21 sierpnia 2014

Skauci Europy po Eurojamie

Odbyły się te nasze „Światowe Dni Młodzieży” skautowej. Ponieważ było nas tam z Polski bardzo dużo, prawie 1700 osób, to już na pewno również ci, co nie byli wiedzą doskonale, co tam się wydarzyło. Że była niesamowita ceremonia otwarcia, no i w ogóle znów ogólnie udał się nam ten nieprawdopodobny wyczyn zorganizowania wielkiego obozu dla 12 500 dziewcząt i chłopców w stylu skautowym. W przeciwieństwie do Żelazka cały czas mogłem podglądać zastępy w trakcie zajęć i trzeba ogólnie przyznać, że te zajęcia sparowanych zastępów i drużyn dobrze zadziałały, wzbudzając mnóstwo entuzjazmu. Apel polski w deszczu po ceremonii zakończenia z mianowaniem Magdy był po prostu magiczny. Ale też, że było ciężko, bagietkami, nawet jak już były, nie zawsze się szło najeść, coś poważnie zaszwankowało w zaopatrzeniu, czasem pojawiła się jakaś nieuprzejmość ze strony zastępu z innego kraju, który przyszedł w odwiedziny, czasem trzeba było zręcznie opędzać się od znów źle pomyślanej, jak w Madrycie, francuskiej służby porządkowej. Więc mnóstwo rzeczy będziemy musieli przegadać, naczelnicy z drużynowymi solidnie wszystko podsumować, potem na poziomie całej Federacji jeszcze raz bilansu całościowego dokonać. Najgorzej by było, gdybyśmy chowali głowę w piasek, że wszystko było cacy. Mamy już te wszystkie filmiki, które pokazują, że było cacy, a my możemy tymczasem dokonać jakichś dojrzałych ocen. Dla takiej organizacji społeczeństwa obywatelskiego, jaką jesteśmy, zarządzaną przez wolontariuszy, bez wsparcia poważnych struktur państwowych, bez wielkiego budżetu, organizacja takiej imprezy jest nie lada wyczynem. Zbudować w środku lasu wodociąg, zapewnić zaopatrzenie każdego zastępu w produkty, tak by mógł sam gotować, a nie catering z gotowymi daniami, zadbać, by kilkaset hektarów lasu nie poszło z dymem (choć w Normandii sama natura nas ratowała deszczem i błotem), etc., moglibyśmy tu jeszcze wymienić mnóstwo rzeczy, w każdym razie dla takiej organizacji jak nasza, to jest wielki wyczyn, który nas niejako kształtuje, buduje, tworzy jako organizację międzynarodową. Założę się, że nikt na świecie już takich zlotów w tym stylu nie urządza. Można powiedzieć, że FSE powstało dzięki Eurojamom, najpierw tym małym, u początków, mającym formę bardziej obozów międzynarodowych, a potem, jak weszli Włosi, zresztą po to by tych Włochów jakoś zintegrować, czy by się z nimi zintegrować, od 1984 w formie takiego Eurojamu, jaki właśnie przeżyliśmy. Więc za nami cztery wielkie Eurojamy, dwa we Francji, jeden we Włoszech, jeden w Polsce. Opinia jest już ustalona, zresztą przed Normandią i tak to wiedzieliśmy, że Viterbo i Żelazko to był jakiś majstersztyk organizacyjny i pedagogiczny, a tu to trzeba będzie jakoś przeżyć. Udało się nawet dość nieźle, trzeba przyznać. Wszyscy wiemy, że osiem miesięcy przed zlotem musieliśmy zmienić miejsce, więc to jest w ogóle cud, że ten Eurojam we Francji się odbył i chwała Francuzom, że ogarnęli. A że nie wszystko, to tak bywa. Przeżyliśmy, a za to jakiej radochy nam te wszystkie problemy teraz w opowiadaniach dostarczają.

Cieszymy się z tego Eurojamu, bo to wszystko stało się nagle realne, dotykalne, ta wielka rodzina narodów chrześcijańskich, ten tygiel kilkunastu tysięcy młodych z kilkunastu krajów, skazanych niejako na porozumienie, współpracę, wspólne przeżywanie radości, ale też niedogodności. Tak się po prostu tworzy ruch Skautów Europy. W realu. Wymiar europejski w praktyce. Tamci byli fajni, ci mniej, z tymi się szło pobawić, z tamtymi nie, tamci potraktowali nas uprzejmie, inni nie za bardzo. Poznaje się różne mentalności, podejścia, sposoby reakcji w realnych sytuacjach obozowych problemów, a nie na konferencji międzynarodowej przy stolikach i kawie. Stało się realne to, co mamy napisane w statucie, że naszym celem jest dążenie do budowanie prawdziwej wspólnoty życia młodych z różnych krajów Europy.

Ale my tak sobie i w trakcie Eurojamu i teraz po nim rozmawialiśmy z Włochami, czy z Polakami, że musimy jako FSE szukać też innych sposobów niż Eurojam, na realizowanie tego wymiaru europejskiego, na to zadzierzganie tych więzów przyjaźni i braterstwa. Nie możemy czekać 10 lat ani też nie możemy liczyć tylko na Eurojam. Mamy znów nareszcie spokój, jeśli chodzi o wielkie imprezy, no, będzie jeszcze Kraków 2016, ale on dotyczy tylko czerwonej gałęzi i szefowe i szefów, więc to trochę inaczej. Mamy zatem teraz znów spokój od wielkich imprez, więc możemy organizować dużo małych, które nam pomogą realizować nasz statutowy cel. Możemy po prostu organizować obozy międzynarodowe. I takie z udziałem dwóch drużyn z dwóch różnych krajów i może też takie większe np. w formie międzynarodowego zgrupowania obozów na 4-6 drużyn, czyli 100-150 osób. Może większych. Jest jakaś fascynacja liczbą, tłumem, którą też trzeba zaspokoić i która ma jakąś wartość pedagogiczną. Można zatem też takie większe obozy międzynarodowe urządzać. Np. naczelnicy na Radzie Federalnej mogliby się umówić, że co najmniej 3-4 duże organizacje, jak Francja, Włochy, Polska, Belgia, może też Niemcy i Hiszpania będą co roku organizować jeden lub dwa takie wielkie obozy, a pozostali się zobowiążą, ze znajdą chętne drużyny i im pomogą w wyjeździe zagranicę. Tego typu obozów z udziałem kilku drużyn ja za dużo nie widziałem, chyba tylko jak Kasia Arabas pojechała ze swoją drużyną z Chełma do Francji w 2010, to tam były 3 drużyny: z Polski, Francji i Rosji. Miała być jeszcze z Niemiec, ale w końcu nie dotarła. O coś takiego by chodziło. To by było takie super nawiązanie do lat „bohaterskich” FSE, czyli końca lat 50-tych i lat 60-tych, gdzie tak to funkcjonowało na szeroką skalę, w sensie były tylko obozy międzynarodowe, nie było innych, bo organizacja była mała.

W każdym razie musi pójść też jakaś zachęta i motywacja do obozów międzynarodowych z udziałem dwóch drużyn, bo to najłatwiejsze do ogarnięcia. Na Eurojamie te kontakty między zastępami i drużynami były jednak siłą rzeczy krótkie, a na takim obozie międzynarodowym to można więcej. Zajęcia eurojamowe dostarczają jakiegoś modelu na te wspólne zajęcia podczas takiego obozu międzynarodowego dwóch drużyn i wiemy, że to działa. Na Eurojamie nie było explo dwóch zastępów, a wiemy, że to też świetnie działa i sprzyja tej międzynarodowej przygodzie. Ja już pisałem, że w ostatnich latach to my w Polsce mieliśmy ogromne postępy, jeśli chodzi o obozy międzynarodowe, czy to w Polsce, czy to za granicą. Nie ma chyba teraz środowiska, które nie miałoby na swoim koncie takiego obozu. Rawa była w Rosji w 2009, Lublin w Rosji w 2009, we Włoszech i na Ukrainie w 2010, Garwolin na Ukrainie w 2010, Skarżysko-Kielce na Słowacji w 2010, Wrocławianki z Francuzkami w 2010, Chełm we Francji w 2010 (dziewczyny) i w 2011 (chłopaki), w Czechach w 2013, Warszawa-Młociny w Hiszpanii w 2012, Rząsiny obozowały z Francuzkami w 2012, Warszawa z Francuzkami w 2012, Lublinianki też z Francuzkami bodaj w 2013, Warszawa-Falenica z Francuzami na Węgrzech w 2013. Dużo drużyn z Belgami, Francuzami i Rosjanami przed Ostrogami na Podhalu w 2011, etc. Jest tego trochę, a i tak wymieniam tylko zieloną gałąź, to co mniej więcej pamiętam. Na pewno tych przykładów jest więcej w zielonej, jest jeszcze mnóstwo wspólnych wędrówek czerwonej gałęzi i przyznajmy, że w całym FSE Polska ma pod tym względem statystykę dość imponującą.

Liczę, mimo, że tuż za nami Eurojam, że ten apetyt na przygodę międzynarodową nie osłabnie w najbliższych latach, w końcu to nie jest jakaś trudna sprawa, a korzyści są ogromne, nie będę tu wszystkich wyliczał, mnie się najbardziej podoba to, że jest możliwość usłyszenia innej „melodii” na wielu płaszczyznach i że to jest niesamowicie wartościowe dla budowania osobowości. Nigdy tak dobrze nie poznaje się siebie, jak tylko przez spotkanie z kimś innym. Tu w kontekście międzynarodowym. Taki drobny przykład, jeden z wielu, żeby to zobrazować. Opowiadali mi Rosjanie, że jak w 2009 pojechali do nich nad Ładogę Polacy z Lublina i Rawy, to oni zupełnie na ich punkcie oszaleli, płakali jak nasi wyjeżdżali, bo nasi po prostu nic nie robiąc, tylko pokazując to kim są, zagrali im inną „melodię” w zachowaniu, sposobie bycia, uśmiechu, stylu, śpiewach. Możemy tu tak w skrócie określić to zjawisko jako „Bolek i Lolek”, oczywiście biorąc z tych postaci w większości to, co pozytywne, nie negując wszakże, że mają też pewne mankamenty. I Rosjanie zwyczajnie zwariowali na punkcie naszych, bo ich to tak porwało, oczarowało, dotknęło jakichś wrażliwości na poziomach absolutnie nieprzenikalnych na co dzień. Poczuli się zwyczajnie i po prostu szczęśliwsi będąc w towarzystwie Polaków. To zupełnie tak jak my czujemy się szczęśliwsi w towarzystwie Francuzów śpiewających na 4 głosy jakąkolwiek piosenkę, jedząc obozową włoską pizzę z pieca w kantynie włoskiej w Żelazku lub w Normandii pastę a la siciliana, słuchając słowackiego lub czeskiego, doświadczając serdeczności Białorusinów i Ukraińców, która nam w sercach zostawia zawszę jakąś tajemniczą i zupełnie niewytłumaczalną nostalgię, czy też klepiąc się po bratersku po plecach z Hiszpanami wykrzykującymi przy tym „Hombre!!!” z tym swoim elektryzującym entuzjazmem, słuchając Niemców śpiewających gromadnie przy wtórze gitar lub wreszcie patrząc na to zjawisko nad zjawiskami jakim są skośnoocy „Kanadyjczycy” w naszych mundurach. To wszystko jest zbyt niesamowite, niepowtarzalne, ubogacające, fascynujące, żebyśmy tym nie żyli, nie cieszyli się, nie korzystali z tej możliwości. To jednak jest jakaś niesamowicie pozytywna strona tej całej sytuacji, w której się znaleźliśmy od pewnego czasu jako naród, że możemy normalnie w tej wielkiej rodzinie funkcjonować zupełnie poza obiegiem wielkiej polityki. A mimo wszystko to jest też fajne, że mogliśmy sobie trochę z Ukraińcami w tej Normandii pogadać o sytuacji w Donbasie albo z Białorusinami, więc to też ma swoją wartość. Nie mówię już o mnóstwie rzeczy praktycznych, których się można nauczyć np. o mentalności zarządczej Francuzów czy Włochów. Super ciekawe.

Tutaj wypada poruszyć wątek naszej „polityki wschodniej”, nie w wykonaniu Radka Sikorskiego, ale w naszym kontekście polskiego FSE. Jak się rozmawia z Ukraińcami, Słowakami, Białorusinami, ba! nawet z Rosjanami, to oni bardzo, bardzo tej polskiej inicjatywy, pomocy, wsparcia, kontaktów potrzebują i ja wiem, że teraz ten rozwój i to wszystko ogarnąć, to ten naczelnik, naczelniczka, namiestnicy się muszą napracować i mogą myśleć, że już basta i nie mają czasu. Ale doświadczenie uczy, że niewiele potrzeba, wystarczy usiąść co roku na obiedzie na Radzie Federalnej z szefostwem kilku organizacji ze Wschodu i coś tam dogadać, a to wspólne obozy szkoleniowe, a to wysyłkę kogoś na wędrówkę na Ukrainę i Białoruś, a to organizację weekendu przekazującego nasze doświadczenia w rozwoju organizacji i parę innych rzeczy. Potem poruszyć namiestników, hufcowych, drużynowe i drużynowych, szefów kręgów i szefowe ognisk, zrobić atmosferę, żeby coś tam się działo, żeby byli otwarci, odpowiadali na maile, żeby nie jakimś strasznym wysiłkiem, ale na zasadzie takiej prostej, codziennej, byli w kontakcie i montowali jakieś wspólne przedsięwzięcia. Te młode organizacje FSE w Czechach, Słowacji, Białorusi, Ukrainie są po prostu dość sporym sukcesem ich samych, całego FSE, ale też w jakiejś mierze Polski. Warto, żeby polskie FSE myślało o sobie i o nich razem, oczywiście w stopniu, w jakim jest to możliwe w przypadku takiej organizacji wolontariuszy i o takich celach niepolitycznych, tylko apostolskich. Żeby Polska nigdy się nie izolowała, tak jak czasem Francuzi i Włosi, dla których, z racji wielkości i odległości, np. we Włoszech między Treviso a Palermo, wyzwaniem często jest jedność i integracja wewnętrzna, co powoduje, że czasem trudno się tam dobić z realizacją w praktyce wymiaru europejskiego.

Miejmy więc naszą „politykę wschodnią” na poziomie naczelnictwa, namiestnictw i hufców, podobnie zresztą, jak przecież mamy od lat „politykę zachodnią” z tymi wszystkimi wyjazdami do Vezelay i Paray-Le-Monial, na obozy szkoleniowe, etc. Warszawa jest doskonałym logistycznie miejscem na realizację takiej polityki, o czym mogliśmy się nieraz przekonać, np. organizując spotkania „synergii wschodniej”, nawet krótki weekend to dla wszystkich krajów sąsiednich dość realistyczna i wygodna sprawa. Podobnie walory, nieco bardziej zregionalizowane, przedstawiają Wrocław, Kraków, czy Lublin. Co prawda, w związku z Krakowem 2016 znów będziemy głównymi rozgrywającymi w centrum uwagi, ale też nie zostawmy wszystkiego na ten Kraków, miejmy własną agendę tej polityki, której celem jest przecież wzrost pedagogiczny i liczebny naszych wszystkich kilku organizacji w Europie Wschodniej. Możemy nawzajem sobie wiele pomóc, dodatkowo organizując zawsze jakiś transfer tej pomocy z Zachodu, czyli jakoś tam ukierunkowując zasoby i możliwości całej Federacji, czy też dwóch największych krajów na tę pomoc nam i innym w naszym regionie. To jest takie dość fascynujące ćwiczenie z zakresu relacji międzynarodowych, któremu zresztą i tak oddajemy się z pasją przecież co najmniej od czasów Żelazka, jeśli nie dłużej. Zawsze wciągaliśmy w to komisarza i Francuzów i Włochów, równolegle sami realizując własne pomysły. Pamiętam, jak na horyzoncie pojawili się Rosjanie, to nie czekaliśmy na żadną zgodę kogokolwiek, tylko sami umówiliśmy się z nimi na wizytę w Moskwie i wędrówkę nad Donem w 2001 r. Ta nasza aktywna i twórcza polska żywiołowość jest po prostu i nam i wszystkim dookoła bardzo potrzebna.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz