Miej otwartą głowę.

 

DYSKURS

Wracamy tak naprawdę do kwestii, dlaczego się rozwijamy. Czy dlatego, że zaczęliśmy robić te promocje w parafiach? Czy dlatego, że mamy stronę na fejsie?

Otóż nie. To wszystko dlatego, że stworzyliśmy wiarygodny i na wysokim poziomie DYSKURS, z którym uderzamy przede wszystkim do RODZICÓW, do wszystkich pozostałych też:  do dziewczyn i chłopaków oraz do studentów i dorosłych. Że mamy im coś do powiedzenia. Że to nie ogranicza się do powiedzenia: no tu będzie taka fajna zabawa i w ogóle będzie fajnie.

Mamy coś do powiedzenia: „przestrzeń wolności, którą tworzą rodzice dla swoich dzieci mobilizując 20-latków”, „banda podwórkowa, która robi rzeczy dobre”, „przygoda w gronie przyjaciół na łonie przyrody”, „łączymy wychowanie charakteru z wychowaniem religijnym”, „wychowanie obejmujące całego człowieka-5 celów”, „ gra, przygoda, stopnie, sprawności”, „spotkanie pragnień ideowych o zmianie świata z pragnieniem realnej przygody”, „wychowanie do zaradności”, etc. Mamy do opowiedzenia jasną strukturę, pedagogikę i organizację. Jasny plan wychowawczy i plan roczny. Mamy propozycję dla dorosłych. W dodatku robimy to w atrakcyjnej formie, pokazując zdjęcia, filmiki. Niejeden rodzic już nam komentował: w zasadzie po tym pokazie zdjęć, to już nic nie musieliście mówić, wszyscy byli od razu na tak.

Co więcej ten DYSKURS i ta atrakcyjna forma przekazu działa i do młodych i do rodziców. Ona zadziałała też w liceach, z prześmiewczymi licealistami: zwykle na koniec lekcji otrzymywaliśmy oklaski.

To jest właśnie największy dowód, że to wszystko, co robimy jest ok: JESTEŚMY SKIEROWANI NA ZEWNĄTRZ I ODNOSIMY SUKCES. Nie jesteśmy małą, niszową grupką, przekonaną o własnej prawdzie i wyższości, niezdolną do zweryfikowania swoich wygórowanych ambicji i pretensji. Nie. Jesteśmy normalnym ruchem, otwartym, wiernym zasadom, ruchem ideowym, odważnie wychodzącym na zewnątrz, komunikującym, zachęcającym skutecznie nowych ludzi. Nie jesteśmy związkiem zawodowym pedagogów-weteranów, strzegących świętego ognia, tylko przebojowymi apostołami zapalającymi cały świat, dającymi nowym ludziom narzędzia, które nas samych wychowały. Nie monopolizujemy, nie tworzymy „wiedzy tajemnej”, dzielimy się z nią na prawo i lewo i widzimy, że ona działa, że ta dynamika uruchamiana w nowych środowiskach przynosi owoce, o jakich nie marzyliśmy. Oni biorą to w swoje ręce, stają się właścicielami i decydują zgodnie z prawem harcerskim o swoim życiu i życiu swojej nowej bandy. Stają się prawdziwymi Skautami Europy.

Rodzice

O tym już było powyżej, stało się już dla nas oczywistością to, co dla wielu nie jest: pracujemy z rodzicami, komunikujemy z nimi, tłumaczymy im nasz projekt wychowawczy, nie boimy się rodziców, ale liczymy na ich współpracę, przychylność, ba! entuzjazm. To właśnie dlatego w wielu  miejscach ustawiają się kolejki do jednostek, bo jedni rodzice drugim polecają nasz skauting. Oczywiście zwykle dźwignia rodzicielska działa najbardziej do 12 roku życia (wilczki), ale okazuje się, że dobrzy rodzice mogą również skutecznie zachęcić swoje dzieci-gimnazjalistów, licealistów i studentów. Ostatnio ktoś mi opowiadał taką sytuację, jak jedna mama zachęciła swoją córkę maturzystkę. Piszemy do rodziców listy, wysyłamy im maile, newslettery, filmiki, zapraszamy na Rozpoczęcie roku, Dzień modlitw, Rozesłanie, etc. Budujemy z nimi, równocześnie strzegąc tej przestrzeni wolności młodych przed jakąś nierozsądną interwencją. Budować kulturę komunikacji z rodzicami np. umieć napisać maila, poprowadzić spotkanie, etc. to coraz ważniejsza umiejętność szefowej i szefa, nie mówiąc o szczepowych i hufcowych.

Czy wszyscy mają stosować wszystkie modele?

Ja nie wiem, to zależy od każdego z hufcowych, jak chce rozwijać swój hufiec. Chciałem tylko pokazać różne możliwości. Otworzyć horyzont, poszerzyć wyobraźnię. Jeszcze niedawno ja sam tych rzeczy sobie nie wyobrażałem. Dopiero jak się spróbuje, to można się przekonać. Mimo, że poświęciłem najwięcej czasu modelowi „szczep od zera”, nie jest moją intencją namawianie do powszechnego stosowania. Może wolisz inny, „pączkujący” styl rozwijania twojego hufca. Albo lokalną Puszczę lub Bluszcz. Spoko. Chcę tylko poszerzyć możliwości, dzieląc się doświadczeniami. Ale prawdą jest, że chciałbym na szerszą skalę zastosować model „szczep od zera” do rozwoju w całej Polsce. Do tej pory, do zdobywania zupełnie dziewiczych terenów służyły wyłącznie samodzielne zastępy. Chciałbym dodać do tego również metodę włoską „szczep od zera”. W ubiegłym roku uczestniczyłem w powołaniu 4 takich szczepów od zera. Udało się tak zacząć w Boguchwale i Wólce Podleśnej koło Rzeszowa. Chodzi o to, że pomijamy etap SZ i od razu budujemy cały szczep: gromadę i drużynę. Od razu stawiamy to na własne nogi. Paweł Czuba mi pisał, że tak zaczął w czerwcu w jednej parafii w Lublinie: najpierw spotkanie z proboszczem i małą grupą zainteresowanych przed wakacjami, a we wrześniu cała niedziela ogłoszeń po mszach i spotkanie wieczorem. W ubiegłą niedzielę byłem świadkiem jak w parafii na Bemowie w Warszawie zgłosiło się ponad 30 dzieci i pięcioro dorosłych wolontariuszy. W przyszłą niedzielę jadę do Milanówka, gdzie Piotrek Sitko już zebrał dużą grupę rodziców w czerwcu oraz ma kandydata na drużynowego. Mamy nadzieję, że znajdziemy kandydatów na szefów do pozostałych jednostek.

Kim jest zatem hufcowy?

Administratorem pilnującym, żeby wszystkie formalności wymagane przez Hoboka były na czas? Egzekutorem wymagań wobec szefów? Takie ustawienie zadań hufcowego przypomina mi zadania zarządcy masy upadłości: sporządzić bilans długów i wierzytelności, ściągnąć długi, spłacić wierzycieli, sprzedać majątek i to co z przedsiębiorstwa zostało.

Hufcowy ma być wielkim kreatorem rzeczywistości Skautów Europy na swoim terenie. Umacniać istniejące, budować nowe. Nie ma być wielkim kontrolerem, tylko wielkim motywatorem. Do spraw administracyjnych ma poprosić kogoś, kto będzie to ogarniał, sprawy operacyjne cedując maksymalnie na szczepowych. Hufcowa ma być naczelniczką Skautów Europy w swoim hufcu. Namiestnicy nie asystentami pedagogicznymi jedynie naczelnika, ale również hufcowych.

Ma tworzyć atmosferę radości. I ma od czasu do czasu wyruszać na pierwszą linię. Nic tak nie motywuje szefów, jak widzą, że ich hufcowy rusza w pierwszym szeregu: montuje nowe środowisko, pracuje z nowymi, występuje na ogłoszeniach w parafii, mówi speech na spotkaniu z rodzicami, idzie się mądrzyć do radia. Nie chce być jedynie tym, którzy mądrze radzi siedząc na miękkiej sofie, ale który zdobywa doświadczenie na pierwszej linii.

Ma umieć postępować z nowymi ludźmi. Są tacy, którzy zniechęcają nowych. Mówią ciężkim głosem, o tym jakie to trudne, odpowiedzialne, tworzą listę idealnych celów wychowawczych, obowiązków do spełnienia i obowiązkowych spotkań w ciągu roku. Nieraz było tak, że chcieli oni odchodzić po takiej ciężkiej rozmowie z kimś, kto zupełnie nie ma wyczucia. Po czym jednak ktoś mądry odwrócił fatalną dynamikę, zachęcił ich i są świetnymi i odpowiedzialnymi szefami. Nie wolno straszyć: ludzie mają studia, czasem pracują, nie wiedzą, czy dadzą sobie radę. Ale wiadomo, że im bardziej zdolni, tym lepiej dadzą sobie radę. Ostatnio właśnie dlatego zgłosiła się jedna 20-latka: chcę do Was, bo liczę, że dzięki Wam lepiej dam sobie radę.

Prawdziwa odpowiedzialność

Naszych szefów rzucamy na głęboko wodę. Nie jest ona aż tak głęboka. Ale dzięki montowaniu drużyny, ustawianiu spraw i z dziewczynami i z rodzicami i z księdzem, nasza 20-latka naprawdę staje się kimś dojrzalszym. Nie możemy nadopiekuńczo interweniować. Mamy dać szkolenia, pójść na spotkanie z rodzicami, jeśli nas prosi, pożyczyć auto, rzutnik, przyjąć zastęp w domu na grze 11 Listopada, słowem: możemy pomagać na tysiące sposobów, pokazując, że nie jest sam, nie jest sama. Ale ostatecznie to na niej spoczywa najbardziej realna odpowiedzialność, nie na nas. I tak ma być, tak jest dobrze. Najwyżej się nie uda, i co z tego? Będzie jakieś doświadczenie. Żadna trauma. A w dorosłym życiu ile razy im się coś nie uda? Nie chciejmy „za dużo” doradzać, przejmując de facto kontrolę. To droga donikąd. Pozwólmy popełniać błędy. Nasz model to nie prowadzenie za rączkę. Nasz model to: dać szkolenie, potem dać realną odpowiedzialność. Ludzie w skautingu nie formują się na „sucho”, ale biorąc coś na siebie. Musimy dopuszczać myśl, ba! liczyć na to, że oni wymyślą niektóre rzeczy lepiej od nas. No, ale trzeba im tę szansę dać. Jak będziemy od nich wymagać postępowania wg. jakiegoś zbyt sztywnego schematu, to nie damy im okazji do innowacji, czyli do pokazania swojego talentu. I najważniejsze: szefowie, szefowe, najlepiej się motywują nawzajem, między sobą. Może być tak, że w tym hufcu wszystkie dziewczyny mają matkę drogi, ale nie chcą podejmować służb. To znaczy, że popełniamy jakiś błąd. Pewnie taki, że nie potrafimy stworzyć atmosfery swobody i radości między szefowymi. Mamy jakąś złą koncepcję ogniska. Zamkniętą. Nastawioną na wąsko pojętą „formację indywidualną” z wyłącznie indywidualnymi i pionowymi relacjami. One muszą być, ale w tle. Na pierwszym planie jest zawsze wielka, właścicielska atmosfera między szefowymi.