17 marca 2014

Uwierzyć w podwórko

Byłem wczoraj z Marysią i Frankiem w Ożarowie Mazowieckim. To jest na zachód od Warszawy, na starej drodze nr 2 do Poznania. Mieliśmy całą niedzielę ogłoszenia na mszach, a potem spotkanie wieczorem z rodzicami i dziećmi. Pewnie myślicie, że nikt nie przyszedł. A nie, przepraszam, odwrotnie. Już przecież przywykliście. Tak, tak. Macie rację. Przyszło ponad 60 osób, na liście 30 chętnych dzieci. Dobra, dobra, ktoś powie… dzieci to są wszędzie. Słusznie. Ale czy są kandydaci na szefowe/szefów? Pewnie znów myślicie, że nie. No, nie macie racji. Jest jedna studentka do wilczków, rodzice mają kilka kandydatek, a dziś telefon od jednego taty, że on z kolegą mogą pociągnąć te wilczki, tylko jeszcze musi z żoną to uzgodnić. A 5 kwietnia zbiórka założycielska zastępu dziewczyn. Przyszło ich aż 9 i zapowiedziały, że jeszcze przyprowadzą koleżanki. Więc może tych zastępów będzie od razu dwa. No i co ja mam na to wszystko powiedzieć?

Ale nie o tym dziś chciałem. Otóż podeszła po spotkaniu jedna mama i zaczęła nam opowiadać, że ma chrześniaka, 15 lat i że ona go spróbuje zachęcić, bo on to z kolegami sobie urządza taką właśnie bandę podwórkową, budują szałasy, gotują herbatkę z ziół, bawią się w podchody i w co tam sobie jeszcze można wyobrazić. Nie, nie, nie są jacyś dziwni. Trochę na komputerze też grają. Żeby nie było. Ale jak tylko mogą to dawaj w las. No więc może ta pani go namówi. Ale ja w sumie potem to trochę sobie wyrzucałem, że nie wpadłem, żeby tej pani powiedzieć, że może tak, a może nie trzeba go specjalnie namawiać, tylko niech ona mu kupi na prezent Skautoramę, bo to na pewno mu dostarczy nowych pomysłów na to podwórko, które on sobie organizuje z kolegami. A czy w końcu do nas trafi, czy nie, to oczywiście nam zależy, ale ostatecznie w tym momencie to jest trochę drugorzędne. Najważniejsze jest to naturalne podwórko.

I wczoraj wieczorem po usłyszeniu tej historii to się bardzo rozmarzyłem: ach! żeby tak mieć jakiś solidny budżet na działalność promocyjną (nie, nie, nie na pensje, etaty i podróże służbowe), tylko właśnie na działalność promocyjną, to wydrukowalibyśmy nie wiem ile tych Skautoram i wstawilibyśmy do wszystkich bibliotek szkolnych i do wszystkich parafii i nie wiem, gdzie jeszcze. W każdym razie z takim zamiarem, żeby SKONFIGUROWAĆ POLSKIE PODWÓRKO. Czyli spopularyzować pewien rodzaj aktywności podwórkowej. Coś jak NBA w latach 90-tych, nie wiem, czy pamiętacie. To było tak popularne, że na każdym podwórku pojawił się nagle kosz, ba! nawet w prywatnych ogródkach, przy garażu zwykle był zainstalowany kosz. Potem to chyba jakoś minęło, ale przecież szał był nieprawdopodobny, pamiętam, jak moi bracia wstawali o 3 rano, żeby oglądać te mecze. No więc teraz zamiast tego kosza i tych meczów o 3 rano, wyobraźcie sobie Skautoramę i np. na tym podwórku budowaną platformę albo wieżę z żerdek. Albo taki teatr z prześcieradłem, miejscami na dwa ogniska i scenografią jak na rysunkach ze Skautoramy. I w letnie wieczory zbierającą się tam bandę podwórkową i prezentującą przedstawienia.

No dobrze, wiem, że się rozmarzyłem, wiem, że nikt w to już dziś nie wierzy. Szczególnie dorośli, rodzice i księża. My w to nie wierzymy. Wierzymy za to bardzo chętnie w kolejne komercyjne propozycje dla dzieci i młodzieży. Kolonie za 2 i pół tysiąca złotych z fachowymi instruktorami od ścianki, tenisa, jazdy konnej i czego tam jeszcze. Albo w zajęcia karate dla najmłodszych. Ostatnio odkryłem, że są takie w jednym centrum handlowym i normalnie można te dzieci oglądać jak w kimonach wymachują tymi swoimi małymi nóżkami i rączkami. Nie wymieniam już innych propozycji, bo znacie to lepiej ode mnie.

No, ale jak by przyszło do postawienia z żerdek urządzeń obozowych na podwórku, no to przecież zaraz by była afera albo taki krąg ogniskowy ze scenografią. No, jak to, że młodzi sami bez nadzoru, to niebezpieczne. I jeszcze pozwolenie jakieś albo Bóg jeden wie, jaka inna przeszkoda. Np. musiałaby być zatrudniona taka pani w dzielnicowym ośrodku kultury, żeby nadzorować. Ale może się mylę, może trzeba by było spróbować. Tylko, że chyba już nikt w to nie wierzy. Rodzice to jeszcze pewnie najbardziej by chcieli, bo pamiętają czasy, gdy oni sami mieli normalne podwórko. Owszem, może tak być, że coraz więcej jest takich, którzy myślą, że to przecież nie jest żadna droga do kariery i sukcesu życiowego. Ja nie wiem, skąd się to bierze, bo przecież obecne pokolenie menedżerów, ludzi sukcesu, to takie chłopaki z podwórka. Porozmawiajcie z ludźmi, którzy organizują szkolenia dla prezesów firm. To często takie chłopaki z podwórka, co to musieli najpierw niejednemu przyfasolić i samemu oberwać. Szkoła życia. No dobra, muszę się trochę wycofać, żeby nie być posądzonym o propagowanie agresji wśród młodych. Ale przecież sami rozumiecie o czym piszę.

Więc musimy my wszyscy dorośli uwierzyć w to podwórko. I je zorganizować. To dlatego chcemy ten skauting w każdej parafii. A jak ktoś nie chce skautingu, to niech sobie przynajmniej kupi Skautoramę do pomocy. Np. księża, którzy często nie mają pomysłu, co robić z ministrantami. Służyć do mszy i grać w piłkę. Cała propozycja. Do tego potrzebujemy 20-latków. Tylko oni będą w stanie to uruchomić, pociągnąć młodszych. My starzy też czasem możemy się na coś przydać. Bylebyśmy nie stracili „słuchu pedagogicznego”. Bo tracimy. Niestety. Odrobina wiary i wyobraźni i nam się to uda. Przecież już tak niesamowicie się udaje. Wczoraj napisał do mnie Marek Smid ze Słowacji, że oni chcą koniecznie przyjechać na taką wizytę studyjną do Polski, bo chcą się tak na poważnie dowiedzieć, jak ten skauting rozwijać. Że tylko w Polsce można się tego dowiedzieć. W tą niedzielę jedziemy do Olsztyna, gdzie rodzice organizują akcje promocyjną w parafii Chrystusa Odkupiciela. Za dwa tygodnie z Jarkiem Głażewskim będę uczestniczył w takiej akcji w jednej parafii na Śląsku. Rusza Szczecin, Toruń, przygotowujemy Łódź. I tyle innych miejsc.

Ja już dawno temu sobie myślałem tak: byłem naczelnikiem, byłem komisarzem. Już robiłem wszystko w tym ruchu. Chyba już muszę odejść, bo przecież już nic nie mogę robić. W końcu to żaden pomysł zabierać miejsce młodszym i zdolniejszym.  No, mogę pojechać na obóz szkoleniowy do kadry i zajmować się zaopatrzeniem. Albo zostać szczepowym. Ale jakoś tak się złożyło z tym rozwojem. No i tak budujemy doświadczenie jak to robić. Teraz w gronie osób zajmujących się rozwojem budujemy takie „centrum rozwoju”, czyli zbieramy wszystkie doświadczenia, produkujemy materiały, prezentacje, doradzamy, jeździmy. Mamy w zanadrzu „samodzielne zastępy” i „szczepy od zera”. Coraz bardziej się uczymy jak to robić. I to jest taka oferta dla tych wszystkich "starych", którzy chcieliby się w taką przygodę zaangażować. Możemy go nauczyć jak to się robi i będzie miał frajdę jeżdżenia po całej Polsce i zakładania szczepów Skautów Europy. Będzie miał "swoje" miejsce w ruchu. Nie wiem, czy jest coś bardziej pasjonującego. A poza tym, to potrzeba więcej rąk na pokładzie, bo niedługo zostaniemy zalani prośbami. Już jesteśmy. Basia Pizoń miała w miniony weeked na kursie szkoleniowym Dżungla w Łodzi 37 kandydatek na szefowe żółtej gałęzi, z czego prawie połowa to dziewczyny jeszcze bez mundurów i przyrzeczenia, które dopiero zaczynają. Możecie więc sobie wyobrazić, o co tu idzie.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz