26 sierpnia 2014

O relacjach, serdeczności i wtajemniczeniu


Od dłuższego już czasu bardzo dużo mówi się o inteligencji emocjonalnej, o roli uczuć, o umiejętności nawiązywania relacji. Ja to nazywam, trochę upraszczając oczywiście, serdecznością. Są osoby serdeczne, łatwo nawiązujące relacje, jakby takimi byli od urodzenia. Lgniemy do nich i skrycie im zazdrościmy my wszyscy, piszącego nie wyłączając, buce, mruki i buraki. Zazdrościmy, ale lgniemy, bo przecież jakie mamy wyjście. Może się od nich trochę nauczymy i może uda się nam z tego autyzmu wydostać. Piszę o tym, bo są teraz obozy i wędrówki szkoleniowe, gdzie formuje się nowe szefowe i szefów, a wiadomo, że nic tak nie pomaga szefowi jak odrobina wyczucia w relacjach, jak serdeczność okazywana wszystkim wokół. My w naszym skautingu nie uprawiamy takiego typu relacji oficerskich, jak w wojsku, gdzie szef nie może okazać serdeczności podwładnemu, tylko musi pohukiwać i sprowadzać do parteru, bo inaczej nie będzie szanowany. U nas tak nie jest, lansujemy styl „łagodnego przywództwa”, jak to kiedyś Krzychu Noworyta odkrywczo sformułował. Styl, który nie ma nic wspólnego z pozwalaniem, aby ktoś nam wchodził na głowę lub z lękiem przed podejmowaniem trudnych rozmów, trudnych tematów, trudnych decyzji. Jest to styl, który sprawia, że nie sterujemy ręcznie innymi, że nie traktujemy ich niepoważnie, wręcz przeciwnie pozwala nam lepiej rozumieć, że głównym celem szefa jest sprawić by dziewczyna/chłopak chciał sam z siebie, by go postawić na nogi, by sam decydował, by był niezależny i samodzielny w swoich decyzjach. Jesteśmy zatem na antypodach w stosunku do „oficerskości” z jednej strony, a z drugiej w stosunku do nadopiekuńczości, podejmowania decyzji za kogoś, pomijania zdania innych. Nie boimy się zaufać i powierzać młodszym poważnych zadań, bo przecież nie mamy innego środka wychowawczego. Nasz system rad jest tu fundamentalny. Podobnie jak szanowanie „indywidualności”. Pisałem o tym już na tym blogu.

Wracam do tych relacji i do serdeczności. Jak wiemy życie jest pełne paradoksów, chrześcijaństwo jest pełne paradoksów, prawdziwa mądrość polega na paradoksach po prostu, czyli na takim połączeniu na wyższym poziomie rzeczy pozornie ze sobą sprzecznych. Skauting jest z natury konstrukcją delikatną, bo podwórkową, opartą o naturalne mechanizmy, o przyjaźń, zaufanie, jest opartą na tym, że mi się chce, a jak mi się nie chce, to nie muszę. W końcu to wszystko jest system zachęt, skierowany do ludzi, którzy co do zasady chcą, a nie ścisłych obowiązków, którymi zmusza się niepokornych. Co sprawia, że wszystko opiera się na relacjach, a nie na hierarchii i rozkazach. Co jest paradoksalne, bo przecież jesteśmy organizacją hierarchiczną, ba! takim dość klasycznym przykładem. I to jest w dużej mierze prawdą, bo jakiś porządek i jasny podział kompetencji musi być. W końcu osobista odpowiedzialność jest jedynym z głównych motorów naszej pedagogiki. Będąc organizacją hierarchiczną, staramy się jednak nie budować „relacji hierarchicznych”. Jest to szczególnie ważne w odniesieniu do wspólnoty dorosłych, czyli do wszystkich w wieku powyżej 18 lat, czyli do wspólnoty szefowych i szefów. Hufcowa nie traktuje swoich drużynowych jak małe harcerki, bo inaczej to nigdy ich nie wychowa. Staramy się nie budować formalnych i nieformalnych hierarchii w obrębie tej wspólnoty dorosłych, wynikających ze stażu, doświadczenia życiowego, wieku, ilości pełnionych ważnych funkcji w przeszłości. Szukamy po prostu pośród nas najlepszych, jeśli chodzi o talent, styl, ducha, wiedzę, dojrzałość, by powierzyć mu ważne funkcje, powiedzmy od hufcowego wzwyż bez względu na to, czy ma lat 22, czy 30, czy może 50. Co więcej, zupełnie nie boimy się ludzi nowych, którzy przychodzą do nas w wieku dorosłym, a którzy po zdobyciu doświadczenia na „pierwszej linii”, czyli byciu szefem jednostki, czy szczepowym, przekonują nas, że są z naszego ducha, tak jakby byli w ruchu nie lat dwa-trzy, ale lat 20. Też o tym pisałem dając przykład wielkiego Jacquesa Mougenot.

