11 marca 2014

W 4 lata załóż hufiec Skautów Europy w swojej okolicy

Właśnie w minioną sobotę 8 marca 2014 mieliśmy w Warszawie kolejne spotkanie ABC Skautingu dla dorosłych chcących zaangażować się w ruch Skautów Europy. Było ponad 20 osób z Poznania, Olsztyna, Bartoszyc, Lututowa, Warszawy, Czosnowa, Kobyłki, Legionowa i Milanówka. Był też na spotkaniu ks. Wojtek z Bartoszyc. To ponad 250 km od Warszawy. Na granicy z obwodem kaliningradzkim. I ks. Wojtek na zakończenie udzielając nam błogosławieństwa powiedział, że założyć środowisko Skautów Europy w swoim mieście, parafii, na swoim terenie, to dobry sposób, by uczcić kanonizację Jana Pawła II, że nasz Papież-Polak wiele razy mówił, żeby mu nie stawiać pomników kamiennych, tylko pomniki z ludzkich dusz i że takie środowisko Skautów Europy to taki pomnik z żywych dusz z wdzięczności Bogu za tego wielkiego Papieża.

Wieczorem czytam maila od Kasi Szczypek, która jeździ po Polsce i zakłada samodzielne zastępy. To się nazywa „Bluszcz”, tak jak u chłopaków „Puszcza”. Kasia pisze, że wraca właśnie z Chojnic, gdzie są zastępy dziewczyn i chłopaków. Miała spotkanie z rodzicami, na którym powiedziała, że taki Garwolin to ma hufiec FSE. Wtedy rodzice i ksiądz: no jak to? To Garwolin ma, a Chojnice, które są dwa razy większe nie mają? Więc my teraz tutaj sobie tak o tym mailujemy w ramach naszego „Centrum Rozwoju”, czyli osób zajmujących się rozwojem tam, gdzie nie sięgają obecnie działające hufce, czyli tak naprawdę większa część terytorium Polski, że musimy w tych Chojnicach zrobić większą akcję promocyjną, żeby znaleźć tamtejszego „Jarka Głażewskiego”, który założy tam hufiec. Nie wiecie kto to taki? Jarek z przyjaciółmi cztery lata temu zaczął zakładać środowisko na Górnym Śląsku i w tym roku tam będzie powołany hufiec. Stąd tytuł tego tekstu. Też stąd, bo patrzę, co tu w Warszawie wyczyniają hufcowi, którzy w ciągu 3-5 lat rozwinęli swoje hufce z kilku jednostek do kilkunastu. Np. w jednym hufcu 4 lata temu były trzy jednostki, teraz jest ich szesnaście. W pozostałych proporcje są podobne. Jeszcze rok, dwa i z tych czterech hufców będzie osiem….

Jak ktoś powie, że to Warszawa, więc jest łatwiej, to zapraszamy na Górny Śląsk. A jak ktoś powie, że to Górny Śląsk, to jest łatwiej, to zapraszamy na Dolny Śląsk, gdzie dziewczyny powołały hufiec złożony z jednostek działających w Legnicy, Bolesławcu, Rząsinach, Uboczu, Świeradowie. Wielkie miasta, małe miasta, wioski, Polska A, czy Polska B, ściana zachodnia, czy ściana wschodnia. Przykro mi, ale nie ma się gdzie schować. Wszędzie można założyć Skautów Europy. No, ale trzeba trochę popracować, samo nie przyjdzie….

 

Trafić na ciekawych ludzi

Łatwo powiedzieć. Ale jak na nich trafić? Wiadomo, że jak spotkamy ludzi z talentami, aktywnych, poważnych, porywających innych, to hufiec możemy założyć nawet w 2 lata, co pół roku uruchamiając nowe środowisko w nowej parafii. Doświadczyłem tego w Warszawie, więc wiem, że to możliwe.

Więc ja nie wiem, jak na nich trafić. Wiem, że w ostatnich latach udało się nam na takich trafić i oni ten skauting uznali za swój, mimo, że w wieku młodzieńczym skautami nie byli i go rozwijają. W Warszawie ponad połowa szefowych i szefów to osoby, które do skautingu przyszły w wieku dorosłym. A na Górnym Śląsku to 100% przyszło w wieku dorosłym.

No dobrze, trochę się przez ostatnie lata dowiedziałem, jak trafić na ciekawych ludzi, którzy założą środowisko gdzieś blisko lub daleko stąd.

 

Rozmawiać z rodzicami

Pierwszą rzeczą, którą zaczęliśmy robić bardziej systematycznie, to praca z rodzicami, tłumaczenie im naszego projektu wychowawczego i zachęcanie ich, by zapraszali innych rodziców i ich dzieci. Oni zaczęli ściągać swoich znajomych często z innych miejsc i wówczas my systematycznie zaczęliśmy mówić, że tam daleko my też możemy założyć środowisko FSE, u nich w parafii, jeśli oni zbiorą jakąś grupę rodziców i pójdą do proboszcza i ten się zgodzi. Nie ma co, nikt bardziej nie przekona proboszcza, jak rodzice-jego parafianie.

 

Ogłaszać z ambony

Jak ta grupa rodziców nas zaprosiła i proboszcz się zgodził i jak jeszcze tam jest jakiś chętny wikary, to my stanęliśmy na ambonie w niedzielę i zaczęliśmy ogłaszać, że tu powstaje środowisko skautingu katolickiego, że zapraszamy rodziców z dziećmi oraz studentów i dorosłych, którzy chcą pomóc jako wolontariusze. To magiczne słowo: wolontariusze. No i zaczęły przychodzić osoby w wieku 18 lat i więcej, często też ojcowie i matki i zaczęli zostawać akelami, a często też drużynowymi. Na tych spotkaniach, gdzie mamy tych rodziców z dziećmi, gdzie pokazujemy te świetne filmiki, panuje taka atmosfera, że jak się okazuje, że nie ma kandydatów na szefów, nie ma kto tego dzieciom już za tydzień zorganizować, to następuje taka mobilizacja rodziców i księży, że za tydzień, dwa mamy tych kandydatów.

 

Umieć postępować z osobami dorosłymi

Z tymi dorosłymi, którzy się zgłaszają trzeba umieć postępować. Co do zasady nie wolno bardzo rozkładać w czasie. Dwa-trzy miesiące wystarczą, by taką osobę przygotować do pełnienia funkcji szefa. Pamiętajcie, że zwykle po takim spotkaniu w parafii, mamy na liście 30-50 dzieci i one nie mogą długo czekać. Dzieci do wilczków to poczekają te 2-3 miesiące bez problemu, ale młodzi do harcerek i do harcerzy to nie poczekają. Jak się coś nie wydarzy za tydzień lub dwa, to miesiącu już ich nie będzie, stracą zainteresowanie. No więc, my pracujemy intensywnie z tymi kandydatami na akele i drużynowych. Jak po drodze, w sensie niedługo, jest obóz szkoleniowy to wspaniale. Teraz to jest nawet całkiem fajnie, bo mamy tą Dżunglę chłopaków w lutym, Dżunglę dziewczyn w marcu, Adalbertusa Aprilisa w kwietniu, no i wszystkie obozy szkoleniowe wszystkich gałęzi w sierpniu. Mamy też to ABC Skautingu w lutym/marcu, mamy te trzy szkolenia regionalne szczepowych (też tam mogą być zaproszeni ludzie nowi, dlaczego nie): w Lublinie w listopadzie, we Wrocławiu w styczniu, w Warszawie na przełomie maja i czerwca. Mamy tych rzutkich hufcowych, którzy zaprzęgną swoje akele i swoich drużynowych do przeszkolenia tych nowych ludzi. Są regionalne Puszcze u chłopaków w małopolskim, dolnośląskim, lubelskim, w Garwolinie. Mamy to nasze „centrum rozwoju”: Kasię Szczypek od Bluszcza, Michała Pałamarza od Puszczy, Emilię Stachurską od kandydatek w wieku powyżej 18 lat, które znajdują się zwykle przy okazji działań Kasi i Michała. Marysia i ja też staramy się być do dyspozycji, gdzie to tylko możliwe. W zeszłym roku pomagaliśmy zakładać szczepy od zera w okolicach Rzeszowa.

Więc mamy sporo narzędzi i osób, które się tym zajmują. Jest do kogo zadzwonić. Jest komu się tym zająć. Są doświadczenia jak to robić.

Mamy tych kandydatów i ich w 2-3 miesiące przygotowujemy. Chyba, że oni nam powiedzą, że potrzebują więcej czasu. Więc to jest indywidualne i się dostosowuje do okoliczności danej osoby. Musi być szkolenie, obóz szkoleniowy. Ale czasem, po dokładnym rozeznaniu sytuacji i okoliczności, podejmujemy decyzję, by zaufać szybko, od razu i powołać nawet bez obozu szkoleniowego, zobowiązując do udziału w najbliższym. Dlaczego tak czasem postępujemy? Bo tak doradza ocena danej konkretnej sytuacji. Widzimy, że są to osoby poważne z jednej strony, a z drugiej oceniamy, że przeciąganie w czasie je zniechęci, opadnie entuzjazm całej parafii, rodziców i dzieci. Jak ktoś ma wątpliwości, to bardzo chętnie wyjaśnię dlaczego i w jakich okolicznościach warto tak postępować. To jest wyjątek, ale musimy mieć taki instrument w naszym arsenale rozwojowym.

 

Nie bać się stanąć na krawędzi

Na tym ABC ks. Wojtek z Bartoszyc fajnie opowiadał o tym, co znaczy wiara i co znaczy zaufać Panu Bogu w konkretnych okolicznościach. I w związku z rozwojem byliśmy nieraz w takiej sytuacji. Jest parafia, gdzie ksiądz wikary bardzo, bardzo chce. Nie chcemy go zawieść i zmarnować jego zapału. Nie chcemy go gasić. Z drugiej strony musimy postawić warunki, jakoś na trzeźwo to wszystko, a nie na wariata. Więc mówimy: „księże, dorośli kandydaci na szefowe i szefów, księże, dorośli kandydaci na szefowe i szefów….”. I tak powtarzamy 10 razy. I ten ksiądz mówi: „ja szukam, ale wy i tak za dwa miesiące przyjeżdżacie do mnie w niedzielę na ogłoszenia po każdej Mszy i spotkanie wieczorem, jasne?”. Ok. To samo w innej parafii, gdzie ksiądz proboszcz mówi: spoko, przyjeżdżajcie, ogłaszajcie, znajdziemy tych szefów.

No to my stajemy na tej krawędzi, jak to mówi ks. Wojtek z Bartoszyc. Inaczej, to jak Bóg zadziała? Wszystko musi być przygotowane, zorganizowane? Trochę tak, trochę się staramy. Znajdujemy wcześniej jedną szefową, ksiądz intensywnie rozmawia ze znajomymi rodzicami, etc. Ale w końcu i tak jedziemy w tą niedzielę do tej parafii i nie wiemy, co się wydarzy. A raczej wiemy, spodziewamy się, że będziemy mieli listę 50 dzieci i nikogo, kto by tym dzieciom robił zbiórki. Ale pocieszamy się: jak to dobrze opowiemy rodzicom, jak oni się zachwycą, to będziemy mieli może 50 lub więcej sojuszników do szukania tych kandydatów na szefowe i szefów.

Nawet tak, to jest jednak trochę na wariata. Jadę tam i sobie myślę, że w końcu wszystko rękach Pana Boga, że Panie Boże zobacz, ja realnie nie mam żadnego „zabezpieczenia”, rzucam się w Twoje ramiona. Teraz Ty.

I wieczorem na tym spotkaniu, oprócz tych 50 dzieci, zgłasza się 12 osób dorosłych, studentów, jeden tata, jedna mama. W innej parafii jeden student, jeden tata, po tygodniu studentka, która zaprasza koleżankę. Jeszcze w innej maturzystka i dwie pracujące. Po dwóch miesiącach w tych parafiach działają wszystkie jednostki Skautów Europy. I co mamy powiedzieć?

 

Jak trafić na ciekawych ludzi?

Powtarzam: nie wiem jak na nich trafić. Trzeba po prostu coś robić. Jestem zachwycony tym tworzeniem szczepów od zera. Znaleźliśmy mnóstwo kandydatów na szefowe i szefów nie na „sucho”, nie na zasadzie „zostań harcerką/harcerzem”, ale „potrzebujemy wolontariuszy do pracy z dziećmi i młodzieżą”. Większość z nich zakochuje się w skautingu do końca życia. Niektórzy nie. Pomagają rok lub dwa, a potem odchodzą. Ale tak samo jest przecież z osobami, które były wcześniej harcerzami/harcerkami. Statystyki są podobne.

Trzeba coś robić. Pójść do duszpasterstw akademickich jak Błażej przy okazji Santiago-Madrytu 2011. Pójść na uniwersytet jak Klaudia. Pójść do liceum, jak wielu z nas chodzi. Stanąć na ambonie w parafii. Porozmawiać ze znajomymi z Domowego Kościoła, żeby podpytali swoich przyjaciół. Zrobić plakaty „Poszukujemy wolontariuszy do pracy z dziećmi i młodzieżą”, jak zrobił Błażej w Ząbkach. Zrobić wystrzałowe Forum Młodych, na które nasze szefowe i szefowie zaproszą przyjaciół i może ktoś z nich się zainteresuje. Prowadzić na ten temat konferencję na obozach szkoleniowych, żeby poszerzały się horyzonty. Zachęcać szefowe i szefów, żeby zapraszali koleżanki i kolegów do pomocy na zbiórkach. Ostatnio słyszałem wiele takich historii: przychodzi taka studentka na zbiórkę w sobotę do tej akeli, co ją zaprosiła. Bez munduru, bez przyrzeczenia, bez żadnego pojęcia. Zachwycona. Po miesiącu się pyta: a ja też mogłabym chodzić w mundurze, bo te wilczki mnie pytają, dlaczego ja nie mam? A czy ja też mogę złożyć obietnicę, jak wilczki? Muszę powiedzieć, że się popłakałem ze wzruszenia, jak to usłyszałem.

Myślę, że my jeszcze nie do końca odkryliśmy jaką apostolską bombą atomową dysponujemy.

 

Kilka przeszkód, które leżą po naszej stronie

Zastępowym mówimy, że jak się zastęp nie udaje, to w 75% to jest jego wina. Tu jest podobnie. Jak się nie rozwijamy, jak się nie udaje nam tworzyć środowiska Skautów Europy to w większości wina leży po naszej stronie. Nie po stronie demoralizacji, problemów społecznych, mediów, bezrobocia, galerii handlowych, komputera, telewizji, celebrytów, polityków, Putina czy kogo i co tu sobie można jeszcze wyobrazić w roli demotywatorów. Pamiętam jak zaczęliśmy przygotowywać  Eurojam 2003 w Żelazku. Tak sobie myślałem: ciekawe gdzie napotkamy największą przeszkodę? No to zaczynamy z Rafałem badać te przeszkody. Parki krajobrazowe. Czy nie będą miały nic przeciwko? Okazuje się, że nie. Hmmm…. to może gminy? Okazuje się, że obie gminy zachwycone. Aha, już wiem! Pewnie Sanepid! Wiadomo, na Sanepid zawsze można liczyć. Okazuje się, że też nie. Policja? W porządku. Lasy państwowe? Spoko. Aaaaa! Mam! Okazuje się, że tereny, na których chcemy zrobić Eurojam są prywatne, jest ponad 150 drobnych właścicieli….. Uffff…… Nareszcie, znaleźliśmy największą przeszkodę. Na pewno się nie uda. Spoko. Nie nasza wina. Staraliśmy się. Ale cóż. 150 właścicieli. Jak wy sobie wyobrażacie, że oni się zgodzą? Rafał zaczyna zbierać zgody z poparciem gminy. O nie!!!!!!!!!!! Mamy wszystkie zgody…… Tragedia! Naprawdę już nie było na kogo zrzucić winy. W końcu okazało się, że Eurojam zawisł na włosku z powodu naszej własnej niekompetencji… a nie z przyczyn zewnętrznych.

 

Po pierwsze nasze lenistwo, które zwykliśmy usprawiedliwiać zrzucając winę na innych w myśl zasady: „To jest moja wina i mogę ją zrzucić na kogokolwiek mi się podoba”.

 

Po drugie, brak wyobraźni. Np. często poza naszą wyobraźnią jest, że w jedną niedzielę możemy mieć 50 dzieci, ich rodziców i kilkunastu dorosłych kandydatów na szefów. Przecież to niemożliwe, myślimy.

 

Po trzecie, lenistwo i brak wyobraźni razem, które skutkują tym, że jak już mamy kontakty, osoby dorosłe zainteresowane, księży chętnych, to albo się nam nie chce albo nie mamy pojęcia co z tym zrobić. Boimy się. Po prostu. Albo nie mamy takiej umiejętności kreowania ludzi na szefowe/szefów. To ważna umiejętność hufcowych, osób zajmujących się rozwojem. Bardzo, bardzo często myślimy, że szefami mogą zostać tylko osoby, które same przeszły całą, czy chociaż część drogi harcerskiej. Które same doświadczyły. Myślimy, że osoby dorosłe, które przychodzą w wieku powyżej 18 lat, nie będą w stanie prowadzić jednostki zgodnie z naszą pedagogiką. Doświadczenie, jakie mamy uczy, że tak nie jest. Że jesteśmy w stanie znaleźć ciekawe osoby dorosłe z talentami, które poprowadzą jednostki zgodnie z naszą pedagogiką. I odwrotnie: sam fakt, że samemu się przeżyło przygodę harcerską nie gwarantuje sam z siebie, że się będzie dobrym szefem. Chyba widzimy wszyscy z obserwacji, że tak jest.

 

Gdybyśmy nie wystartowali z dorosłymi bez doświadczenia nie mielibyśmy Warszawy.

 

Kolejne doświadczenie jest takie, że owszem bywa, że w pierwszym pokoleniu jakoś pedagogiki może jest nieco słabsza. Ale paradoks polega na tym, że w kolejnym pokoleniu, już w wykonaniu młodych, którzy byli w jednostkach prowadzonych przez osoby bez doświadczenia jakość się poprawia.

 

Niektórzy myślą, że tylko samodzielne zastępy nas rozwiną, bo w ten sposób szefami zostaną obecni członkowie samodzielnego zastępu. I to prawda. Musimy robić samodzielne zastępy. W każdym hufcu powinna być osoba odpowiedzialna za lokalną sieć samodzielnych zastępów. Równocześnie jednak powinniśmy mieć oczy otwarte: jeśli się uda znaleźć chętnych dorosłych powyżej 18 lat, to warto spróbować z nimi szczep od zera. I to trzeba robić i tamtego nie zaniedbywać. Nie ma lepszej zasady wyrażonej w Ewangelii niż ta.

 

Mamy już tę konkretną parafię, tych chętnych rodziców, tego księdza albo tych kilkoro studentów. I nie wiemy, co z nimi robić. Jak zacząć? Istotnie czasem nie do końca wiadomo. Trzeba nieco wyczuć sytuację, osoby, kim są, etc. To jest pewna umiejętność „dowodzenia w polu”. Na nic planowanie sztabowe.

 

Ja lubię od razu stawiać wszystko na nogi, w myśl zasady, że „smoki się rodzą i od razu zieją ogniem”. Jak mam jakichś chętnych dorosłych, to wiem, że sprawy muszę rozegrać szybko, w ciągu 2-3 miesięcy. Chyba, że oni sami od początku dają przekaz typu: „będę do dyspozycji za rok”.

 

Koleżanki i koledzy, którzy przychodzą pomagać jako przyboczni

Jak jestem hufcowym/hufcową i zgłasza się osoba w wieku 19-24 lat, to nigdy nie daję jej do ogniska/kręgu młodych. Jakimś testem na jej intencje będzie gotowość tej osoby pójścia na zbiórkę gromady lub na biwak drużyny. Czasem tym testem będzie gotowość wzięcia udziału w wędrówce ogniska szefowych/kręgu szefów. Ale nie interesuje mnie aż tak bardzo, żeby taka osoba za długo chodziła tylko na wędrówki, a unikała zaangażowania w pracy z młodymi. Nie jesteśmy przechowalnią starych koni, czyli osób pełnoletnich. Oczywiście, jestem elastyczny i dostosowuję się do takiej osoby. Nie zależy mi na tym, by taka osoba zdobywała „stopnie wędrownicze” bez podjęcia służby. Ale jestem cierpliwy. Zostawiam otwarte drzwi. Mogłem obserwować ostatnio, że taka polityka przynosi dobre rezultaty. Osoby takie angażują się jako przyboczne. Jednostki pękają w szwach od przybocznych. Szefowie jednostek się cieszą, że nie są sami. Głównie w żółtej gałęzi. Ale w zielonej też. Tak naprawdę to szefowa jednostki staje się taką de facto „szefową małego ogniska szefowych”, złożonego właśnie ze swoich przybocznych. Nie, nie!!! Nie chodzi o ognisko w sensie formalnym, ale w sensie REALNYM. Mnóstwo formacji czerwonej odbywa się tam w ten sposób. Te osoby proszą o mundur i przyrzeczenie. Dopiero potem, powoli wchodzą w czerwoną gałąź. Nie odwrotnie. Wolę taki sposób postępowania. Najlepiej oczywiście mieć jedno i drugie: osoba taka zaczyna pomagać jako przyboczny, równocześnie za chwilę idzie na swoją pierwszą wędrówkę z kręgiem szefów/ogniskiem szefowych. Ale uważam, żeby nie przesadzić w „wymaganiach”, bo dla tej nowej osoby to kosmos. Wolę odczekać, by ta osoba zaskoczyła w jednej rzeczy, którą się proponuje, a nie od razu zasypywać tysiącem wymagań i propozycji. Jak zaskoczy z wędrówkami, to po paru miesiącach proponuję służbę. Jak zaskoczy ze służbą, to po paru miesiącach proponuję wędrówki. W każdym razie trzeba wyczuć. Pierwszorzędną rolę odgrywają szefowie jednostek, którzy zaprosili taką osobę, zwykle to jest ich przyjaciel, koleżanka ze studiów. To oni są na pierwszym miejscu odpowiedzialni za te osoby. Ja jako hufcowy/hufcowa wchodzę czasem dopiero po kilku miesiącach, jak ta szefowa/szef jednostki skieruje tego swojego nowego przybocznego do mnie, bo już jest gotowy na więcej. Czyli nie mam podejścia na zasadzie: najpierw ta osoba musi zostać przewodniczką/wędrownikiem, a potem szefową/szefem. Nie. To się dzieje równocześnie. Nie ma jakichś dwóch odrębnych procedur. Oczywiście wszystko zależy od danej osoby, ale to ja się dostosowuję do niej, a nie ona do jakiejś „obowiązkowej” procedury. Pamiętajmy, mamy do czynienia z osobą dorosłą i jeśli stwierdzamy, że jest to osoba poważna, mająca dobra formację osobistą, to nie postępuję z nią jak z małą harcerką.

 

Są sytuacje, w których osoby w wieku 18-24 oraz starsze od razu kreujemy na szefowe/szefów

Weźmy sobie taką sytuację, która obecnie ma miejsce w jednym miejscu w Polsce, gdzie działa samodzielny zastęp. Od września trzy dziewczyny przechodzą do młodych. No, ale kto będzie szefową? Przecież tam jest tylko samodzielny zastęp. Wiem, że Michał Pałamarz w takich sytuacjach kombinował na różne sposoby, żeby tych chłopaków nie stracić, tyle się przecież napracował i często sam zostawał zdalnym szefem młodych. Albo jakiś jego przyboczny. Jeśli ich miał. No, ale teraz jedna harcerka mówi, że jej 18-letnia siostra mogłaby by być ich szefową. Tylko ona pyta: „jak mogę być szefową, skoro nie jestem przewodniczką”. Tu akurat mamy komfort, bo mamy pół roku na rozegranie sprawy, więc w ogóle spoko, myślę. Jeśli zaproponujemy jakiś realistyczny program przygotowania indywidualnego przez te 6 miesięcy, kończąc w wakacje udziałem tej dziewczyny, w miarę możliwości w wędrówce jakiegoś ogniska młodych i wędrówką szkoleniową, a być może, czemu nie? udziałem w wędrówce młodych w ramach Eurojamu i udziałem w Eurojamie jako przyboczna zielona, to już w ogóle super. Dodajmy, że to ma miejsce 350 km od Warszawy i w zasadzie to najbliższe środowisko. Chyba, że będą do wykorzystania możliwości, które tworzą się w Poznaniu i Toruniu.

Są też inne sytuacje, które uzasadniają od razu kreowanie na szefów takich osób nowych przychodzących z zewnątrz. Głównie ich wysoki poziom osobisty oraz ogólnie kontekst lokalnego tworzącego się środowiska, z którego pochodzą. Pisałem o tym wyżej.

 

Problem utrzymania nowych oddalonych środowisk

Wiadomo, że nic tak nie motywuje szefów-dwudziestolatków, jak obecność innych szefów-dwudziestolatków, tak jak oni. Skauting, oprócz tego, że jest bandą nastolatków, jest w szczególny sposób bandą 20-latków. To jest temat, który od dawna na tym blogu się pojawia. Jasne, że najważniejszym zadaniem hufcowego jest osobisty kontakt z szefami. Ale równie ważna, jeśli nie ważniejsza tak naprawdę, jest atmosfera przyjaźni w tej bandzie 20-latków, którą stanowi krąg szefów, czy ognisko szefowych. To dlatego trochę boleję nad tym podziałem na małe ogniska szefowych u dziewczyn, na którego czele stoi szefowa ogniska, która nie jest hufcową. Bo to uprzywilejowuje relacje pionowe: szefowa ogniska-szefowa jednostki, a nie daje tej atmosfery poczucia własności za cały hufiec razem z przyjaciółkami, szefowymi jednostek wokół hufcowej. To powinno być tak jak ZZ w większym składzie oczywiście. Pierwszą motywacją 20-latka jest jednak to, że jest w gronie innych dwudziestolatków, że się z nimi przyjaźni. Pierwszym zadaniem hufcowego jest takie szerokie grono 20-latków stworzyć, przyczynić się do nadania mu atmosfery radości, entuzjazmu, współtworzenia hufca. Traktowania ich jak współwłaścicieli, a nie jak małych harcerzy. Wówczas tak naprawdę, to 90% problemów będzie się rozwiązywać bez udziału hufcowego, właśnie poprzez wzajemna motywację, przyjacielski kontakt między szefami i szefowymi. Słusznie podkreślamy rolę osobistego kontaktu hufcowego z każdym szefem. Ale niech hufcowy nie zapomina o tej zasadzie, że hufiec nie jest jego własnością, nie on tu jest najważniejszy, hufcowa nie może traktować szefowe jak małe harcerki. Musi być atmosfera radości i odpowiedzialności.

Jak mamy taka super atmosferę w gronie 20-latków, to hufiec może liczyć 300-600 osób nawet, jak w Treviso lub Wersalu. Bo niesie go ta wielka fala entuzjazmu 20-latków. Ostatnio jedna drużynowa mi mówiła, że ona uwielbia ten swój wielki hufiec z ponad 30-stką szefowych w ognisku, bo atmosfera jest taka jak na spotkaniach studenckich, w których uczestniczy. Ba! nawet lepsza. To strasznie przyciąga nowe dziewczyny, dla których ognisko szefowych staje się prawdziwą alternatywą dla jakichś grup studenckich. Każde spotkanie ogniska w gronie 20-30 dziewczyn to jest po prostu prawdziwe wydarzenie, do którego się tęskni. Hufcowa nie musi być obowiązkowym „przyjacielem”, a już na pewno „kierownikiem duchowym” każdej dziewczyny. Wystarczy jak jej zorganizuje przestrzeń do działania i atmosferę przyjaźni, dzięki której ta dziewczyna pozna przyjaciółki w swoim wieku, które będą ją ciągnąć do przodu. I zagadać z nią od czasu do czasu. Muszę powiedzieć, że jestem zachwycony tym fenomenem. Jak byłem tym hufcowym w Radomiu, to sobie nigdy czegoś takiego nie wyobrażałem. Widać, że doczekaliśmy się lepszych następców. Podobnie można się poczuć u chłopaków w Lublinie lub we Wrocławiu. Oczywiście, z całym szacunkiem dla małych hufców. Chodzi o to, by być elastycznym, otwartym na różne ciekawe fenomeny, które czasem wbrew naszym schematom są bardzo owocne formacyjnie. Rzeczywistość jest ważniejsza od idei, jak to mówi Papież Franciszek.

No tak, ale jak tworzymy środowisko 300 km stąd, to jest sobie ta samotna drużynowa albo akela, to, co z tym motywowaniem wzajemnym przez szefowe/szefów? Myślę, że nie mam jeszcze odpowiedzi. Może Michał Pałamarz ma. Na pewno od razu trzeba myśleć o kolejnym środowisku. Oczywiście, często mamy tak zmotywowanych ludzi, że oni dają radę sami, w oddaleniu od reszty. Więc nad tego typu problemami się głowimy w naszym „centrum rozwoju”. Na pewno głowią się też hufcowi, którzy mają duży zasięg terytorialny. Sami wiedzą najlepiej, jak może zdemotywować młodych wędrowników wymaganie od nich, że mają dojeżdżać na spotkania kręgu 50 km albo więcej. W końcu skauting to banda podwórkowa, a podwórko w miarę możliwości powinno być za blokiem.

No więc nie wiemy wszystkiego, ale liczymy, że Rzeszów, Szczecin, Poznań, Toruń, Olsztyn i inne miasta oddalone od obecnych ośrodków Skautów Europy powstaną, utrzymają się i rozwiną. Że za 4 lata wszędzie tam będziemy mieć hufce. I w wielu innych miejscach też.