16 października 2013

Szwajcaria, Św. Maurycy i ekspresja

Kolejny fragment "Przygód komisarza". Nie pamiętam już dokładnie jak to się stało, że stanęła sprawa pojechania pod koniec lutego 2010 na obóz szkoleniowy do Szwajcarii organizowany przez Dawida Sancheza, naczelnika szwajcarskiego. O Dawidzie zdążyłem już wyrobić sobie jak najlepszą opinię na podstawie osobistego kontaktu oraz tego, co mi opowiadał Jacques. Dzięki Dawidowi organizacja szwajcarska zaczęła się w końcu rozwijać. Po dwudziestu latach istnienia jednego szczepu w Genewie, nareszcie zaczęły powstawać kolejne, również poza Genewą. Marcin Kuczaj zrobił reklamę wśród drużynowych i pojechaliśmy we czterech: Maciek Zagrajek, Leszek Piątek, Przemek Dmuch i ja. Ruszyliśmy samochodem z Warszawy do Fuldy, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg u Martina Boese z niemieckiego FSE. Następnego dnia zatrzymaliśmy się na herbatę u Martina Hafnera w okolicach Heilbronn, a wieczorem dotarliśmy do Genewy. Tam zjeżdżali się już uczestnicy obozu, głównie z Francji. Następnego dnia przez Lozannę, udaliśmy się do St. Maurice, miejscowości związanej z męczeństwem Św. Maurycego, tego samego, którego włócznię podarował cesarz Otton III Bolesławowi Chrobremu na w Gnieźnie w 1000 r., Miejscowość leży w dolinie biegnącej do przełęczy Św. Bernarda, jednego z ważniejszych historycznie szlaków przez Alpy. To była pewnie jedyna droga przez Alpy z Italii do Galii. Ta sama prawdopodobnie, którą obrał Hanibal kilkaset lat wcześniej.

Historia męczeństwa Św. Maurycego i legionu tebańskiego jest niesamowita. Mieliśmy okazję nieraz być na wielkim polu,miejscu męczeństwa. Do tej pory jest ono uznawane za ziemię świętą, na której nie wypasa się bydła ani nie ma upraw. To było pod koniec III w. Może na przełomie IV. Za panowania cesarza Dioklecjana, który prześladował chrześcijan. Był to ostatni cesarz, który prześladował chrześcijan. Krótko po nim przyszedł Konstantyn. Z Dioklecjanem częścią zachodnią cesarstwa współrządził Maksymian. Dioklecjan wysłał Maksymianowi na ekspedycję do Galii, legion tebański z Egiptu na którego czele stał Maurycy. Było ich 6 500 żołnierzy, prawdopodobnie już wtedy byli chrześcijanami, ale mogło być też tak, że wielu z nich po prostu przeszło „chrzest krwi” w efekcie tego, co się miało wydarzyć. Po przekroczeniu Alp cesarz Maksymian kazał wymordować ludność chrześcijańską mieszkającą w dolinie. Prawdopodobnie uważał jej lojalność za wątpliwą, a dolina była naprawdę strategiczna, wąska na kilkaset metrów, może kilometr, pomiędzy szczytami liczącymi ponad 2 tys. metrów. Obozowaliśmy w tej dolinie otoczeni tymi szczytami. Kilkaset metrów poniżej biegnie obecnie autostrada i linia kolejowa do Włoch. Cesarz wydał rozkaz wymordowania ludności. Maurycy odmówił. Wiemy jak to działa w czasach współczesnych. Nieraz słyszeliśmy: „rozkaz jest rozkaz” w kontekście dokonań Wermachtu na ten przykład. A wtedy chodziło przecież o odmowę rozkazu aż samej „boskiej” władzy cesarskiej, a nie jakiemuś tam generałowi z całym szacunkiem. Cesarz rozkazuje całemu wojsku otoczyć legię tebańską i ściąć mieczem co dziesiątego legionistę, po czym ponawia rozkaz. Znów odmowa. Znów co dziesiąty zostaje ścięty. Znów odmowa. Wówczas cesarz rozkazuje zamordować wszystkich żołnierzy legii tebańskiej, w tym Maurycego i pozostałych dowódców.

Staliśmy na tym polu, słuchaliśmy tej opowieści i nie wiem, co czuli inni, ale mi zaczęły drżeć kolana ze strachu. Pomyślałem, że to są jednak poważne sprawy, w których uczestniczymy od momentu przyjścia na świat i od momentu chrztu. Jak przyjdzie co do czego, to nie ma się gdzie schować. Modliłem się na grobie Św. Maurycego w pobliskim klasztorze, by Pan dał nam wszystkim łaskę męstwa i wytrwania aż do końca przy Nim.

Obóz szkoleniowy był po prostu rewelacyjny. Dawid Sanchez miał koncepcję oparcia całego ducha i stylu obozu na ekspresji. Codziennie odbywały się sesje podsumowujące ekspresję. Ogniska z dnia na dzień były coraz lepsze. Chłopaki motywowani przez Dawida dokonywali cudów. Dzięki temu doświadczeniu zaczęliśmy tak robić też na Adalbertusie i od kilku lat przynosi to niesamowite efekty. Dawid w ogóle prowadził swoją drużynę w Genewie w oparciu o ekspresję. To ona nadawała atmosferę i ducha w drużynie. Ja coś podobnego widziałem w Czechach, gdzie Ondrej z chłopakami był w stanie na poczekaniu zmontować scenkę na zasadzie przerywnika w obradach. Tak jak się czasem śpiewa piosenkę. Okazało się, że słynny teatr szwajcarski podczas Eurojamu w Żelazku w 2003 to nie była jakaś sprawa jednorazowa.
Mieliśmy też na koniec obozu całonocną adorację - "sztafetę", każdy z szefów, dwójkami, szedł na swoje pół godziny prawie kilometr do kaplicy prowadzonej przez jakąś wspólnotę, z tych nowych. Przypadło mi gdzieś w środku nocy i to było niezłe przeżycie iść na tą adorację pośród gór po nocy samemu.

W Kraalu oprócz Dawida był też Achille (czyli Achilles) Craplet, ks. Gaspard Craplet, brat Achillesa, wicerektor seminarium w Ars, Cyrille Mounier i Francois d’Aligny. Jeszcze dwie osoby do logistyki. Świetna ekipa, kompetentna, doskonale się nam rozmawiało i wspólnie przebywało. FSE w Genewie i w ogóle w Szwajcarii ma tę właściwość, że jest tam bardzo dużo osób z Francji. Ponieważ Genewa jest taka naprawdę „otoczona” Francją, to dla wielu rodzin francuskich z okolic to właśnie Genewa jest od lat najbliżej położonym miejscem, w którym są Skauci Europy.
Ks. Gaspard opowiedział mi niesamowitą historię seminarium w Ars, jednego z najbardziej obleganych seminariów we Francji. Kiedyś może ją opowiem.