Nie ma u nas „wtajemniczeń”. Jest tylko nabywanie niezbędnego doświadczenia. Ja wiem, że niektórzy „starzy”, którzy są w ruchu od 10-20 lat i więcej mogą się poczuć niewygodnie. Jak to? Ja tyle czasu poświęciłam, poświęciłem, mam tyle doświadczenia, a ten tu nowy, od razu tak wskoczył i ja mam go słuchać, że niby on to wszystko doskonale czuje? Chwila, chwila. I niby czytaliśmy tysiąc razy przypowieść o robotnikach w winnicy, niby teoretycznie przyznajemy, że no faktycznie, przecież Jacques na przykład, a jednak potem w praktyce to nie bardzo się potrafimy z tym pogodzić. Po pierwsze na poziomie w ogóle wyobrażenia sobie, że ktoś może wskoczyć w wieku 20-25-30 lat i świetnie sprawy poczuć i nadawać się nawet na naczelnika, a po drugie na poziomie aktywnego kreowania takich osób, ich „dopuszczenia”. Więc my starszy możemy być największymi hamulcowymi. Fenomen skądinąd znany od tysiącleci. Nic nowego.



Nie ma wtajemniczeń. Jest bardzo szybkie nabywanie doświadczenia, bo ten dorosły ma „interes” teraz, a nie za 3-4 lata. Ba! nie za rok nawet, ale w ciągu najbliższych miesięcy. „Mieć w tym interes” to ostatnio podstawowe pojęcie z zakresu pedagogiki Skautów Europy. Pierwszy z 5 motorów. Nigdy nie rozumiałem, dopiero Krzysiek Jankowski mi wytłumaczył na Aprilisie w tym roku. On pewnie powie, że to jest jakaś moja interpretacja, że on nic takiego nie mówił, a w ogóle, że ja to źle zrozumiałem. Założę się, że tak powie. Przydatność tych nowych osób dorosłych decyduje się w ciągu kilku miesięcy, bo my przecież nie bierzemy takich osób na długotrwałe „wychowanie”, bo my się tym nie zajmujemy. Zajmujemy się „długotrwałym wychowaniem” młodych, a nie dorosłych. Więc jak widzimy, że ten dorosły jest dorosły i dojrzały, to startujemy od razu, w sensie to on nam mówi, kiedy czuje się przygotowany. W końcu jest odpowiedzialny, ma żonę i dzieci i poważną pracę i nie ma powodu ściemniać. A co to znaczy dorosły i dojrzały, to chyba jest dość wiadomo już od chwili, gdy nauczyliśmy się 12-letniego chłopaka/dziewczynę dopuszczać do przyrzeczenia.

Dzięki zaufaniu, które okazujemy wielu, szczególnie „młodych” dorosłych, czyli takich w wieku 18-24 i starszych się NAWRACA. Dzięki temu, że im zaufaliśmy, że szybko daliśmy im przestrzeń, gdzie się czują przydatni, czyli służbę wśród młodszych, to oni się nawracają, wychodzą z depresji, czy nie wiem jakich często problemów, często wcale nie jakichś serialowych, tylko po prostu z jakiejś apatii i zwykłej niechęci do życia. Kto z nas nie przeżył. Ja już pewnie opowiadałem tę historię. O jednym francuskim małżeństwie. Spotkałem ich zresztą na Eurojamie i im to opowiedziałem, jak bardzo ich przykład oddziałał na ten nasze „6 Tysięcy!”. Ze względów zawodowych znaleźli się kilka lat temu na głębokiej prowincji francuskiej. Wiecie jak wygląda głęboka prowincja francuska. Byliście w Normandii albo w Burgundii idąc do Vezelay. W porównaniu z prowincją francuską, prowincja polska to jest jakiś Nowy Jork albo co najmniej Marszałkowska. I oni tam na tej głębokiej prowincji francuskiej, co to nikomu nie życzymy, by się tam znalazł, zaczęli zakładać szczep FSE. W parafii liczącej może sto osób. Kilka rodzin i jakieś kworum dzieci do jednostek dało się znaleźć, to nawet na tej głębokiej prowincji francuskiej zdarzyć się przecież może przy odrobinie szczęścia. Ale skąd wziąć szefowe i szefów? Takich kandydatów, co by chodzili do kościoła nie było. Po prostu. Jedna niedziela – nie ma nikogo w wieku 18-24 lata. Kolejna niedziela – nie ma nikogo. Nie ma po prostu szans. Bądźmy realistami, proszę państwa. To poszukali dziewczyn i chłopaków, którzy nie chodzą do kościoła, ale się dobrze prowadzą. I zrobili z nich szefowe i szefów. Wyszkolili ich, zaczęli te zbiórki. I wyobraźcie sobie, że pod wpływem całej tej Wilczkowej i skautowej atmosfery, oni zaczęli do tego kościoła chodzić. Nie odwrotnie. Ci moi przyjaciele mieli łzy w oczach, bo myśleli, że nikt o tym nie wie, a w dodatku w samej Francji, to niektórzy wewnątrz FSE ich prześladują, że to jest rzekomo „nieodpowiedzialne” i „niepedagogiczne” to, co oni robią. Oni mieli łzy w oczach, że w Polsce tak robimy, zainspirowani ich skromną historią i że nikt nikogo nie prześladuje, że to nieodpowiedzialne i niepedagogiczne, wręcz przeciwnie stało się to u nas wręcz metodą, stosowaną oczywiście z należytą roztropnością, wyczuciem i rozeznaniem. Ja już pisałem, że to jest nasza apostolska bomba atomowa. I wcale się nie dziwię, że niektórzy, „roztropni”, się jej boją, bo to w końcu nie jakaś tam rakieta ziemia-powietrze. To broń masowego rażenia.

Nie ma wtajemniczenia. Nie ma równoległej, nieformalnej hierarchii, do której trzeba wejść, żeby coś w tym ruchu robić. U nas nie jest się po to, żeby być albo zajmować „stanowisko”, tylko po to, żeby coś robić, żeby się na coś przydać. Nie budujemy „wspólnoty”, ale owszem wspólnotę dorosłych, którzy starają się żyć w swoim życiu osobistym dojrzałym życiem chrześcijańskim i od czasu do czasu zakładają mundur, żeby pomóc młodym szefom i szefowym jako szczepowy, hufcowy, namiestniczka, naczelnika, przewodniczący. To dlatego nie budujemy „relacji hierarchicznych”, nie wywodzimy żadnych „przywilejów” z racji tego, że nagle mamy większą rolę do odegrania lub że w przeszłości ją przez wiele lat odgrywaliśmy. Zachowujemy styl łagodnego przywództwa, licząc zawsze na jak największą liczbę osób do współpracy, to grono tworząc, zachęcając, otwierając, nie zamykając się w małym gronie „wtajemniczonych”, zawsze licząc, że oto na kolejne spotkanie może przyjedzie ten talent, którego przygotuję na mojego następcę. A nawet nie przygotuję, tylko mu oddam ten biznes, bo on już jest do tego dojrzały. Staramy się, by nasi nie tak dawni uczniowie stali się teraz naszymi mistrzami. Oczywiście, że my starzy potem przeżywamy, bo ta młodzież się zachowuje czasem, jakby wszystkie rozumy pozjadała. No, ale w końcu czy my sami się tak nie zachowywaliśmy 20 lat temu? Ktoś powie: a jak oni coś zepsują? Spoko, przyjdzie po nich kolejne pokolenie, które naprawi. I tyle. Doświadczyliśmy tego nie raz. Czasem musimy „przeżyć” tego słabego drużynowego, żeby się zdążył wychować nowy. I tak jest na wszystkich szczeblach.



 
Ja myślę, że wielu czytających ten tekst to sobie myśli, że ja tu bujam w jakichś obłokach i że to jest taki sajans-fikszyn. Że już go znamy, on ciągle o tym samym, nudno się robi. A poza tym to w tzw. „realnym” życiu jest inaczej. Że trzeba pilnować, pchać, uważać, nie ufać, samemu dopilnować, bo jak nie to się sypnie, że jak patrzę na tych młodych, to, o mój Boże!, co za pokaz nieodpowiedzialności, że to zbyt ryzykowne, że to przecież „nieodpowiedzialne”, że przepisy bezpieczeństwa, że papiery stwierdzające kwalifikacje, że nasz wizerunek organizacji, że w porządku, ale najpierw MBA ze skautingu przez dwa lata, że kwarantanna, że co do joty wszystkie punkty „Śladów” zaliczone, że ani jedna wędrówka i spotkanie nieopuszczone, że trzeba sprawdzić przez rok, dwa lata, że kto jak nie ja tak dobrze to zorganizuje i powie, że nikomu nie oddam tak ważnego zadania…..

Co ja na to mogę powiedzieć? Jakby tak nagle miało się stać, to zwyczajnie wtedy pójdę sobie na jakieś peryferie, jak to zrobiło to francuskie małżeństwo, przeczytam jeszcze raz „Evangelii Gaudium” papieża Franciszka i dalej będę robił swoje, czyli postaram się znów zaciągnąć na pokład jakichś ludzi nowych, „świeżaków”, co wcale nie jest „nieodpowiedzialne”, „nieformacyjne”, niepedagogiczne”, „obniżające jakość”, etc. Anzi, jak to mówią Włosi. Mam po prostu obsesję na punkcie tego, że zostaniemy sami, my wszyscy stara gwardia i będziemy wspominać piękne czasy, zamiast pozyskiwać ludzi nowych, nowe talenty, lepsze od nas, które poprowadzą ten pomysł w obszary, o jakich nam się nie śniło i które zwyczajnie są poza zasięgiem naszego Peselu. Mam taką obsesję i nic na to nie poradzę niestety.

Ale miało być o relacjach i serdeczności. Więc nie ustanawiajmy relacji hierarchicznych z równymi sobie. Ba! Jako 30-latek nie ustanawiaj relacji hierarchicznych z szefową, która ma 19 lat. Nie pozdrawiaj jej, jak ją spotkasz: „jak się masz, dziewczynko”, jakbyśmy chcieli powiedzieć, co ty wiesz o życiu, żeby zacytować klasyka. Ona, ta 19-latka jest po prostu niezastąpiona w swojej roli i robi to lepiej niż ty byś zrobiła, bo niestety nie masz już tych 19-lat…. Co nie oznacza, że trzeba być słodkim. Nie traktujmy zadania, które otrzymaliśmy, zaufania, jakim nas obdarzono jako sposobu na chodzenie z nosem do góry. Nie bądźmy przywiązani do tej podwyższonej samooceny, która niewątpliwe nam towarzyszy, jeśli z sukcesem prowadzimy jednostkę, czy hufiec, czy cały ruch. Cieszmy się z tego, że możemy to robić i dla samej cnoty „for the sake of achievement” i dla radości, że sprawiamy innym radość i jako sposób, żeby Panu Bogu powiedzieć „dziękuję”. Nie sądźmy, że po nas nikt już tego tak dobrze nie zrobi, raczej zróbmy co mamy zrobić i w spokoju oddajmy następnemu. Ale najpierw naprawdę zróbmy to, co trzeba zrobić…..


Ja co i rusz słyszę o „przeczołgiwaniu” w kontekście stopni, tasiemek, czy jakichś ceremonii w przypadku osób od 17 wzwyż. O zaliczaniu co do joty, co do punkcika. No właśnie, o „zaliczaniu”. Najważniejszym sprawdzianem zaliczenia jest realne życie i to temu realnemu życiu danej osoby musisz się przyjrzeć, a nie zaliczaniu obecności, spotkań i punktów. Poza tym lata mijają i jak nie teraz to nigdy, więc szkoda. Nie unieważniaj w ten sposób instrumentów wychowawczych. Pan Jezus jakoś nie miał problemów z dopuszczeniem do komunii. Wiemy jakie są warunki. Tylko brak grzechu ciężkiego. Ja, jak widzę, że ktoś jest super talentem i jest „nasz”, ale nie do końca „zalicza” wszystkie spotkania, to tym bardziej chcę go mieć, bo to znaczy, że on ma gdzieś indziej większy „interes” (uwaga! po raz kolejny się pojawia, chyba niedługo będzie na ten temat cały tekst) i się zastanawiam, jak zrobić, żeby ten interes odnalazł tu. I wiecie, co robię? Idę do niego i zamiast mu zrobić wyrzut: „dlaczego nie chodzisz?” lub, co nie daj Boże!, „idź sobie od nas”, to mu proponuję „zostań tu szefem”. Czynię akt zaufania oparty na moim „realnym”, a nie „formalnym” rozeznaniu danej osoby. Szukam jego „interesu”, a nie własnego. Bo, co z tego, że ja będę sztywno i ciasno realizował mój interes, który polega na tym, żeby przychodził, jeśli to nie do końca jest jego interes? Muszę znaleźć jego interes. Za dużo tracimy ludzi po przejściu na młodą drogę, bo nie szukamy ich interesu. Za mało ludzi pozyskujemy z zewnątrz w wieku 18-24, a jak się interesują, to ich tracimy, bo nie szukamy ich interesu. Mamy czasem źle zdefiniowany własny po prostu.

To jest właśnie ta zdolność do relacji, do wyczucia drugiego, jego „interesu”, do wyczucia jego oczekiwań, pragnień, aspiracji, do potraktowania go indywidualnie. Do dopuszczenia, do „wtajemniczenia” go. Wszelkie nasze schematy, które są bardzo dobre, gdy nas wystrzeliwują w przestrzeń wolności wychowawcy, są wspaniałe, godne, potrzebne. Te same schematy, jeśli nas zamykają na wyczucie indywidualnej sytuacji, onieśmielają, uniemożliwiają poczynione z arcy-zdrowym rozsądkiem dostosowania, usztywniają są do niczego. Jesteśmy dorosłymi i inteligentnie dostosowujemy się do sytuacji każdego dorosłego, czy to młodego, czy starego.

Piszę, bo nieraz słyszę, szczególnie od dziewczyn, że najważniejsze są relacje. I ja się zgadzam. Ale za często widzę, że w praktyce wcale nie ma relacji, bo jeśli nie ma wyczucia indywidualnej sytuacji, jeśli nie ma tego dostosowania do sytuacji każdego, jeśli nie ma tej „serdeczności”, tylko „wymogi formalne”, to po prostu nie ma relacji, jest stosowanie sztywnego schematu, „wymogów formalnych”, narzucanie warunków bez wyczucia, odsyłanie do wyższego szczebla hierarchicznego, czyli jednym słowem jest niszczenie relacji. A im nas więcej tym mocniejsza może być ta tendencja „formalna”, lęk przed wchodzeniem w relacje, przed oceną „realną”, przed podjęciem ryzyka szukania dobra osób w ich konkretnej realnej sytuacji i zasłanianie się „bezpiecznymi” wymogami formalnymi….

No więc jest ten nasz serdeczny, inteligentny emocjonalnie szef, szefowa. Ten z wyczuciem relacji, poruszający się po całej pedagogice skautowej, tu w odniesieniu do sposobu postępowania z osobami, powiedzmy od 17 lat w górę, jak Neo po Matrixie, czyli ze znajomością wszystkich kodów. Ach, jakże miło mieć takiego szefa, szefową! Co za szczęście móc w szczerej rozmowie z nim dostosować sposób postępowania, tak by był w zgodzie z duchem tego wszystkiego, co robimy, z nakazami roztropności, z „interesem” tej osoby, której pomaga znaleźć jej miejsce w skautingu! Która nie odsyła „wyżej”, ale robi to w ramach swojej przestrzeni kompetencji, radząc się w miarę potrzeby swojego najbliższego kręgu szefowych-szefów. Wszystkie ciekawe rzeczy apostolskie mają po prostu szansę jedynie wydarzyć się lokalnie, więc to lokalne środowisko, szczep i hufiec, musi być wyposażone w kompetencje, talenty, w odwagę otwierania nowych horyzontów i namiestnicy i naczelnicy muszą zwyczajnie dbać, ba! żywotnie liczyć na to, że oni tam na dole to rozkręcą, przekroczą, otworzą nowe możliwości. Tak, by Eric i jego żona, nie pamiętam jak ma na imię, to małżeństwo z tej głębokiej prowincji francuskiej, się nie skarżyli, że oni tu pozyskują dla Kościoła nowe dusze, a ktoś im tam na górze, że to nieodpowiedzialne….

No dobrze, ja wiem, że potem to wszystko nie takie proste, czasem trudno rozeznać, czasem się nie ma pewności, czasem mimo, że by się chciało to zaufanie okazać, to jakoś nie daje rady, bo brakuje doświadczenia, pewności, rodzi się milion pytań. Że przecież to jest praca z młodymi. Ja to rozumiem. Tylko, że tu nie chodzi o brak roztropności. Ja robię takie ćwiczenie: wchodzę w relację i się przekonuję i jak zobaczę, szybko, że ta osoba osobiście jest bardziej wiarygodna niż tam, ten szef, co to już jest drużynowym, to już się nie boję. W relacji jest zawsze wpisane ryzyko. Co do mnie też ktoś kiedyś zaryzykował. Ale jak widzę, że tam, temu zaufano i jaki dobry jest efekt, to ja z tym tutaj, ryzykuję mniej….

Ludzie muszą czuć, że się ich nie boisz, ale że ich kochasz. Stąd ta serdeczność. Nie mylić z wylewnością. Nie ta serdeczność sztuczna, wyuczona, amerykańska, z uśmiechem Berlusconiego. Nie, nie. Ta nasza wschodnia, słowiańska, otwarta, z sercem na dłoni, ta, której doświadczamy za każdym razem, gdy się spotykamy z naszymi z Białorusi, Ukrainy, czy Rosji. Czy można taką serdeczność utożsamić z brakiem roztropności, nieostrożnością w relacjach, łatwowiernością, naiwnością? Może czasem tak. Czy ona oznacza, że nigdy nie można być asertywnym, powiedzieć, co się tak naprawdę myśli, bez ściemy i fałszywej kurtuazji? Czy ona ma oznaczać brak szczerości w relacjach? Czy nie można otwarcie i serdecznie, załatwić trudnej relacyjnie sprawy, która musi być załatwiona „po męsku”? No chyba można, nie?

Pośród wielu rzeczy, które sobie cenię w naszym ruchu jest to, że potrafimy sobie powiedzieć w twarz sprawy trudne, które mogą nas boleć. „Lechu, ty się nie nadajesz”. No dobrze, może nie tak jak Michnik wtedy do Wałęsy, choć trzeba przyznać, że to było sympatyczne z tym jego jąkaniem. Im wyżej w „hierarchii” tym chętniej powinniśmy chcieć usłyszeć mądrą, wyważoną, delikatną, ale do bólu szczerą opinię o tym, co jako szefowa, szef robimy. Ktoś musi nam móc powiedzieć, że tu, czy tu popełniliśmy błąd. Nie ma wspanialszej chwili, gdy jako wielki szef-szefowa mówisz „przepraszam, to był mój błąd”. To nie niszczy Twojego autorytetu. Nie może być sytuacji, w której jest ktoś, komu nikt nie jest w stanie powiedzieć: „nie tak”, kogo wszyscy się boją. Nie ma na Adalbertusie piękniejszej chwili, gdy zastępowy zastępu kursowego mówi na Radzie, że „chłopaki na radzie zastępu powiedzieli, że twoja konferencja, druhu drużynowy, była słaba”. I nie ma piękniejszej chwili, gdy do następnej konferencji, bez żadnej urazy, przygotowujesz się, odgrażając się w żartach: „już ja im pokażę dobrą konferencję, że uszami będą strzygli”. Bo ty ich traktujesz poważnie, bo wiesz, że to nie twoja „własność”, ale że ten skauting jest w takim samym stopniu, a może nawet większym ich własnością, mimo, że to ty aktualnie jesteś tu szefem. Że ten depozyt pedagogiki, stylu, ducha Skautów Europy jest obiektywnym punktem odniesienia i oni mają takie samo prawo jak ty samemu, bezpośrednio, bez twojego obowiązkowego pośrednictwa się odnosić. W końcu zależy ci, by ich wychować do dojrzałej samodzielności i niezależności, co nie ma nic wspólnego z anarchią, która jest synonimem niedojrzałości. A żeby to osiągnąć musisz dać im „władzę”, odpowiedzialność na równi z tobą za ten depozyt. Taką oto sympatyczną grę pracy nad sobą oferuje nam dorosłym skauting. I to właśnie takie pojmowanie przez nas naszej roli jako dorosłych jest dla młodych dorosłych, pisze w kontekście wędrówek i obozów szkoleniowych, wiarygodne i formacyjne.


Ja oczywiście mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako promowanie surowości, braku delikatności, walenia prosto z mostu po trupach, doszukiwania się najmniejszego błędu, pomyłki, czyli tej zimnej skrupulatności, z jaką Szwajcarzy rozliczają z najdrobniejszej usterki budowniczego domu, na który wykładają 100 milionów. Nie chodzi o to, by szukać dziury w całym, czy robić listy tysiąca drobnych usterek, tylko, tak jak w całej naszej pedagogice, szukać realnego wysiłku w kierunku dobra, a nie ostatecznego 100% rezultatu. Chodzi o to, by znać proporcje po prostu, co gdzie, w jakiej sytuacji wypada, a co nie.

No, ale niestety nam, mnie nie wyłączając, którzy jesteśmy z urodzenia bucami, burakami i mrukami, czasem trudno to pojąć i zgodnie z tym postępować. Możemy jedynie liczyć na to, że obok nas znajdą się ci z mniejszym autyzmem, którzy potraktują nas z serdecznością i inteligencją, która nas przemieni.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz