21 sierpnia 2014

Bez księży nie damy rady

To będzie też taki głos po-eurojamowy, choć już od Adalberusa Aprilisa mocniej na ten temat myślę-myślimy. Też, bo właśnie napisał do mnie jeden taki, co to go znam, jak miał jeszcze mleko pod nosem, że za rok ma święcenia, zresztą razem ze swoim młodszym bratem. Więc im obu dedykuję.

Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszy opowieść o tym, że na Eurojamie czasem ktoś coś tam z naszego, nie wiem jak z francuskiego, Carricka podkradał. Wiadomo kto. Chłopaki. Łobuziaki. W końcu komu z nas się nie zdarzyło za młodu przeskakiwać przez płot i zrywać owoce z cudzego ogrodu. Kradzione smakują lepiej, jak to się mówiło. Grunt to jakaś skrucha potem i postanowienie poprawy. I tak na tym Eurojamie było. Przychodzili chłopaki, pewnie po pielgrzymce do Lisieux, i oddawali skruszeni. I to jest piękne. Ale niektórzy nie przychodzili. I nasz duszpasterz federalny postawił hipotezę, że jednak tam, gdzie jest solidna opieka duszpasterska, to potem chłopaki wiedzą, co to grzech, a co nie, przyjdą tknięci wyrzutami sumienia. A tam, gdzie jej nie ma to jednak nie ma komu sumienia budzić. Nie to, żebyśmy my świeccy byli w tym zakresie zupełnie do niczego. W końcu drużynowy, czy zastępowy potrafią z przestrzegania prawa harcerskiego i przykazań rachunek sumienia poprowadzić. No, ale co ksiądz to ksiądz. O jeden stopień wyżej, jeśli chodzi o wiarygodność w sprawach moralnych, czy w byciu nauczycielem zasad moralnych.





Będzie o tym, że bez księży nie damy rady. Wiem, że od razu ktoś może się zdziwić, przecież jesteśmy klasycznym typem ruchu katolickiego, gdzie rządzą świeccy, poczynając od zastępowego. To prawda i zupełnie nie chodzi o to, że księża nagle mają zacząć rządzić, a my się pogrążyć w klerykalizmie. Co to, to nie. To powiedziawszy, potrzebujemy księży jak powietrza. Piszę to głównie do księży i do szefowych i szefów, szczególnie zielonej gałęzi. Znów ktoś się zdziwi, że dlaczego nie w czerwonej. W czerwonej też, ale przede wszystkim i głównie w zielonej. No dobra, w żółtej też. W każdej, ale ponieważ ja tego bloga nie prowadzę na zasadzie zrównoważenia wszystkich wątków i elementów, czasem tak, ale bardziej na zasadzie podkreślania różnych aspektów, czyli przesadzania w jakąś stronę, żeby lepiej sprawy zrozumieć, więc na potrzeby tego artykułu i w ogóle samego zagadnienia, muszę przesadzić w pewną stronę.

Ksiądz pojawia się w skautingu, bo drużynowy, drużynowa potrzebuje sam dla siebie osobiście wsparcia księdza w swojej misji, która jest misją apostolską oraz potrzebuje go, by w sercach dziewcząt i chłopców mogło wzrastać pragnienie Boga. To jest, jak z Samulem i Helim. Samuel wiedział, że ktoś woła, ale nie wiedział kto. Potrzebował Helego, który się zorientował („za trzecim razem dopiero”), że to Pan woła Samuela i stosownie doradził młodzieńcowi jak się zachować. Tę rolę, w dużym stopniu odgrywa świecki szef. W końcu od początku naszego modelu skautingu bardzo inwestujemy w to, że drużynowy to nie tylko ogarniacz logistyczny, zastępowy to nie jakiś zwykły „szef patrolu” podczas gry, ale prawdziwy wychowawca, jeden i drugi, również z misją budzenia życia religijnego w chłopakach. Drużynowa/ zastępowa w dziewczynach. Ale co byśmy się nie nakombinowali my świeccy, jak nie ma księdza, to tego Boga jakby do końca nie będzie, bo On nie da rady przyjść bez pośredników, czyli sam osobiście w sakramentach. Ksiądz jest ważny dla dziewczyn/chłopaków, ale jest równie ważny, a może nawet ważniejszy dla szefowej/szefa.


Bo nasz model nie zakłada, że tu jako szefa ma służbę (w zielonej lub żółtej), a gdzie indziej mam moją formację (np. w kręgu szefów/ognisku szefowych. Dzieje się to wszędzie i równolegle. Z własnego doświadczenia powiem tylko tyle, że mój duszpasterz drużyny, w której byłem drużynowym, miał ogromny wpływ na moją formację osobistą, niejako pośrednio, w ramach sprawowanej przeze mnie funkcji uczył mnie dostrzegać problemy wychowawcze, formacyjne u chłopaków, mnie nie oszczędzając i tym samym je mogłem dostrzegać u siebie oraz proponował różne środki, które i mnie pomagały. Więc w dużej mierze ta moja formacja wtedy była bardzo praktyczna, niejako w boju. Potem, rzecz jasna, z wiekiem przyszedł bardziej refleksyjny i osobisty sposób pracy nad sobą, dzięki przyjaciołom z kręgu szefów na przykład. To mniej więcej polega na tym, co mówił David Sanchez o duszpasterzu swojej drużyny. Kiedy rozmawiali o tym, jaki temat David jako drużynowy ma poruszyć z chłopakami padła kwestia spowiedzi. „Z tego, że sam nie korzystasz, nie wynika, że nie masz innym o tym powiedzieć” – wypalił duszpasterz w kierunku Davida. Obecność księdza duszpasterza jest najpierw szalenie ważna dla samego drużynowego, bo go jakoś budzi, dodaje mu zaufania w jego misji, motywuje, ukierunkowuje, etc.

Maurice Ollier zawsze opowiadał, że Skauci Europy we Francji powstali z wielkich pragnień młodych drużynowych, którzy znaleźli przyjaciół i sojuszników wśród księży. Że ten młody szef szukał po prostu przyjaciół wśród księży i jak znalazł to ten tandem szef-ksiądz spowodował prawdziwą eksplozję. Bo, to już wiemy, i pewnie nie musimy dodawać, no, ale dodajmy, ksiądz bez współpracy ze świeckimi to też nie da rady. W tym naszym modelu, ksiądz nie musi być szefem i organizatorem, może być tym, kim ma być, czyli pasterzem dusz.




Skoro jest tak pięknie, to dlaczego my w Polsce tych księży mamy tak mało? Coś nie działa.
Kilka hipotez. Drużynowi tych księży nie poszukują, o nich nie dbają, z nimi się nie zaprzyjaźniają. Księżom nasz model wcale się nie jawi jako atrakcyjny, bo przychodzą i widzą, że wszystko ogarnięte, że oni nie mają tu nic do roboty. No bo tak: jest ogarnięty drużynowy, jest w miarę ogarniający szczepowy, to wtedy jakby już nie było dla tego księdza miejsca. Więc taki ksiądz: a spoko, tu już sobie dają radę, wspaniale, jak to dobrze ten Kościół z właściwą rolą świeckich, ja sobie pójdę gdzie indziej, tam, gdzie mnie potrzebują. Zwykle taki ksiądz montuje jakąś grupę, gdzie się czuje potrzebny. No właśnie, gdzie się czuje szefem i organizatorem. No i masz babo placek. Okazuje się, że księża w ogóle tym nie są zainteresowani. Więc jak my do tych księży, że oni u nas nic nie muszą robić, że muszą być tylko księżmi, to oni nas zupełnie nie rozumieją.


Mamy zatem straszny problem porozumienia, przebicia się. Gdzie ksiądz może się poczuć naprawdę księdzem i naprawdę potrzebny? Na obozie. Tu może gadać z ludźmi, spowiadać, nauczać, czyli nie być szefem i organizatorem, tylko pasterzem dusz. Bo w ciągu roku, to trudno w zajęcia drużyny, zastępu, gromady wejść głębiej. No może na wędrówce w czerwonej gałęzi. W ciągu roku to co najwyżej msza i tyle. Czasem może się go da namówić na krótki speech na początku zbiórki gromady. Ale żeby wszedł w prawdziwe życie całego środowiska, to trzeba trochę więcej przedsiębiorczości i wyobraźni ze strony szefowych i szefów. Trzeba mu dać więcej miejsca, cały czas zachowując zgodność z naszą pedagogiką podwórkową, czyli żeby ksiądz chciał skorzystać z zaproszenia na to podwórko np. niech siądzie przy ognisku i powie o Panu Bogu. Żeby nie chciał organizować tylko mszy w kościele i nasiadówek w salce. No i bądźmy inteligentni, ksiądz nawet jak pójdzie na to podwórko, potem chce też nas mieć w kościele np. co miesiąc na Mszy szczepu, bo wtedy pokaże proboszczowi, że coś jednak robi....

A potem okazuje się, że na obóz, który jest najlepszym miejscem, żeby ksiądz poczuł naprawdę, co to znaczy być duszpasterzem w skautingu, to się dowiadujemy, że on nie ma czasu, bo mu proboszcz nie daje urlopu, że ma tyle wyjazdów i tyle grup, że w końcu on też musi na swój urlop pojechać, rodziców odwiedzić, etc. Ja oczywiście w to wszystko nie wierzę, bo nie po to w Polsce mamy 26 tys. księży, żeby na każdym kroku słyszeć te historie z brakiem urlopu. Albo my jesteśmy do niczego w pozyskaniu księży albo to ci księża, którzy wymawiają się brakiem urlopu są do niczego. Np. boją się spać w namiocie i ogólnie warunków obozowych albo są zbyt przywiązani do swojego „prywatnego” czasu urlopowego. Ja myślę jednak, że 90% winy leży po naszej stronie, że nie umiemy z księżmi pracować, do nich się zwrócić, ich zapalić i przekonać. Kto ma to zrobić?
Drużynowe i drużynowi. Szefowie jednostek po prostu. Żaden tam hufcowy, szczepowy, czy ktokolwiek inny. I nie mówcie mi, że ho, ho, stary, tyle roboty już mam jako szef: walczę z moimi rodzicami, bo kiedy ty ten skauting zostawisz i znajdziesz sobie dziewczynę, walczę z inercją moich zastępowych, walczę z rodzicami chłopaków, bo panie kolego, ten nasz syn nie pojedzie, bo mamy wczasy w Juracie albo będzie miał kleszcza i boreliozę, walczę z sanepidem, z samym sobą w końcu….


Mówcie sobie, co chcecie. Wymówek nie mamy żadnych. Ok, możecie poprosić o pomoc szczepowego, ale później to i tak wy macie z księdzem współpracować i niejako nim kierować, nie szczepowy. Znam taki super przypadek. Jest taka szczepowa w Polsce, dla której nie ma problemów nie do przezwyciężenia. Przekonała proboszcza, znalazła się drużynowa, założyły szczep. Okazało się, że dziewczyn przyszło za dużo i że nie tylko drużyna, ale od razu gromada może ruszyć, to ta drużynowa przez rok była równolegle akelą, a ta szczepowa szukała kandydatki na akele. Pewnie już się domyślacie, że znalazła, i to taką w wieku 22 lat chyba i ona się wyszkoliła i za rok już była gromada z akelą, która nie była drużynową. No tak, ale jeszcze ksiądz. Proboszcz od razu, że on nie, bo buduje kościół, a wikarych nie ma. Trudno mu się dziwić, tym bardziej, że chłop ten kościół z takim oddaniem i tanio i dobrze i skutecznie buduje, że aż dostał zawału w trakcie Mszy. A gdzie tu jeszcze na obozy jeździć. No to ta szczepowa dawaj za telefon i po całym swoim mieście po wszystkich proboszczach, księżach, zakonnikach. Nie. Nie. Nie mogę. Nie dam rady. Nie. Jedyne, co słyszy. W końcu: aha, dobrze, proszę mi dać chwilę, musze się zastanowić i zapytać. I ten ksiądz jest teraz jednym z najbardziej oddanych księży w całej Polsce. Szefowe dbają o niego, informują z wyprzedzeniem, planują wspólnie.
Cała moja kariera szefa na różnych szczeblach odbywała się w ścisłej współpracy z księdzem. Ja nie wiem, co prawda, skąd się ci księża brali, pewnie faktycznie częściej, to ktoś bardziej doświadczony, szczepowy lub hufcowy go znajdował, ale potem to ja jako szef tego księdza wciągałem i z nim współpracowałem. Dość, że nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego obozu lub wędrówki bez księdza. Nie chcę tu nikogo załamywać dodaniem, że księdza, który był na obozie od początku do końca….



Nie wierzę, że co było możliwe 20 lat temu, to teraz nie jest. W końcu ilość ludzi w kościołach nieco się zmniejszyła, natomiast liczba księży, całe szczęście, nie. Musimy więc do tych księży dotrzeć i ich przekonać. Musimy mieć wśród księży mnóstwo przyjaciół i to takich, którzy przyjadą jako duszpasterz na nasz obóz mimo, że na co dzień nie mają możliwości w swojej parafii zajmować się skautingiem. Że jak nasz ksiądz z parafii powie, że nie może, to jeden telefon i już mamy księdza na obóz choćby z drugiego końca Polski, jak Ojciec Michał albo Europy, jak ks. Jan albo Ameryki, jak ks. Piotr. Musimy być o wiele mniej formalni, o wiele bardziej elastyczni w tej kwestii, myślę. Trzeba rozmawiać poważnie z proboszczem, ale jak widzimy, że on nie ogarnia albo, że wikary nie jest zainteresowany, to trzeba wpadać na jakieś alternatywne pomysły po prostu, szczególnie w kontekście obozów.



Nie chcę się długo rozwodzić, dlaczego ten ksiądz jest tak ważny w życiu drużyny, szczególnie na obozie. Nie mogę sobie po prostu wyobrazić Kraala bez tych długich z księdzem rozmów o Bogu, o Kościele, o sakramentach, o prawie kanonicznym, o problemach duszpasterskich, o życiu, o zasadach moralnych w różnych sytuacjach życia dorosłego (to ostatnie to jest super, bo kto jak nie księża znają całą ludzką nędzę i wielkość zarazem). Całe moje wejście w Kościół odbyło się w ten właśnie sposób, a potem podczas długich spacerów, na jakie się umawialiśmy po obozie. Albo jako drużynowy nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł wieczorem po ognisku powiedzieć: „Ojcze, proszę o słowo i błogosławieństwo na noc dla nas wszystkich”. Nie mieć codziennie na obozie Mszy Św, to tak jak nie móc oddychać. Człowiek się zastanawia wtedy, i słusznie, po co to wszystko. Byłem niesamowicie wzruszony niedawno, jak się dowiedziałem, że jedna drużyna dziewczyn chodziła codziennie 4 km w jedną i tyleż w drugą, żeby być na Mszy w pobliskiej parafii, bo nie miały ze sobą księdza. I że to wcale nie był jakiś wyczyn, nie odbyło się to wcale kosztem innych elementów programu harcerskiego, który był zrealizowany w 100%.
Teraz do księży, z ich punktu widzenia. Ja naprawdę nie wiem, czy jest coś dorównującego kształtowaniu charyzmatu kapłańskiego niż taki obóz skautowy, gdzie przez dwa tygodnie ksiądz ma jak na tacy takie podwórko dziewczyn lub chłopaków, z ich naturalnymi zachowaniami, gdzie oni sami się rządzą, gdzie ksiądz nie musi występować jako „władza”, gdzie może obserwować, rozmawiać, kształtować dusze, wzbudzać ich tęsknotę za Bogiem właśnie tam, w lesie, na łonie przyrody. Albo, żeby w duszach chłopaków, obserwujących księdza, nie rodziły się powołania kapłańskie. Gdzie jest lepsze miejsce? Albo na takiej wędrówce z plecakami z wędrownikami lub przewodniczkami, 17-latkami? Albo na wędrówce szefowych/szefów w gronie młodych dorosłych w wieku 18-24 lata? Skauting oferuje księżom coś absolutnie niepowtarzalnego, wejście w naturalne środowisko młodych ludzi, których postawy, decyzje, wybory właśnie się kształtują, gdzie ksiądz nie musi być pierwszym poruszycielem i brać na siebie zadań kierowniczych, gdzie ksiądz może się nauczyć jak współpracować ze świeckimi, jak wzmacniać ich rolę, a nie jej pozbawiać. Gdzie nie musi uprawiać ręcznego sterowania, gdzie może się nauczyć o wiele bardziej inteligentnej pedagogiki.



Poza tym, tak osobiście, taki obóz to jest najlepszy urlop tak naprawdę. Ja co roku jeżdżę na obóz szkoleniowy, czyli taki z osobami w wieku 18-24 lata. To jest dla mnie najlepszy wypoczynek. Ile się nagadam, ile się dowiem, ile się sam wybiegam na świeżym powietrzu. I dla ciała i dla ducha, to jest najlepsze, co może być. Ja w ogóle myślę, że my powinniśmy inkasować grube pieniądze od dorosłych, takich jak księża, za samą możliwość przyjechania na obóz o takich walorach dla zdrowia fizycznego, psychicznego i duchowego, w takim towarzystwie, z takimi możliwościami dla osobistej formacji. Nasza oferta jest bezkonkurencyjna, tego nie zapewnia żaden dom rekolekcyjny ani żaden ośrodek wypoczynkowy, czy też żaden kurs zawodowy czy tp. Więc niech ksiądz już przestanie, że nie może na obóz przynosić nam Boga, bo musi na ten urlop….

Skauci Europy po Eurojamie

Odbyły się te nasze „Światowe Dni Młodzieży” skautowej. Ponieważ było nas tam z Polski bardzo dużo, prawie 1700 osób, to już na pewno również ci, co nie byli wiedzą doskonale, co tam się wydarzyło. Że była niesamowita ceremonia otwarcia, no i w ogóle znów ogólnie udał się nam ten nieprawdopodobny wyczyn zorganizowania wielkiego obozu dla 12 500 dziewcząt i chłopców w stylu skautowym. W przeciwieństwie do Żelazka cały czas mogłem podglądać zastępy w trakcie zajęć i trzeba ogólnie przyznać, że te zajęcia sparowanych zastępów i drużyn dobrze zadziałały, wzbudzając mnóstwo entuzjazmu. Apel polski w deszczu po ceremonii zakończenia z mianowaniem Magdy był po prostu magiczny. Ale też, że było ciężko, bagietkami, nawet jak już były, nie zawsze się szło najeść, coś poważnie zaszwankowało w zaopatrzeniu, czasem pojawiła się jakaś nieuprzejmość ze strony zastępu z innego kraju, który przyszedł w odwiedziny, czasem trzeba było zręcznie opędzać się od znów źle pomyślanej, jak w Madrycie, francuskiej służby porządkowej. Więc mnóstwo rzeczy będziemy musieli przegadać, naczelnicy z drużynowymi solidnie wszystko podsumować, potem na poziomie całej Federacji jeszcze raz bilansu całościowego dokonać. Najgorzej by było, gdybyśmy chowali głowę w piasek, że wszystko było cacy. Mamy już te wszystkie filmiki, które pokazują, że było cacy, a my możemy tymczasem dokonać jakichś dojrzałych ocen. Dla takiej organizacji społeczeństwa obywatelskiego, jaką jesteśmy, zarządzaną przez wolontariuszy, bez wsparcia poważnych struktur państwowych, bez wielkiego budżetu, organizacja takiej imprezy jest nie lada wyczynem. Zbudować w środku lasu wodociąg, zapewnić zaopatrzenie każdego zastępu w produkty, tak by mógł sam gotować, a nie catering z gotowymi daniami, zadbać, by kilkaset hektarów lasu nie poszło z dymem (choć w Normandii sama natura nas ratowała deszczem i błotem), etc., moglibyśmy tu jeszcze wymienić mnóstwo rzeczy, w każdym razie dla takiej organizacji jak nasza, to jest wielki wyczyn, który nas niejako kształtuje, buduje, tworzy jako organizację międzynarodową. Założę się, że nikt na świecie już takich zlotów w tym stylu nie urządza. Można powiedzieć, że FSE powstało dzięki Eurojamom, najpierw tym małym, u początków, mającym formę bardziej obozów międzynarodowych, a potem, jak weszli Włosi, zresztą po to by tych Włochów jakoś zintegrować, czy by się z nimi zintegrować, od 1984 w formie takiego Eurojamu, jaki właśnie przeżyliśmy. Więc za nami cztery wielkie Eurojamy, dwa we Francji, jeden we Włoszech, jeden w Polsce. Opinia jest już ustalona, zresztą przed Normandią i tak to wiedzieliśmy, że Viterbo i Żelazko to był jakiś majstersztyk organizacyjny i pedagogiczny, a tu to trzeba będzie jakoś przeżyć. Udało się nawet dość nieźle, trzeba przyznać. Wszyscy wiemy, że osiem miesięcy przed zlotem musieliśmy zmienić miejsce, więc to jest w ogóle cud, że ten Eurojam we Francji się odbył i chwała Francuzom, że ogarnęli. A że nie wszystko, to tak bywa. Przeżyliśmy, a za to jakiej radochy nam te wszystkie problemy teraz w opowiadaniach dostarczają.

Cieszymy się z tego Eurojamu, bo to wszystko stało się nagle realne, dotykalne, ta wielka rodzina narodów chrześcijańskich, ten tygiel kilkunastu tysięcy młodych z kilkunastu krajów, skazanych niejako na porozumienie, współpracę, wspólne przeżywanie radości, ale też niedogodności. Tak się po prostu tworzy ruch Skautów Europy. W realu. Wymiar europejski w praktyce. Tamci byli fajni, ci mniej, z tymi się szło pobawić, z tamtymi nie, tamci potraktowali nas uprzejmie, inni nie za bardzo. Poznaje się różne mentalności, podejścia, sposoby reakcji w realnych sytuacjach obozowych problemów, a nie na konferencji międzynarodowej przy stolikach i kawie. Stało się realne to, co mamy napisane w statucie, że naszym celem jest dążenie do budowanie prawdziwej wspólnoty życia młodych z różnych krajów Europy.

Ale my tak sobie i w trakcie Eurojamu i teraz po nim rozmawialiśmy z Włochami, czy z Polakami, że musimy jako FSE szukać też innych sposobów niż Eurojam, na realizowanie tego wymiaru europejskiego, na to zadzierzganie tych więzów przyjaźni i braterstwa. Nie możemy czekać 10 lat ani też nie możemy liczyć tylko na Eurojam. Mamy znów nareszcie spokój, jeśli chodzi o wielkie imprezy, no, będzie jeszcze Kraków 2016, ale on dotyczy tylko czerwonej gałęzi i szefowe i szefów, więc to trochę inaczej. Mamy zatem teraz znów spokój od wielkich imprez, więc możemy organizować dużo małych, które nam pomogą realizować nasz statutowy cel. Możemy po prostu organizować obozy międzynarodowe. I takie z udziałem dwóch drużyn z dwóch różnych krajów i może też takie większe np. w formie międzynarodowego zgrupowania obozów na 4-6 drużyn, czyli 100-150 osób. Może większych. Jest jakaś fascynacja liczbą, tłumem, którą też trzeba zaspokoić i która ma jakąś wartość pedagogiczną. Można zatem też takie większe obozy międzynarodowe urządzać. Np. naczelnicy na Radzie Federalnej mogliby się umówić, że co najmniej 3-4 duże organizacje, jak Francja, Włochy, Polska, Belgia, może też Niemcy i Hiszpania będą co roku organizować jeden lub dwa takie wielkie obozy, a pozostali się zobowiążą, ze znajdą chętne drużyny i im pomogą w wyjeździe zagranicę. Tego typu obozów z udziałem kilku drużyn ja za dużo nie widziałem, chyba tylko jak Kasia Arabas pojechała ze swoją drużyną z Chełma do Francji w 2010, to tam były 3 drużyny: z Polski, Francji i Rosji. Miała być jeszcze z Niemiec, ale w końcu nie dotarła. O coś takiego by chodziło. To by było takie super nawiązanie do lat „bohaterskich” FSE, czyli końca lat 50-tych i lat 60-tych, gdzie tak to funkcjonowało na szeroką skalę, w sensie były tylko obozy międzynarodowe, nie było innych, bo organizacja była mała.

W każdym razie musi pójść też jakaś zachęta i motywacja do obozów międzynarodowych z udziałem dwóch drużyn, bo to najłatwiejsze do ogarnięcia. Na Eurojamie te kontakty między zastępami i drużynami były jednak siłą rzeczy krótkie, a na takim obozie międzynarodowym to można więcej. Zajęcia eurojamowe dostarczają jakiegoś modelu na te wspólne zajęcia podczas takiego obozu międzynarodowego dwóch drużyn i wiemy, że to działa. Na Eurojamie nie było explo dwóch zastępów, a wiemy, że to też świetnie działa i sprzyja tej międzynarodowej przygodzie. Ja już pisałem, że w ostatnich latach to my w Polsce mieliśmy ogromne postępy, jeśli chodzi o obozy międzynarodowe, czy to w Polsce, czy to za granicą. Nie ma chyba teraz środowiska, które nie miałoby na swoim koncie takiego obozu. Rawa była w Rosji w 2009, Lublin w Rosji w 2009, we Włoszech i na Ukrainie w 2010, Garwolin na Ukrainie w 2010, Skarżysko-Kielce na Słowacji w 2010, Wrocławianki z Francuzkami w 2010, Chełm we Francji w 2010 (dziewczyny) i w 2011 (chłopaki), w Czechach w 2013, Warszawa-Młociny w Hiszpanii w 2012, Rząsiny obozowały z Francuzkami w 2012, Warszawa z Francuzkami w 2012, Lublinianki też z Francuzkami bodaj w 2013, Warszawa-Falenica z Francuzami na Węgrzech w 2013. Dużo drużyn z Belgami, Francuzami i Rosjanami przed Ostrogami na Podhalu w 2011, etc. Jest tego trochę, a i tak wymieniam tylko zieloną gałąź, to co mniej więcej pamiętam. Na pewno tych przykładów jest więcej w zielonej, jest jeszcze mnóstwo wspólnych wędrówek czerwonej gałęzi i przyznajmy, że w całym FSE Polska ma pod tym względem statystykę dość imponującą.

Liczę, mimo, że tuż za nami Eurojam, że ten apetyt na przygodę międzynarodową nie osłabnie w najbliższych latach, w końcu to nie jest jakaś trudna sprawa, a korzyści są ogromne, nie będę tu wszystkich wyliczał, mnie się najbardziej podoba to, że jest możliwość usłyszenia innej „melodii” na wielu płaszczyznach i że to jest niesamowicie wartościowe dla budowania osobowości. Nigdy tak dobrze nie poznaje się siebie, jak tylko przez spotkanie z kimś innym. Tu w kontekście międzynarodowym. Taki drobny przykład, jeden z wielu, żeby to zobrazować. Opowiadali mi Rosjanie, że jak w 2009 pojechali do nich nad Ładogę Polacy z Lublina i Rawy, to oni zupełnie na ich punkcie oszaleli, płakali jak nasi wyjeżdżali, bo nasi po prostu nic nie robiąc, tylko pokazując to kim są, zagrali im inną „melodię” w zachowaniu, sposobie bycia, uśmiechu, stylu, śpiewach. Możemy tu tak w skrócie określić to zjawisko jako „Bolek i Lolek”, oczywiście biorąc z tych postaci w większości to, co pozytywne, nie negując wszakże, że mają też pewne mankamenty. I Rosjanie zwyczajnie zwariowali na punkcie naszych, bo ich to tak porwało, oczarowało, dotknęło jakichś wrażliwości na poziomach absolutnie nieprzenikalnych na co dzień. Poczuli się zwyczajnie i po prostu szczęśliwsi będąc w towarzystwie Polaków. To zupełnie tak jak my czujemy się szczęśliwsi w towarzystwie Francuzów śpiewających na 4 głosy jakąkolwiek piosenkę, jedząc obozową włoską pizzę z pieca w kantynie włoskiej w Żelazku lub w Normandii pastę a la siciliana, słuchając słowackiego lub czeskiego, doświadczając serdeczności Białorusinów i Ukraińców, która nam w sercach zostawia zawszę jakąś tajemniczą i zupełnie niewytłumaczalną nostalgię, czy też klepiąc się po bratersku po plecach z Hiszpanami wykrzykującymi przy tym „Hombre!!!” z tym swoim elektryzującym entuzjazmem, słuchając Niemców śpiewających gromadnie przy wtórze gitar lub wreszcie patrząc na to zjawisko nad zjawiskami jakim są skośnoocy „Kanadyjczycy” w naszych mundurach. To wszystko jest zbyt niesamowite, niepowtarzalne, ubogacające, fascynujące, żebyśmy tym nie żyli, nie cieszyli się, nie korzystali z tej możliwości. To jednak jest jakaś niesamowicie pozytywna strona tej całej sytuacji, w której się znaleźliśmy od pewnego czasu jako naród, że możemy normalnie w tej wielkiej rodzinie funkcjonować zupełnie poza obiegiem wielkiej polityki. A mimo wszystko to jest też fajne, że mogliśmy sobie trochę z Ukraińcami w tej Normandii pogadać o sytuacji w Donbasie albo z Białorusinami, więc to też ma swoją wartość. Nie mówię już o mnóstwie rzeczy praktycznych, których się można nauczyć np. o mentalności zarządczej Francuzów czy Włochów. Super ciekawe.

Tutaj wypada poruszyć wątek naszej „polityki wschodniej”, nie w wykonaniu Radka Sikorskiego, ale w naszym kontekście polskiego FSE. Jak się rozmawia z Ukraińcami, Słowakami, Białorusinami, ba! nawet z Rosjanami, to oni bardzo, bardzo tej polskiej inicjatywy, pomocy, wsparcia, kontaktów potrzebują i ja wiem, że teraz ten rozwój i to wszystko ogarnąć, to ten naczelnik, naczelniczka, namiestnicy się muszą napracować i mogą myśleć, że już basta i nie mają czasu. Ale doświadczenie uczy, że niewiele potrzeba, wystarczy usiąść co roku na obiedzie na Radzie Federalnej z szefostwem kilku organizacji ze Wschodu i coś tam dogadać, a to wspólne obozy szkoleniowe, a to wysyłkę kogoś na wędrówkę na Ukrainę i Białoruś, a to organizację weekendu przekazującego nasze doświadczenia w rozwoju organizacji i parę innych rzeczy. Potem poruszyć namiestników, hufcowych, drużynowe i drużynowych, szefów kręgów i szefowe ognisk, zrobić atmosferę, żeby coś tam się działo, żeby byli otwarci, odpowiadali na maile, żeby nie jakimś strasznym wysiłkiem, ale na zasadzie takiej prostej, codziennej, byli w kontakcie i montowali jakieś wspólne przedsięwzięcia. Te młode organizacje FSE w Czechach, Słowacji, Białorusi, Ukrainie są po prostu dość sporym sukcesem ich samych, całego FSE, ale też w jakiejś mierze Polski. Warto, żeby polskie FSE myślało o sobie i o nich razem, oczywiście w stopniu, w jakim jest to możliwe w przypadku takiej organizacji wolontariuszy i o takich celach niepolitycznych, tylko apostolskich. Żeby Polska nigdy się nie izolowała, tak jak czasem Francuzi i Włosi, dla których, z racji wielkości i odległości, np. we Włoszech między Treviso a Palermo, wyzwaniem często jest jedność i integracja wewnętrzna, co powoduje, że czasem trudno się tam dobić z realizacją w praktyce wymiaru europejskiego.

Miejmy więc naszą „politykę wschodnią” na poziomie naczelnictwa, namiestnictw i hufców, podobnie zresztą, jak przecież mamy od lat „politykę zachodnią” z tymi wszystkimi wyjazdami do Vezelay i Paray-Le-Monial, na obozy szkoleniowe, etc. Warszawa jest doskonałym logistycznie miejscem na realizację takiej polityki, o czym mogliśmy się nieraz przekonać, np. organizując spotkania „synergii wschodniej”, nawet krótki weekend to dla wszystkich krajów sąsiednich dość realistyczna i wygodna sprawa. Podobnie walory, nieco bardziej zregionalizowane, przedstawiają Wrocław, Kraków, czy Lublin. Co prawda, w związku z Krakowem 2016 znów będziemy głównymi rozgrywającymi w centrum uwagi, ale też nie zostawmy wszystkiego na ten Kraków, miejmy własną agendę tej polityki, której celem jest przecież wzrost pedagogiczny i liczebny naszych wszystkich kilku organizacji w Europie Wschodniej. Możemy nawzajem sobie wiele pomóc, dodatkowo organizując zawsze jakiś transfer tej pomocy z Zachodu, czyli jakoś tam ukierunkowując zasoby i możliwości całej Federacji, czy też dwóch największych krajów na tę pomoc nam i innym w naszym regionie. To jest takie dość fascynujące ćwiczenie z zakresu relacji międzynarodowych, któremu zresztą i tak oddajemy się z pasją przecież co najmniej od czasów Żelazka, jeśli nie dłużej. Zawsze wciągaliśmy w to komisarza i Francuzów i Włochów, równolegle sami realizując własne pomysły. Pamiętam, jak na horyzoncie pojawili się Rosjanie, to nie czekaliśmy na żadną zgodę kogokolwiek, tylko sami umówiliśmy się z nimi na wizytę w Moskwie i wędrówkę nad Donem w 2001 r. Ta nasza aktywna i twórcza polska żywiołowość jest po prostu i nam i wszystkim dookoła bardzo potrzebna.