To był luty, ale ponieważ obozowaliśmy na wysokości ok. 600 m n.p.m. to nie było śniegu, który zaczynał się powyżej 1000 metrów. Było mimo wszystko dość ciepło i pogodnie. Temperatura w ciągu dnia była powyżej zera. Na początku wiał rodzaj tamtejszego halnego i to faktycznie było trochę takie złowrogie. Mieliśmy oczywiście do dyspozycji jakieś lokale w pobliskiej wsi na konferencje oraz kościół na msze, więc aż tak nie marzliśmy. No, ale problemem było umycie się. Niektórzy szli do tego lokalu pod taki malutki kranik. Nie podobało mi się to jednak i szukałem jakiegoś sensowniejszego rozwiązania. Drugiego dnia w czasie godziny wędrownika, kilkaset metrów od obozu, natknąłem się na taki potężny strumień górski z kaskadą nawet. No nareszcie godne rozwiązanie problemu mycia się. Pomyślałem, że nie będę nikogo wkręcał, tylko sam najpierw spróbuję, czy dam radę. Wróciłem po mydło i ręcznik. Potem do slipek i chlust do tej zimnej wody. Szybkie namydlenie się i jeszcze raz, tym razem pod kaskadę, jak pod prysznic. Wytarłem się, ubrałem. Jak wiadomo po czymś takim robi się niesamowicie ciepło i przyjemnie. No, ale najpierw trzeba się odważyć. Wróciłem i triumfalnie obwieściłem w Kraalu, jak można się umyć. Szwajcarzy i Francuzi patrzyli na mnie ze zdumieniem. Ale co tam ich będę przekonywał. Poszedłem do Polaków. Wiedziałem po prostu, że Polacy podejdą do sprawy z entuzjazmem, pomny na doświadczenia z Vezelay. Nie pomyliłem się. Leszek, Maciek i Przemek dziarsko wskoczyli do zimnego górskiego strumienia, szczęśliwi, że nareszcie mogą się porządnie umyć. Oczywiście sprawa szybko się rozniosła. Nasze notowania osiągnęły niebotycznych szczytów, a wielu Francuzów wzięło z nas przykład.

Jak zwykle starałem się uwrażliwić szefów na wymiar europejski. Szczególnie ważne jest to w dużych organizacjach jak Francja, czy Włochy. W mniejszych, z natury rzeczy niejako niesamowystarczalnych, ich świadomość przynależności do wielkiej rodziny FSE jest większe. Natomiast we Francji np. często jest tak, że jak się zapytać kogoś dlaczego nazywamy się „Skauci Europy”, to można usłyszeć: „Nie wiem, chyba dlatego, bo nazwa Skauci Francji już była zajęta”. Na apelu rozpoczynającym obóz szkoleniowy, Dawid Sanchez ogłosił: „No i mamy wielkie szczęście mieć z nami samego komisarza federalnego”. Z szeregów dało się słyszeć: „A kto to taki?”. Wiadomo, taki przeciętny drużynowy nie wie często kto jest jego hufcowym, czy naczelnikiem, a co dopiero jakiś tam komisarz federalny. Dla mnie stwarzało to świetną okazję do opowiadania i rozszerzania horyzontów. Moją obsesją stało się kojarzenie drużyn na wspólne obozy i wydaje mi się, że to zaowocowało dość nieźle, przynajmniej w odniesieniu do Polski. Przez kolejne wakacje do Polski zaczęło przyjeżdżać po kilka drużyn z innych krajów, a i sami Polacy wreszcie zaczęli jeździć na obozy zagraniczne.

Zostawiłem chłopakom samochód, a sam wróciłem dzień wcześniej do Polski samolotem z Genewy, żeby być na Radzie Naczelnej, na zaproszenie jej przewodniczącego Marka Muchy, w Warszawie.
W Szwajcarii byłem jeszcze dwa razy jako komisarz. Mogłem uczestniczyć w inauguracji szczepów w Lozannie oraz w spotkaniach ekip krajowych i Rady Naczelnej. Szwajcaria jest świetnym przykładem, że w każdym kraju możemy rozwijać skauting katolicki. Po Genewie i Lozannie pojawił się Zurych, a potem Fryburg. Ożywiły się tez kontakty między Polską a Szwajcarią. W 2011 w lutym na obóz do Szwajcarii pojechało 15 osób z Polski pod wodzą Błażeja Marzocha, co stanowiło 50% uczestników. Dawid opowiadał potem, że "ten wymiar europejski to naprawdę prawdziwe wyzwanie...". Szwajcarzy przyjechali też na obozy szkoleniowe do Polski w 2012. 1. Chełmska FSE w 2011 wspólnie z 3. Genewską FSE zorganizowały obóz w Pirenejach. Szwajcarzy mają bardzo fajny styl skautowy, taki lekki, pociągający, z dużą fantazją. Skorzystaliśmy ogromnie na tej współpracy.