23 września 2014

O strukturze ruchu skautowego



W tym wszystkim, co tu piszę mogę się mylić, nie bierzecie tego za jakiś dogmat, to jest jakiś efekt przemyśleń i doświadczeń, byłem tym komisarzem, to taka jest pokusa, żeby to wszystko zrzucić i wyrzucić, co się widziało i słyszało, żadna tam nieomylność ani oficjalne stanowisko Skautów Europy w Polsce, czy w Europie. Jak czytacie tego bloga od początku, to wiecie jak akcentuję i że często przeakcentowuję, co może prowadzić do tego, że mogę się pomylić lub nieumiejetnie wyrazić. Lub głupio po prostu. Zdarza się. Obiecuję, że przeproszę i przyznam się do błędu.

Ostatnio rozmawiałem z kimś na temat systemu rad w naszym ruchu, jaki to on fundamentalny, etc., ale, ten ktoś mówił, że nie można tematu „system rad” sprowadzać tylko do tego, że w gromadzie jest coś takiego jak „skała narady”, w drużynie sąd honorowy, rada zastępu i rada drużyny”, a w kręgu rada kręgu, czy w ognisku rada ogniska. Nie chodzi tylko o sam fakt „formalnego” odbycia narady, chodzi o wyrobienie pewnej kultury. Kultury mówienia i kultury słuchania. Że każdy może coś powiedzieć, być wysłuchanym. Oraz że to co mówi wilczek może dojść do naczelnika. Tak obrazowo rzecz ujmując. Ogólna kultura słuchania, która nie uchybia przecież temu, że jest jakaś hierarchia, jakieś szczeble, jakieś kompetencje im przypisane, ale które muszą być przecież wykonywane nie arbitralnie, tylko kolegialnie, czyli zapytawszy i wysłuchawszy. Myślę, że już o tym pisałem, że taki ogólny schemat jest taki, jak w Kościele: Piotr z apostołami, apostołowie z Piotrem. Czyli, że papież może wszystko, ale z tej władzy bezpośredniej korzysta niezwykle rzadko, tylko w sytuacjach podbramkowych z reguły, natomiast normalnie jest pewne zdrowe napięcie: papież z biskupami. A biskup w swojej diecezji wykonuje swą władzę w łączności z papieżem. „Ad mentem” po prostu. To w ogóle jest coś absolutnie fantastycznego, bo to powoduje, że z jednej strony jest osobista odpowiedzialność, jednoosobowe kierownictwo, które jednak gwarantuje pewne ważne rzeczy, a z drugiej, że to jest, ma być wykonywane kolegialnie. Też to chyba już pisałem, Jacques Mougenot opowiadał, że we Włoszech to kultura organizacyjna jest taka, że wszyscy musimy się zgodzić, a we Francji, wszyscy wypowiadają swoje zdanie, a na końcu decyduje szef. Wydaje mi się, że bliżej nam do tego drugiego modelu. Wyrażam swoje zdanie, a potem to szef decyduje. Czyli np. „ja się nie zgadzam”, ale to ty jesteś tu szefem i decydujesz. Oczywiście, szef tłumaczy, przedstawia jakieś rozumowanie. To jest właśnie częścią tej kultury mówienia i słuchania. Decyzje nie są arbitralne. Ale faktycznie, decyduje szef. No, on musi uważać, jak się robi zbyt arbitralny, to w takiej organizacji jak nasza, do której nie ma obowiązku należeć, w przeciwieństwie do ZUS lub do NFZ, po prostu zostaje sam, wszyscy odchodzą, nikt nie chce z nim pracować. Szef musi dbać o podmiotowość tych, którym szefuje. Już mnie Zbychu pouczył, że w tych korporacjach to nie zawsze tak, jak myślę, że jest miejsce na podmiotowość. To ja może wezmę przykład z wojska. Szczególnie na wojnie, ten dowódca to o podmiotowość żołnierza troszczyć się nie ma czasu. On wydaje rozkazy i trzeba wykonać. My w skautingu mamy to szczęście, że nie jesteśmy wojskiem, a w dodatku nie ma wojny, więc tak nie działamy. Ani też nie działamy na zasadzie „polecenia służbowego” jak w administracji, czy korporacji.

Głównym zadaniem szefa w skautingu nie jest wydawanie rozkazów, ale motywowanie, animowanie, powodowanie, by ludzie sami chcieli, by sami podjęli decyzję, która mogłaby być teoretycznie przedmiotem rozkazu. Czyli dbanie o podmiotowość każdej i każdego. To jest w ogóle tak podstawowe, że ja przepraszam, że o tym piszę. Mam nadzieję, że się nikt nie obrazi.

Ponieważ napisałem o tym hufcu, co to jest bandą dwudziestolatków, chciałbym ten wywód uzupełnić i w ogóle stwierdzić, że jako cała organizacja jesteśmy bandą dwudziestolatków. Czyli, że definicja Skautów Europy w Polsce powinna brzmieć: „ogólnopolska banda 20-latków, a całej FSE „europejska banda 20-latków”.

Dlaczego to jest ważne i tak się przy tym upieram?

Bo to jest wskazówka interpretacyjna, dzięki której będziemy potrafili poprawnie myśleć o strukturach harcerskich od hufca wzwyż. No i nie ma w ruchu skautowym innej dynamiki po prostu jak dynamika 20-latków. Nie ma dynamiki HR-ów i HR-ek, nie ma dynamiki 30-40 latków w oderwaniu od młodych szefów jednostek. Gdyby się pojawiła, to by oznaczało, że zaczęliśmy robić „skauting dla dorosłych”, „harcerstwo starsze”. Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany, 30-40-50 latek może być akelą, szczepowym, hufcowym lub naczelnikiem. Może robić mnóstwo innych rzeczy. Chodzi o proporcje i o szacunek dla zasadniczej dynamiki naszego ruchu, który jest wychowaniem młodych przez młodych. A nie młodych przez starych, jak szkoła. Naszą jedyną rolą, nas starych, jest znaleźć kandydatów na młodych szefów, wykreować ich na szefów i potem im pomagać. Tak jest, moi mili, i inaczej być nie może, bo przecież nam wszystkim zależy na tym, żeby ten ruch funkcjonował przez następne pokolenia, chcemy tam posłać nie tylko nasze dzieci, ale i wnuki, a nawet prawnuki. Kto z nimi po tym lesie będzie biegał? Dziadek? No dobrze, jak nie bedzie nikogo w pobliżu, to wtedy może być dziadek. Ktoś mi opowiadał, jak to gdzieś daleko stąd była taka sytuacja i ten 70-letni dziadek nauczył tego 20-latka jak być drużynowym i ten 20-latek potem opowiadał, że nikt go tak dobrze nie nauczył, jak ten 70-latek. Albo ci panowie z siwą głową, co to na MacLarenie najmądrzej mówią. Więc spoko, my wszyscy starzy, mamy wielką przyszłość przed nami. Żeby nie było, że ja tu za bardzo upraszczam.

Otóż od dawna, patrząc na różne organizacje harcerskie dostrzegaliśmy pewną prawidłowość. Z jednej strony jest dół, a z drugiej jest góra. Dół to drużynowi i jednostki, to ta praca pedagogiczna na dole. A góra, to właśnie te wszystkie hierarchie, komendanci, instruktorzy, komendy, kapituły, zjazdy, okręgi, kwatery główne i co tam tylko dorośli nie wymyślą, żeby się dobrze poczuć, żeby uzasadnić, że ho ho, panie, ta nasza organizacja to nie tylko te małe dziewczynki tam na tej zbiórce w lesie, to nie ci mali chłopcy w tych krótkich spodenkach, zresztą przyzna pan, że uroczy, nieprawdaż?. O nie, nasza organizacja, to armia dorosłych, to poważne struktury, to procedury, no właśnie, panie, procedury, bo bez procedur to jak można, przecież to niebezpieczne, trzeba przestrzegać tych procedur, regulaminy, komendy, kwatery, zjazdy…..

Mam nadzieję, że wszyscy mi wybaczą, że ja tu sobie tak trochę szydzę, ale zawsze miałem taki dyskomfort w obliczu zamieniania organizacji skautowej z gry młodych w zabawę dla dorosłych.

Oczywiście struktury są potrzebne, jakoś ten ruch skautowy zorganizowany być musi, minimum hierarchii, jakaś mądrość polityczna, często związana z wiekiem i doświadczeniem, ale nie zawsze, konto, pieniądze, podpisy, księgowość, rada naczelna, sejmik. Jasne, że to musi być.

Ale możemy to źle zmontować po prostu. Tak mechanicznie. Co to znaczy mechanicznie? To działanie wg schematu: naczelnik wydaje rozkaz komendantowi choragwi, ten hufcowemu, ten szczepowemu, a ten z kolei szefom jednostek. To jest dramat moim zdaniem. Z tego, co poniżej mam nadzieję, że jasno wyniknie dlaczego tak myślę.
Tak jest, że każde kolejne pokolenie dorosłych ma tendencję wpadania, niechcący, w błąd opisywany przez Sedlaczka w 1937 r., tekst, który jest znany doskonale i ja wiem, że niektórzy znów powiedzą „tysiąc razy słyszałem”.

„Odbiegamy nieraz od prostoty form organizacji i administracji skautingu, za mało interesujemy się drużyną i zastępem, za dużo „wyższymi” ogniwami i „szerszymi” przejawami życia harcerskiego”.

Ja teraz zrobię taką listę różnych takich błędów organizacyjnych, które w skautingu się zdarzają, czy nam się zdarzyły i opiszę jak im przeciwdziałać. Będzie trochę na chybił trafił i na pewno nie wyczerpująco.


1.      Za dużo struktur wyższych – problem chorągwi

Musimy wyjść z założenia, że co do zasady, wszystko co jest między szczepem a szczeblem krajowym jest z natury „podejrzane”, a chorągwie to w ogóle są „usual suspects”. Rozbudowane szczeble to jest często ten Kajzer Sose organizacji po prostu, które ją zabija w ukryty sposób, niszczy dynamikę „bandy 20-latków”. Pomyślcie tylko chwilę: są sobie jednostki w szczepie, mają szefowych, plan pracy. Jest sobie szczepowy, są imprezy szczepu. Jest sobie hufcowy, czasem ma asystentów, jest plan pracy hufca. Jest sobie chorągiew, ma szefa, asystentów, ma plan pracy. Wreszcie jest szczebel krajowy, ma naczelnika, ten ma asystentów ds. gałęzi. Ufff….. i kto to ma wytrzymać? Ta biedna harcerka na dole? Ten nasz 20-latek ma stanąć sam, oko w oko z tym całym nagromadzeniem szczebli, hierarchii, szefów, asystentów, konkurencyjnych imprez? Myślę, że wszyscy czujemy przerost formy i że możemy zapomnieć o bandzie 20-latków. Sedlaczek się kłania po prostu. Albo inaczej, ona jest, ta banda, ale zwyczajnie schodzi do podziemia, bo przecież ci hufcowi muszą się dogadać najpierw ze swoimi asystentami, potem z komendantem chorągwi i z ich asystentami, potem z namiestnikami odpowiednich gałęzi, a jeszcze co do czego, przecież jeszcze naczelnik. Nasza banda 20-latków nie ma przestrzeni wolności. Ona sobie ją organizuje niejako poza. A szkoda, tyle dobrej energii na marne… Efekt jest taki, że na zjazd organizacji przyjeżdżają tylko ci wszyscy starzy z tych struktur od szczepu wzwyż, a nie ma szefów jednostek, bo ich to nie interesuje po prostu. Sam widziałem na własne oczy w jednym kraju albo dwóch. 20-latkowie nie mają w tym „interesu”. Banda 20-latków wyautowana z zarządzania ruchem.


Włosi sobie zdali z tego sprawę kilka lat temu. Owszem utrzymali chorągwie, ale tylko cztery na 20 tys. członków, wspólne dla chłopaków i dziewczyn (wiecie, że Włosi struktury od szczepu wzwyż mają wspólne – jak szczepowym jest kobieta, to zastępcą mężczyzna, co jest tylko takim zabiegiem organizacyjnym, bo potem to efekt i tak jest taki, że chłopaki rządzą chłopakami, a dziewczyny dziewczynami i tak na wszystkich szczeblach). Oprócz komendanta chorągwi z tego co wiem. jest tylko czterech, bez prawa mianowania asystentów i bez prawa generowania własnego „planu pracy”. Tacy terytorialni zastępcy naczelników po prostu. Zdali sobie sprawę, że za bardzo rozbudowali strukturę przez lata. Omsknęło się coś. Szczep poszedł w zapomnienie. Dokładnie jak w tekście Sedlaczka, 60 lat później ten sam błąd.


Nigdy nie powołujmy chorągwi.


A jeśli już to z taką lekką rolą jak we Włoszech. Nie jako „strukturę”, ale osobę koordynatora, bez ścisłej roli „hierarchicznej” z zakazem powoływania zastępców i asystentów. Jego odpowiednikiem jest trochę obecne ustawienie polskie szczepowego, który nie staje w poprzek relacji hufcowy-drużynowi. Szczepowy to taka funkcja „hierarchiczna” o zmiennej geometrii…


2.      Podział (nieformalny) na „hierarchię administracyjną” i „hierarchię pedagogiczną”.

To jest problem stary jak skauting. On ma dwie formy. W organizacjach harcerskich w Polsce (tak było też w Zawiszy), z jednej strony jest „hierarchia pedagogiczna” (naczelnik-komendant chorągwi-hufcowy-szczepowy-drużynowy), a z drugiej hierarchia administracyjna (przewodniczący-przewodniczący okręgu-przewodniczący obwodu). Powody były dwa: 1) ci od „pedagogiki” nie dają rady z „administracją”; 2) trzeba koordynować dziewczyny i chłopaków, jeśli chodzi o „administrację”.


Druga wersja problemu, właściwa dla Skautów Europy jest następująca i rodzi się ona w dość prosty sposób.


Kasujemy te dwie „hierarchie”, czyli każdy szczebel ma zadania pedagogiczne i administracyjne, przewodniczący i skarbnik są tak naprawdę asystentami naczelników ds. administracyjnych i wspólnie z naczelnikami wspomagają hufcowych i szczepowych, którzy mają zadania i pedagogiczne i administracyjne. Do pomocy hufcowym wymyślamy dyrektora administracyjnego. Nie troszczymy się o koordynowanie aż takie dziewczyn i chłopaków, niech każdy ma swoje konta, swoje pieniądze, swoje wnioski o zgody do kuratorium, etc. Sprawy administracyjne są po prostu pedagogiczne. Mają walor wychowawczy.


Pięknie, nieprawdaż? Wymyśliliśmy to w 2001/02 dzięki Francuzom, zmieniliśmy statut i zlikwidowaliśmy te wszystkie okręgi, ujednolicając struktury.


Dobra, dobra, ponieważ tej roboty trochę jest, to ten sam fenomen ma ciągle miejsce. Żeby ułatwić zadanie administracyjne naczelnikom, mamy tego przewodniczącego, skarbnika i sekretarza w zarządzie. Żeby jeszcze bardziej inteligentnie animować ruch z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych gałęzi naczelnicy mają namiestników. A jak jeszcze hufcowi powołają asystentów ds. gałęzi, a jak potem ci namiestnicy z tymi asystentami zaczną pracować, jak ktoś, czyli naczelnicy i hufcowi nie ogarniają, tylko wszystko spychają na tych namiestników i asystentów, to oni powoli, powoli, niechcący, nie jest to ich wina, to wina naczelników i hufcowych, którzy abdykowali, zajmują rolę „hierarchiczną”. Czyli tworzą „hierarchię pedagogiczną”. I problem wraca. Pod inną postacią. Tym razem do funkcji „administracyjnej” zostają sprowadzeni sami naczelnicy i hufcowi. Tak to się po prostu plecie, jak się nie ogarnia. Namiestnicy stają się „naczelnikami” swojej gałęzi, budują hierarchie (zielone, żółte chusty), którym nadają hierarchiczne uprawnienia, zaczynają stanowić „reguły gry” w sprawach ważnych bez wiedzy całego ruchu, bez poddania pod decyzję hufcowych z naczelnikiem, a niektórych spraw Radzie Naczelnej. Np. w czerwonej może być tendencja do tego, by HR-ki i HR-rzy stanowili rodzaj takiego „Sanhedrynu” starszych i doświadczonych, wymuszania na hierarchii konsultowania z nimi ważnych spraw, etc. Do tego jeszcze wrócę, bo to trochę inny problem. Problem „starych”. Następuje „autonomizacja gałęzi”. Jedna organizacja, w skrajnej postaci oczywiście, dzieli się na sześć organizacji.


Jak temu przeciwdziałać?


Po pierwsze, sami namiestnicy muszą być świadomi swojej roli, nie przekraczać jej, szanować „hierarchię”, która jest tylko jedna (Rada Naczelna-Naczelnik-Hufcowi). Namiestnicy nie są częścią „hierachii”, nie mają roli „hierarchicznej”. Są ASYSTENTAMI nie tylko naczelnika, ale również HUFCOWYCH!


Po drugie, jest rolą naczelników i hufcowych pilnować tej właściwej roli namiestników. Naczelnik nie może dawać namiestnikom zbyt dużo zadań, nie może dać się „zastąpić”, bo wówczas w obliczu abdykacji „hierarchii”, naturalnie to miejsce zajmują namiestnicy. Myślę, że z tego punktu widzenia nie jest dobrą formuła „naczelnictwa” w składzie naczelnik plus namiestnicy jako ciało zarządzające nurtem. Wówczas zachęca to namiestników do wyjścia ze swej roli, do zajmowania się całym ruchem w sensie „hierarchicznym”, czyli zagadnieniami, który naczelnik powinien rozstrzygać z hufcowymi, zawsze wysłuchawszy zdania namiestników rzecz jasna.


Po trzecie, to, co powiedziane wyżej nie uchybia prawu namiestnika do zwrócenia uwagi na kwestie „pedagogiczne” dotyczące innej gałęzi w ramach tzw. „ciągłości trzech gałęzi”, czyli np. że np. określony model czerwonej gałęzi np. może nie sprzyjać zielonej lub że w żółtej robi się „małych harcerzy”, a nie wilczki lub, że się wychowuje za miękko i potem nie są gotowi do zielonej. Te przykłady nie są przypadkowe. Mam nadzieję, ze wszyscy wiedzą już, żółci i czerwoni też, że zielona pełni w pewnym sensie funkcję centralną. W końcu jest w środku po prostu. Stanowi punkt dojścia i punkt wyjścia, który nam gwarantuje dobre rozumienie całości, nie w sensie efektu finalnego (to HR, czyli czerwona), ale w sensie paradygmatu pedagogicznego, czyli podstawowego sposobu rozumowania w skautingu.


Po czwarte, to co powiedziane wyżej, nie uchybia prawu namiestnika do zwracania uwagi naczelnikowi na wątpliwe jego zdaniem działania hufcowych od strony pedagogiki danej gałęzi. Po to naczelnik ma namiestników. Ale to naczelnik rozstrzyga. W tym sensie słuchają się naczelnika, bo to do jego kompetencji należy pomaganie, czasem też upominane hufcowych.


Po piąte, namiestnicy wykonując zadania własne z delegacji naczelnika (animacja pedagogiczna gałęzi i obozy szkoleniowe), zawsze działają w łączności z naczelnikiem i hufcowymi, szanują ich rolę, nie wydają nakazów i zakazów, nie tworzą ważnych „reguł gry” bez akceptacji naczelnika i hufcowych.


Po szóste, nie tworzy się „hierarchii równoległych”, np. z faktu, że ktoś ma żółtą, zieloną, czy MacLarenową chustę nie wynika, że ma jakąś rolę hierarchiczną. Namiestnik po prostu za każdym razem, w każdym pokoleniu, orientuje się, kto z młodo-starych szefów najlepiej sprawy czuje i ich do roboty zaciąga. To częściowo też jest „problem starych”, który omówię osobno. Namiestnicy muszą unikać tworzenia grona „starych specjalistów”. Poza wyjątkami bowiem, zwykle my starzy wapniejemy i zapominamy świeżą pedagogikę, którą dysponują zwykle w stopniu największym czynni drużynowi po 2-3 latach szefowania. Takich musi namiestnik wyhaczyć i dać im rolę na obozie szkoleniowym. Zwykle dobrze służy taka równowaga starych i młodych w Kraalu obozu szkoleniowego, z przewagą młodych, którzy zawsze skuteczniej oddziałują na uczestników niż stary w tym, co dotyczy praktycznej strony prowadzenia jednostki. Jakaś sensowna równowaga między młodymi, a starymi z lekką przewagą na korzyść młodych.


Moglibyśmy jeszcze dużo na ten temat. Myślę, że bystry naczelnik/naczelniczka szybko uchwyci ten problem i znajdzie właściwe sposoby do zapewnienia właściwej równowagi. Musi szanować namiestników, bo odwalają niesamowitą robotę (obozy szkoleniowe, animacja pedagogiczna, często wydawnictwa pedagogiczne). Podobnie hufcowi są zawsze wdzięczni, że namiestnicy tak naprawdę wyręczają ich w większości zadań związanych z formacją pedagogiczną szefów. Są pewne zdrowe napięcia, które naczelnik musi mądrze regulować dla dobra ruchu. Ale to ci, którzy są na pierwszej linii, czyli hufcowi, w pewnym sensie, zawsze „mają rację”. Oni dźwigają ciężar dnia i spiekoty. O tym nie tylko namiestnicy, ale i naczelnicy muszą pamiętać. Waga warto, żeby była przechylona lekko w ich stronę, bo inaczej to nic ciekawego apostolsko w naszym ruchu się nie wydarzy. Warto obdarzyć ich możliwością pewnego „eksperymentowania apostolskiego”. Naczelnik i namiestnicy są „asystentami” hufcowych, którzy z kolei ze swoimi szczepowymi są „asystentami” szefów jednostek. Takie odwrócenie hierarchii z szefami jednostek na szczycie. Niezłe to jest, przyznajcie.


3.      Decydują ci, którzy są na pierwszej linii, a nie  "starzy"

To jest problem taki, że "starzy", którzy nie są na pierwszej linii (Rada Naczelna-hufcowi-szczepowi-szefowie jednostek) lub nie są aktywni w różnych działaniach realnych, chcieliby decydować. Dowodzić bez ponoszenia odpowiedzialności. Czyli stanowić jakiś rodzaj nieformalnego Sanhedrynu. Tak zawsze interpretowaliśmy ten rozdźwięk między uprawionymi do głosowania na zjeździe organizacji, a faktycznie sprawującymi odpowiedzialność na pierwszej linii, który dostrzegaliśmy w różnych organizacjach. "Starzy", "zasłużeni" muszą się po prostu jakoś lekko w to wszystko wpasować, pozwolić młodym rządzić. Albo niech wskakują z powrotem do pierwszej linii lub się uaktywnią po prostu. Oczywiście nie na zasadzie tworzenia fikcyjnych szczebli lub funkcji, bo wówczas byłby ten sam efekt likwidacji roli młodych szefów, którą uważam za mającą zasadnicze znaczenie dla prawidłowej fizjonomii naszego ruchu.


To nie jest takie proste oczywiście. Bo z jednej strony chcemy, owszem dawać pole do popisu młodym, tworzyć bandzie 20-latków przestrzeń wolności. Pisałem o tym już: we wczesnych latach 20-tych są świetnymi szefami jednostek, w późniejszych latach 20-tych (a te zaczynają się czasem już w wieku 21 lat, w zależności od talentu i okoliczności), są hufcowymi namiestnikami, naczelnikami nawet (mamy właśnie taką młodą naczelniczkę) i w ogóle zajmują się doskonale całą zabawą na szczeblu hufca, na szczeblu krajowym i europejskim. (Uwaga! proszę! błagam! nigdy szczepowymi, poza wyjątkowymi wyjątkami, ogłaszam wszem i wobec, to moja obserwacja oczywiście, proszę podać argumenty przeciwne, że 20-latkowie rzadko mają profil na szczepowego, powód jest prosty: młody szef lat 19, rzadko dobrze się czuje z takim młodym szczepowym, lat 22 lub nawet 25). Więc ten szczepowy to świetna funkcja dla "starych", mam wrażenie czasem, że im ktoś starszy tym lepszy szczepowy.


Z drugiej jednak strony, ruch jako taki, tak ogólnie potrzebuje doświadczenia, ci młodzi też, zresztą ci młodzi nas starych chcą, żeby nie było, potrzeba jakiegoś odkładania się wiedzy i mądrości, byle by ta wiedza i mądrość były takimi faktycznie, byle ich nie pozbawiały tego szerokiego, a dopuszczalnego przecież pola do innowacji, do nowych odkryć. W końcu my starzy zrozumiejmy, że oni muszą mieć w tym jakiś „interes”. Depozyt pedagogiki, czy inaczej rzecz ujmując „charyzmat założycielski” naszego ruchu jest mimo wszystko jakoś obiektywny, jakoś wspólnie wszyscy możemy się do niego odnosić, wspólnie rozeznawać, słuchać się i mówić. No właśnie wielka kultura słuchania i mówienia, ta owszem, ma prawo, ba! obowiązek odbywać się poza wszelkimi strukturami hierarchicznymi, poza Radą Naczelną, Sejmikiem, czymkolwiek, bo wszyscy, wszyscy bez tworzenia stronnictw i frakcji, ten ruch kochamy, nim żyjemy, i czy jesteśmy jeszcze aktywni czy już mnie, chcemy móc się wypowiedzieć, być wysłuchani, przekazać naczelnikom, namiestnikom, hufcowym, Radzie Naczelnej nasze zdanie. A czy oni, ci z pierwszej linii, którzy akurat w tym momencie prowadzą ruch, uznają to za mądre, czy nie, a to już inna sprawa. W pewnym sensie, powtarzam, w pewnym sensie, to oni mają zawsze rację, bo to oni dźwigają ten ruch.


Po pierwsze więc, my starzy możemy chcieć działać na zasadzie „w górę”. O „kopie w górę” za chwilę. To jest tak, że byłem drużynowym to teraz chcę być szczepowym. Już pisałem, że to nie ma sensu. Miejsce i pozycja szczepowego to nie jest takie klasyczne „hierarchiczne”, to jest coś pomiędzy. Popatrzcie na tych nowych rodziców w mundurach w nowych środowiskach i zrozumiecie lepiej kim jest szczepowy.

Więc chcemy w górę. I tu się zaczyna kolejna niebezpieczna zabawa. Mnożenie asystentów i asystentek na poziomie hufca (daję tylko przykłady hufca, bo mam nadzieję, ze chorągwie są już tak skutecznie zlikwidowane, że już nie trzeba dawać ich nawet za przykład, jeszcze się trzeba będzie rozprawić z tematem, jak ten biedny naczelnik ma ogarnąć tylu hufcowych, szczególnie przy takim rozwoju jak jest teraz, naczytali się o zakładaniu hufca w 4 lata i jest problem, bo jak grzyby po deszczu teraz, ale to za chwilę).


Jeszcze jak coś realnego ten asystent robi. Ale często jego zadanie polega na gnębieniu drużynowych różnymi prośbami. To jest tak jak w tym wykładzie TED-a. Oglądaliście, mam nadzieję. Co jest największym wrogiem pracownika w firmie? Co najbardziej przeszkadza mu pracować? Menagers and meetings. Bo jak się już jest tym menedżerem (asystentem), to trzeba coś robić? Co robić? Wydawać polecenia tym, którzy są niżej, rządzić nimi.

Pewnie o tym już pisałem, ale zawsze przeżywałem to jako dramat, gdy kolejna inicjatywa w tym ruchu polegała na tym, że trzeba coś nowego, co nie należy ściśle do ich zadań (w przeciwieństwie do harców, łowów i pielgrzymek, które oni mają prawo i obowiązek tworzyć) kazać szefom jednostek lub hufcowym. Np. inicjatywy medialne, takie jak pismo, czy newsletter. Nieraz słyszałem, jak rozmowa zaczynała się od „to poprośmy (czasem było zobowiążmy…) hufcowych i drużynowych, żeby nam przesyłali newsy i będzie newsletter… I jak zostałem tym komisarzem, to już byłem nauczony od Pawła Lochyńskego, że to nie tak. Żeby zrobić The Daily Żelazko zbudował po prostu sieć korespondentów, za wiedzą i zgodą hierarchii oczywiście, tylko dla celu zrobienia tych 10 numerów gazetki eurojamowej (więc to nie była stała struktura, tym bardziej o roli hierarchicznej…). A ja, żeby zrobić ten newsletter to po prostu wynajdywałem newsy na fejsie lub w czasie podróży, dopytywałem kilka szczegółów, ewentualnie prosiłem tylko o jakieś zdjęcie, a i to rzadko, bo wszystko zaczęło być na fejsie i sam sobie redagowałem, prosiłem Jeanne o korektę i wysyłałem. Oczywiście równie dobrze mogłem prosić kogoś innego, żeby napisał, ale byłoby dużo roboty. Pomyślałem, że w ten sposób ja coś zrobię dla innych, że inni nie będą musieli tej roboty odstawiać dla mnie.


Więc asystenci owszem, ale tylko tacy, którzy tak potrafią działać. Jeśli udają zastępców szefa i wydają polecenia niżej, rozliczają, to ja dziękuję.


Po drugie, jak ktoś już zajmie jakieś miejsce w ruchu, od hufcowego wzwyż, to on może nie chcieć odejść (przyjmujemy, że dla przyzwoitości max. 2 kadencje po 3 lata, czyli max. 6 lat, a wyjątkowo 9 lat) i można ulec pokusie odwołania go na zasadzie „kopa w górę”. Tak się robi w wielu instytucjach. Prezes firmy zostaje np. przewodniczącym rady nadzorczej. Wszyscy wiedzą, że to fikcja, ale przynajmniej na papierze, ta rada nadzorcza jest nad prezesem. Tak naprawdę zawsze decyduje właściciel.


No, ale jest prestiż. Klasyczny kop w górę. Pozbyć się dając prestiżową funkcję bez realnego znaczenia.


Otóż, byłoby jakimś dramatem, gdybyśmy tak postępowali w naszym ruchu. Ja z góry odmawiam uczestniczenia w takiej komedii. U nas powinien obowiązywać „kop w dół”, czyli zostaję szczepowym, pomagam w rozwoju, pomagam w obozach szkoleniowych, robię filmy i stronę www, etc. Jak mogliście obserwować ja sam też jakąś rolę sobie wymyśliłem przez ostatnie dwa lata, Zarząd ją zaakceptował i cieszę się, że coś tam, niewiele, mogłem zrobić. Teraz już jest ktoś inny i tak to się kręci.


Ja w ogóle nie lubię tych baretek asystenckich i jakbym mógł to bym zakazał ich noszenia. Powinny być tylko baretki szefa, czyli hierarchii i namiestnicze. Nie lubię pytania „jaką masz funkcję?”. Wolę pytanie „co robisz w ruchu?”. Nigdy nie odpowiadam, no może czasami, „jestem asystentem od nie wiem czego”, tylko staram się mówić „pomagam w obozie szkoleniowym, pomagam w rozwoju, etc.”. No dobrze, dobrze, wiem, to mój taki kaprys, no tak, ten Zbyszek Minda to sobie na takie kaprysy może pozwolić, nie to, co my zwykli śmiertelnicy, jakoś walczyć o przetrwanie przecież trzeba.

Potem namnoży się tych asystentów, dawno przestali cokolwiek robić, a przecież nie można ich odwołać, bo się im przykro zrobi…. I potem się generuje taka armia nic nie robiących. Jaką masz funkcję „jestem asystentem od…”, a co robisz „nic”. Przecież to nie ma sensu. Bądźmy poważni i nie traktujmy skautingu jako głównego źródła naszej życiowej samooceny i społecznej pozycji. Jak jest coś do zrobienia, to po prostu wskakuję, robię i tyle. A jak nie robię, to wyskakuję.


No dobrze, dobrze, znów niuansuję. Wiem, że takie są społeczne reguły gry, że jednak muszą być funkcje i oznaczenia, że nie można tak jakoś chaotycznie.  Też, w konkretnych przypadkach może się sprawdzić po prostu ten system "zarządzania kolektywnego" np. w dużym hufcu (mam na myśli sytuację, gdy hufcowy zarządza hufcem razem z zastępcą i kilkoma asystentami - nawet w takiej syutacji uwaga na podmiotowość szefów!), choć doświadczenia są różne (jak w drużynie, często ogarnięty zastępowy jest tak naprawdę najlepszym przybocznym, podobnie w hufcu, jeden ogarnięty drużynowy często jest najlepszym zastępcą i asystentem hufcowego). Wiem, wiem. Ale zwracam uwagę na problem, który generuje problemy po prostu. Ktoś powie, ten twój system „odpowiedzialnych za…”, co to „robią coś”, bez nazwy, bez funkcji, bez baretki to tak tylko dobrze brzmi, ale ludzie potrzebują minimum uznania społecznego, inni też mają prawo wiedzieć po baretkach kim oni tu właściwe są, czy czasem sami się tu nie przysłali i nie ściemniają. Poza tym, dlaczego tylko szef ma mieć baretki, a ci którzy dla niego pracują nie mają mieć prawa do uznania. Ja to lubię, jak szef mnie słucha realnie, bez baretek, jak się z nim rozumiem i jak widzę, ze wspólnie coś robimy, bez baretek. A jak nie to z nim nie współpracuję, czy z baretkami, czy bez. No, ale się z tym zgadzam, że ktoś może być innego zdania, mimo to dajmy wewnątrz ruchu prawo, że jak ktoś nie chce mieć asystentów, to niech nie ma, a jak ktoś nawet tym asystentem jest to, że może bez baretki. Proszę. Twórzmy kulturę służby, a nie kulturę „uznania społecznego”.


Z tymi asystentami, jak się nie zapanuje, to naprawdę jest problem. Szczególnie z młodymi. Widziałem we Francji, widziałem w Polsce. Jest drużynową rok, dwa, i hop, dalsza kariera to asystentka. Tu już twórczość nie zna granic: asystentka od organizacji, asystentka od HR-ek, asystentka od kontaktów z kuratorium, asystentka od duszpasterzy…. Czy to jest poważne? Co to za sygnał dla szefowych jednostek? „Słuchaj, co tam być szefową jednostki, tyle roboty, wszyscy ci siedzą na głowie, dziewczyny, zastępowe, rodzice, ksiądz, szczepowa, hufcowa, jeszcze jakiś HOBOK nęka, pani z Sanepidu, tyle odpowiedzialności, słuchaj, zostań asystentką, nic nie robisz, a wszyscy się z tobą liczą, hufcowa cię dopieszcza, możesz się czasem wyżyć na tej drużynowej, której nie lubisz, życie jak w Madrycie….”.


Te rzeczy nie dzieją się ze szkodą dla pozycji naszych 20-latków, szefów jednostek i przybocznych. Oni stają się siłą rzeczy mniej ważni. Tracą motywację. Tracą „interes”. Stają się małymi trybikami, wykonującymi polecenia mnóstwa menedżerów z góry. A przecież mieli być głównymi protagonistami przedsięwzięcia.


Ze starymi mogą być różne problemy. Np. HR-ki i HR-rzy i inni starzy mogą chcieć zrobić taką nieformalną czy formalną „radę starszych” (np. jak zostałem komisarzem, to mi ktoś proponował ustanowienie takiej "rady starszych" na poziomie federacji; opowiadał mi też obecny komisarz o tym problemie w kilku krajach) i wymagać, by namiestnicy czerwoni lub hufcowi zasięgali ich opinii w ważnych sprawach. To onieśmiela młodych i powoduje nierównowagę całego systemu, bowiem jeśli ktoś nic nie robi, a chce dowodzić, to nie jest fair. My HR-ki i HR-rzy po prostu jemy z okruchów, poruszamy się "dyskretnie", żeby nie przytłaczać młodych, realnie pomagamy. Jesteśmy nieformalnymi, bez baretek, "przybocznymi" młodych szefów, hufcowych, naczelników, którzy jak tylko chcą zwracają się do nas o pomoc. A jak nie chcą to się nie zwracają. No, zawsze możemy wyjść z jakąś sensowną inicjatywą.


Nie jest fair tworzenie równoległej „hierarchii pedagogicznej”, która może mieć różne wersje. Np. w organizacjach harcerskich często jest tak, że tylko osoby ze stopniem phm lub hm mają prawo wyborcze na Zjeździe (Sejmiku) mimo, że nie są już szefami jednostek i przybocznymi. Dodatkowo wymogi na phm i hm sa tak ustawione, że czynny drużynowy nie jest w stanie zdobyć tego stopnia i zdobywa go już dawno po tym jak przestał być drużynowym. Wtedy ruch znajduje się w rękach „starej gwardii”, która broni dostępu do systemu, a na dole i tak najważniejszą robotę odstawiają szefowie jednostek bez realnych uprawnień. To jest strasznie niesprawiedliwie. To dlatego u nas członkami czynnymi są mianowani szefowie jednostek. I trzeba bardzo uważać, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której namiestnicy np. nie zaliczą komuś obozu szkoleniowego, on nie dostanie patentu, mimo to będzie drużynowym, bez patentu. On i tak ma prawo do głosu na Sejmiku,bo jest drużynowym. Bo inaczej to byłoby wprowadzanie tylnymi drzwiami systemu z tych innych organizacji harcerskich. „Realny patent” zdobywa się nie na obozie szkoleniowym, ale sprawdzając się realnie na funkcji szefa jednostki, a o tym najlepiej wie hufcowy i szczepowy, a nie namiestnik.


Pamiętajmy, że podejmują w naszym ruchu decyzje ci, którzy są na pierwszej linii, a zatem Rada Naczelna-naczelnik-hufcowy-szczepowy-szefowie jednostek. Namiestnicy, asystenci, pełnomocnicy, MacLareni, żółte i zielone chusty mają tylko głos doradczy, pomagają tym na pierwszej linii dobrze pełnić ich funkcje. To dlatego np. wszystkie te zielone, czy żółte chusty musi zawsze zaakceptować naczelnik na wniosek namiestnika po zasięgnięciu opinii hufcowego.


Podobnie opiekunowie HR-a i HR-ki nie mają roli „hierarchicznej”. Ci starzy nie wchodzą po prostu tylnymi drzwiami do struktury hierarchicznej przez to, że pełnią rolę opiekunów. Decyzja o wymarszu i Fiat powinna następować na linii sam zainteresowany-jego hufcowy z głosem doradczym opiekuna. A to wszystko jeszcze regulowane przez naczelnika lub namiestnika. Opiekun nie może mieć roli stanowiącej, bo on działa na forum wewnętrznym, a nie zewnętrznym. Księża wiedzą, o co chodzi.


Powiecie, że ten naczelnik i hufcowy to mają strasznie ważną rolę. Oczekujemy od nich wizji i przywództwa. A co jak oni "nie ogarniają”? Nic. Kochamy ich i pomagamy, jak możemy. 

To jest trochę tak, powtarzam trochę, ech, te analogie, że naczelnik to drużynowy hufcowych, a hufcowy to drużynowy szefów jednostek.

Naczelnik jako drużynowy hufcowych ma swoich przybocznych (namiestników z ważnymi zadaniami własnymi, innych asystentów albo np. tego zastępcę-komendanta chorągwi, co go ja tu tak miękko staram się zdefinować, nie jako "ścisły" szczebel hierarchiczny).

Hufcowy jako drużynowy szefów jednostek też ma swoich, no właśnie, wiem, że to może być jakoś źle zrozumiane, ale taki mam kaprys, musicie wybaczyć, tworzę po prostu, "asystentów", czyli szczepowych, którzy też mają przecież poważne zadania własne oraz innych asystentów.

Taką mam wizję struktury ruchu skautowego, w czym oczywiście, jak we wszystkim, mogę się mylić.


4.      System rad na każdym poziomie

Używam system rad na każdym poziomie, bo od jakiegoś czasu funkcjonuje hasło „system zastępowy na każdym poziomie” i jest on błędnie rozumiany moim zdaniem, do czego sam się chyba przyczyniłem, przepraszam. Tak naprawdę chodzi o system rad na każdym poziomie, bo system zastępowy to jest tylko w zielonej gałęzi w sensie ścisłym.

Pamiętamy, że rada drużyny to drużynowy z zastępowymi. A nie drużynowy z przybocznymi.


A zatem analogicznie na innych szczeblach.


Naczelnictwo to naczelniczka z hufcowymi i z głosem doradczym przybocznych naczelniczki, czyli namiestniczek. A nie naczelniczka z namiestniczkami. Było o tym powyżej.


Na poziomie hufca właściwy system rad polega na tym, że hufcowy naradza się z szefami jednostek, ze szczepowymi w roli „asystentów” hufcowego i drużynowych. Szczepowy, moim zdaniem, ma rolę hierarchiczną, ale o zmiennej geometrii. To wynika z naczelnej wskazówki interpretacyjnej, że hufiec to banda 20-latków. Jeśli hufcowy zamknie się tylko ze szczepowymi, pozbawi szefów jednostek wpływu na sprawy hufca, to redukujemy rolę 20-latków. A przecież to oni mają być głównymi protagonistami przedsięwzięcia. Byłaby wielka szkoda.


Czyli na poziomie hufca jest analogicznie jak na szczeblu krajowym.


Na szczeblu krajowym decyzje zapadają w gronie naczelnik-hufcowi z głosem doradczym namiestników.


Na szczeblu hufca decyzje zapadają w gronie hufcowy-szefowie jednostek z głosem doradczym szczepowych.


Na poziomie gałęzi, system rad polega na tym, że namiestnik naradza się z drużynowymi i hufcowymi z głosem doradczym swoich asystentów. W szczególności namiestnictwo nie powinno polegać na tym, że to jest rodzaj formalnej „struktury” złożonej z namiestnika i jego asystentów.


A nad wszystkim i tak czuwa Rada naczelna, która zwykle tylko wszystkiego słucha i obserwuje. Interweniuje tylko w sytuacjach „podbramkowych” i tylko wobec naczelniczki i naczelnika.


Po prostu zawsze na każdym szczeblu można popełnić błąd analogiczny do tego jaki popełnia drużynowy robiąc radę drużyny z przybocznymi.


Podobnie jest na szczeblu federalnym. Dla komisarza właściwy system narad to komisarz z naczelnikami z głosem doradczym asystentów komisarza. W praktyce może być to trudne, ale inaczej to jest redukowanie roli naczelników, a to jest niepoważne.


Oczywiście każdy hufcowy, naczelnik, komisarz, a także namiestnik, przygotowując temat do konsultacji przez właściwie skonstruowaną radę (pamiętajmy, że to jest narada-wyrażanie zdania, a potem to szef decyduje, ta rada to nie jest parlament, gdzie decyzje podejmuje się przez podniesienie rąk na zasadzie większości…) rozmawia z kim chce, radząc się.


5.      Jak się wybiera hufcowego i naczelnika?

Widzieliśmy już, że naczelnik i hufcowy pełnią w naszym ruchu bardzo ważną rolę. Jak się ich wybiera?


Kilka wskazówek, które oczywiście nie są w 100% decydujące, tylko pomagają się zorientować.


Czy w hufcu, czy na poziomie krajowym widzimy po prostu, że ktoś jest bardzo dobrym szefem jednostki lub że jest bardzo dobrym hufcowym. To pierwsza wskazówka. Potrafi pracować z ludźmi. Z szerokim gronem. Potrafi łączyć, budować. Ma doświadczenie udanego zarządzania jednostką, czy dużą strukturą. A już jak wziął ten hufiec z 2 jednostkami, a zostawił z 10-cioma, no to już w ogóle widać, że to jest ten człowiek. Jest jednak coś w tych doświadczeniach korporacji amerykańskich, że szefem firmy zostaje ten kto był najlepszym frontmenem (sprzedaż), a nie ten, kto jest „defensywnie” nastawionym księgowym czy administratorem albo szefem IT.

Więc jak ktoś był bardzo dobrym szefem jednostki to, co do zasady nadaje się na hufcowego. Jeśli to była osoba z żółtej lub czerwonej niech zadba o dobre rozumienie zielonej, bo to zielona jest najbardziej pedagogicznie rozbudowana.

Oczywiście nie ma przeszkód, by ktoś, kto był namiestnikiem został naczelnikiem. Często jednak namiestnicy mają inny profil po prostu, bardziej animacyjno-pedagogiczny, a nie hierarchiczny.

Nie ma w ogóle żadnych przeszkód, żeby ktokolwiek został kimkolwiek, jeśli przeważa opinia, że jest to właściwa osoba. To zależy od osoby po prostu.


Zwykle liczymy na hufcowego i naczelnika, by przygotował i wskazał następcę. Wychowanie następcy to jedno z najważniejszych zadań każdego szefa na każdym szczeblu.


Czasem są osoby, z pozoru bardzo dobrzy szefowie, którzy mają trudność psychologiczną w wychowaniu następcy. Mają jakiś rodzaj blokady, która eliminuje z ich otoczenia osoby lepsze od niego. Należy się zatem przyglądać szefom wszystkich szczebli, kogo zapraszają do współpracy, czy ich grono najbliższych współpracowników pełne jest osób z talentami, czy raczej miernych. To jest pewna wskazówka, czy ten szef jest dobrym szefem i czy wychowa następcę lepszego od siebie. Wówczas bowiem ten system wskazywania następcy może nie zadziałać.


Na szczeblu krajowym zwykle naczelniczka, naczelnik konsultuje z Radą Naczelną i hufcowymi zamiar odejścia i osobę kandydata na następcę/następczynię. Rada Naczelna ma oczywiście prawo się nie zgodzić, ale rozumiemy, że jest to sytuacja delikatna i powinna być prowadzona spokojnie i roztropnie. Na szczeblu hufca odchodzący hufcowy zwykle konsultuje z naczelnikiem i szefami jednostek osobę kandydata na następcę. Naczelnik oczywiście ma prawo się nie zgodzić, choć zwykle ma to miejsce w sytuacjach podbramkowych np. gdy odchodzący hufcowy wskazuje następcę czyniąc ewidentny błąd w rozeznaniu. Ale staramy się, by to też działo się spokojnie i bez emocji, licząc się ze zdaniami szefów jednostek. W końcu zależy nam na tym, by była to osoba, której będą słuchać.


Podobnie w wyborze namiestniczek naczelnicy starają się konsultować z hufcowymi i szefami jednostek odpowiednich gałęzi. Zwiększa to szanse „dobrego trafienia”. Oczywiście naczelnicy nie są związani przez nikogo w wyborze namiestników, gdyż są to ich „przyboczni”.


Oczywiście dobrzy naczelnicy i hufcowi starają się „podsłuchać”, jaką opinię ich kandydaci mają w nurcie żeńskim i vice versa, naczelniczka i hufcowe starają się „podsłuchać’, co o ich kandydatach myślą chłopaki. Nie ma to rzecz jasna, decydującego charakteru, ale zwiększa po prostu tę ogólną kulturę słuchania, o której tu piszemy od początku.


6.      Czy to wszystko zadziała jak nas będzie 6 Tysięcy?

Ogólnie tak. Musi. Ogólnie do pewnego poziomu liczebność organizacji nie burzy naszej pedagogiki. Ale powyżej być może tak. Maurice Ollier twierdzi, że organizacja naszego typu, czyli taka bez „biurokracji” etatowej, zarządzana przez wolontariuszy może liczyć maksymalnie 30-40 tysięcy. Być może mniej. Różnie może być.


Myślę, że głównym problemem, jaki napotkamy będzie kwestia na ile naczelnicy dadzą radę ogarnąć hufcowych. Z iloma hufcowymi może pracować naczelnik? Jak duży może być hufiec? Czy powołanie chorągwi nie będzie kiedyś koniecznym rozwiązaniem? Na to ostatnie pytanie odpowiedzmy po włosku: być może tak, ale jeśli już to tylko w tym modelu włoskim, z postacią komendanta chorągwi jako „zastępcy naczelnika na dane terytorium”, nie z rolą ściśle hierarchiczną, ale o zmiennej geometrii, jak szczepowy, bez prawa do powoływania asystentów i bez własnego planu pracy. Napatrzyłem się na to wiele razy: nie ma nic gorszego niż mnóstwo szczebli hierarchicznych na czele z osobami, które nie rozumieją swojej roli. Lepiej mniej szczebli hierarchicznych, czyli duże hufce na czele z osobami, które rozumieją swoją rolę i ogarniają. Że nie ma takich? Eee tam.


Jak duży może być hufiec?


Hufiec zwarty terytorialnie może być duży.


Hufiec rozciągnięty terytorialnie raczej chyba lepiej, żeby był mniejszy.


Duży hufiec to znaczy 400-600 osób. Takie duże hufce mamy w zwartych skupiskach w Treviso i okolicy we Włoszech oraz w Wersalu i okolicy we Francji. Liczymy, że średnio jeden szczep to 50 osób, więc 400-600 osób to nam daje od 8 do 12 szczepów.


Hufiec rozciągnięty terytorialnie, nie chcę tu definiować, co to znaczy, bo to zależy od przypadku i naczelnik musi po prostu szukać optymalnego pedagogicznie i organizacyjnie rozwiązania dla danego przypadku. Ale tak ogólnie myślę, że to może być maksymalnie 4-6 szczepów. Być może na Górnym Śląsku to może być więcej z racji bliskich odległości. I najlepiej, jeśli w środku nie ma wielkiego miasta tzn. że jest to hufiec terenowy. Taka Rawa lub Garwolin. Pogadajcie z hufcowymi z Wrocławia lub z Lublina, jak trudno jest zarządzać hufcem wielkomiejsko-terenowym. Np. nie wykorzystuje się potencjału wielkiego miasta do tworzenia nowych jednostek, bo dużo czasu i energii kosztuje pokonywanie odległości do jednostek w terenie albo w ogóle nie ma się pary na zajmowanie się jednostkami w terenie. Ale to tak ogólnie rzecz ujmując oczywiście. Bo np. może to nie dotyczy Górnego Śląska z racji na jego specyfikę terytorialną, czyli zwartość.


Myślę, że jeśli umiejętnie to wszystko ułoży, w szczególności, jeśli znajdą się hufcowi, którzy ogarniają, to 6 tysięcy nie musi oznaczać więcej niż 20 hufców.

No, ale zobaczymy jak się to uda rozegrać.

Myślę, że nie zgadzam się z rozpowszechnionym jakoś stosowaniem tego, co mówił B-P o drużynie (drużynowy ogarnie normalnie 16 osób, a max 32) do wyższych struktur, szczególnie do hufca. Moim zdaniem takie podejście stworzy dużo karłowatych hufców bez odpowiedniej dynamiki "dużej bandy 20-latków" i wymusi tworzenie chorągwi, co moim zdaniem jest zwyczajnie niebezpieczne z powodów, które wystarczająco wyłożyłem w całym tym tekście od samego początku. Ponadto spowoduje ograniczenie, "skarłowacenie", roli szczepu z czego zdali sobie sprawę Włosi. Znów będzie wbrew przestrodze Sedlaczka.
7. Są organizacje zbudowane jako federacje szczepów bez hufców, ale to nie nasz model
Piszę o tym tylko tak dla poszerzenia kultury osobistej. Np. Skauci Europy w Belgii (1300 członków) działają de facto jako federacja szczepów. Są szczepy i od razu szczebel krajowy. Przy tak małej liczebności i małym terytorium kraju to jest rozwiązanie całkiem ok. Ale jak taką samą strukturę ma wielka organizacja Scouts Unitaires de France (17 tys członków) w tak dużym kraju jak Francja, to nie jest tylko kwestia czysto organizacyjna. To wpływa na ogólną fizjonomię tej organizacji, na jej charyzmat założycielski po prostu. Ona jest bowiem pomyślana jako "federacja szczepów" nie w sensie organizacyjnym, jak nasi Belgowie, ale w znaczeniu pedagogicznym. My nie jesteśmy "federacją szczepów" mimo iż to szczep jest najważniejszy. Jest pewien zamysł jedności na wyższym poziomie w znaczeniu wewnętrznej fizjonomii, wewnętrznego charyzmatu. To dlatego tak ważni są hufcowi, którzy są "naczelnikami" na swoim terytorium, a szczepowi mają rolę o zmiennej geometrii hierarchicznej. Miałem na ten temat ciekawą rozmowę z Dawidem Sanchezem  ze Szwajcarii na Eurojamie, bo oni mają analogiczną sytuację jak w Belgii. Czy budować w tak małym kraju i małej organizacji (teraz ponad 500 chyba) na bazie tylko i wyłącznie szczepów, czy też wprowadzić hufce? Poradziłem, żeby rozstrzygał w zależności od sytuacji, tam gdzie jest to sensowniejsze, bo akurat ma szefa, który buduje kilka szczepów, niech go traktuje jak hufcowego. Ale jak ma duże szczepy w tradycyjnych miejscach to niech ich nie włącza w jakiś hufciec. Czyli niech ma, jako naczelnik, czy raczej Philippe, który jest naczelnikiem teraz, pod sobą bezpośrednio już to hufce już to samodzielne szczepy. Tak elastycznie, bo mu się sztywna struktura nie sprawdzi po prostu.

8. Przypadek Centrum Rozwoju

To też piszę tak dla kultury osobistej. Nasz naczelnik to wymyślił i to jest całkiem niezłe. Taki przykład jak kształtować elastycznie struktury, by służyły celowi pedagogicznemu. Otóż mamy Centrum Rozwoju, nie wiem, czy był już rozkaz naczelników, czy nie, jak nie było to na dniach bedzie, struktura wspólna dla dziewczyn i chłopaków, jak szefem jest on, to zastępczynią ona, czyli coś jak robią Włosi. Centrum Rozwoju to po prostu taki ogólnopolski hufiec, poza terenami istniejących hufców. Tworzy szczepy od zera. Szkoli i mianuje szefów i szczepowych, a jak się znajdzie ktoś, kto jest takim ponad-szczepowym, to zostaje szefem środowiska, czyli przyszłym hufcowym i wtedy Centrum Rozwoju przekazuje go naczelniczce i naczelnikowi i jedzie dalej powoływać nowe szczepy i docelowo hufce. Czyli taki hufiec, który ma się zmniejszać, a nie powiększać. Taki sympatyczny paradoks.
Takie jest moje zdanie na te wszystkie trudne tematy. Ale mogę się mylić.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz