05 września 2014

Hufiec, czyli banda dwudziestolatków



Tak naprawdę, to tytuł powinien brzmieć „Skauting, czyli banda dwudziestolatków”, ale ostatnio ktoś mnie prosił o napisanie, co ja myślę o hufcu, więc ponieważ to też pasuje do hufca taki tytuł, to pomyślałem, że skorzystam z konceptu.

Powtórzymy raz jeszcze znaną ideę: nasz projekt wychowawczy udaje się tylko i wyłącznie dzięki zaangażowaniu, entuzjazmowi i talentom „dwudziestolatków”, czyli osób w wieku 18-24 lata, mniej więcej. Wszyscy dorośli i wszystkie struktury, takie jak szczepowy, hufcowy, namiestnik, naczelnik krążą wokół młodych szefów, pomagając im na różnorakie sposoby, motywując, będąc do ich dyspozycji, ale im oddając główny „protagonizm” całego przedsięwzięcia. Tak jest też w hufcu, który nie jest strukturą szczepowych wokół hufcowego, tylko bandą dwudziestolatków – drużynowych, akel i ich przybocznych, którzy cieszą się, że wraz z przyjaciółmi mogą kreować jakąś większą rzeczywistość wokół siebie. Jak wszędzie, im więcej wśród nich postaci „poważnych” i z talentami tym lepszy efekt-hufcowy i szczepowi są tylko do ich dyspozycji. Im więcej osób mniej utalentowanych, biernych, nie aż tak solidnych tym ten efekt jest gorszy lub w ogóle go nie ma, a hufcowy i szczepowi muszą to pchać. To jest normalne i w ogóle nie trzeba tego wyjaśniać. Wszystko zawsze zależy od charyzmatów, jakie się nam uda zgromadzić.

Więc jak już mamy tę bandę drużynowych, akel i przybocznych w hufcu, który oni, zupełnie na analogicznej zasadzie jak zastępowi w drużynie, uważają za swoją „własność”, wówczas oni przyprowadzają swoje koleżanki i kolegów do pomocy, apostołują, kreują atmosferę entuzjazmu, urządzają wielkie gry, wymianę doświadczeń, wspierają się nawzajem, zwyczajnie sieją ogień i zniszczenie, gdziekolwiek się pojawią. Hufcowa/hufcowy nie ma tak naprawdę wiele do roboty, jak tylko być z nimi i na wszystko mówić im tak. No i pomagać ogarnąć niektóre sprawy organizacyjne, czy finansowe, ułatwić kontakty, etc. Podobnie szczepowi. Być kimś, kogo oni kochają i którego sama obecność i zainteresowanie już ich wystarczająco motywuje.

Prowadzą drużyny i gromady, organizują Forum Młodych i wielkie bale ostatkowe, pomagają w obozach szkoleniowych, ciągną czasem dwa fakultety, dorabiają, imprezują, jeżdżą na rekolekcje, zakochują się, podróżują, poznają ludzi, spotykają się z przyjaciółmi, wracają późno do domu, uczą się języków, zaczytują się w książkach, redagują Gniazdo, dokonują odkryć intelektualnych i życiowych, dyskutują nocami, chodzą na Mszę czasem nawet codziennie w dodatku na 6 rano, spotykają się z rodzicami chłopaków i dziewczyn, jeżdżą po Europie, przygotowują Eurojam, proszą o pieniądze, pociągają za sobą młodych i starych, wyjeżdżają na Erasmusa, a i tak dalej prowadzą drużynę. Skąd mają na to czas i siłę? Nie wiem. Nie do końca już pamiętam wszystko, jak byłem dwudziestolatkiem, ale chyba to było coś takiego właśnie.

Mówimy, głównie myśląc o zastępie, że skauting to przestrzeń wolności młodych, czyli tych poniżej 18 roku życia. Ale skauting jest też wielką przestrzenią wolności dwudziestolatków. Owszem, zdarza się, że czasem nie uda się zebrać tak dobrego i dużego składu, ale wówczas to w ogóle niewiele się udaje po prostu. Ma też nasz dwudziestolatek prawo do swoich kryzysów. Któż go nie ma? Ma prawo do odejść i powrotów. Ma prawo do chodzenia swoimi ścieżkami. Grunt, że kocha, rozumie i chce uczestniczyć w tej grze razem ze swoimi przyjaciółmi. Że ten skauting jest dla niego ważnym punktem odniesienia. Nie zawsze jest na wszystkich spotkaniach zwoływanych przez hufcową lub namiestniczkę, bo właśnie ma jedno z tych rozlicznych zajęć młodzieńczych niecierpiących zwłoki. A mimo to, hufcowy nie ma wątpliwości, że on zasługuje na zaufanie. Nie jest maszyną przecież. Nie jest pracownikiem etatowym. Skauting to nie korporacja. A jednak jest solidny. No, czasem coś tam zawali. Spoko, zdarza się. Alleluja i do przodu.






 
Środki pośrednie a środki bezpośrednie

Skauting jak wiadomo jest królestwem wychowania „pośredniego”: poprzez grę, atmosferę bandy, działanie, przygodę, różnorodność działań. Podejmowanie wspólnego działania kształtuje przede wszystkim. Dopiero na drugim miejscu są środki bezpośrednie, które ktoś odkrywa w sposób niewymuszony: spowiedź, rozmowa. Wydaje mi się, że to jest pierwsza najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o prowadzenie hufca. Nie zapominać, że również w pracy z szefowymi/szefami najważniejsze są środki pośrednie. Bardziej kształtuje podjęta odpowiedzialność szefa oraz wspólnota przyjaźni pomiędzy szefami niż bezpośredni kontakt z hufcowym lub księdzem duszpasterzem. Są takie ruchy i instytucje w Kościele, gdzie jest inaczej. Na pierwszym miejscu są środki bezpośrednie, głównie kierownictwo duchowe. Dominują relacje wertykalne. W skrócie i upraszczając oczywiście, szansę na odpowiedzialność ma tylko ten, kto wcześniej korzysta ze środków bezpośrednich. W skautingu nie. Dominują relacje poziome. Najpierw jest ta wielka banda dwudziestolatków, która przyciąga innych dwudziestolatków, oni wchodzą w grę i dopiero, jak samo życie skautowe ich wciągnie, pojawia się hufcowa i duszpasterz, którzy indywidualnie rozmawiają i pomagają pogłębić rozumienie spraw. Nie ma obowiązku środków bezpośrednich, ale jest zachęta. Ja z tej zachęty korzystałem ochoczo. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez tych długich rozmów z ks. Janem, czy z moim drużynowym Tomkiem. Nie ma obowiązku posiadania opiekuna, czy matki drogi, spowiednika stałego, czy kierownika, ale jest silna zachęta, żeby mieć. Co nie oznacza, że nie możemy czasem kogoś delikatnie przycisnąć. Oceniamy ludzi realnie, przez to kim są i co robią np. jakimi są szefami, czy są dojrzali, czy bycie szefem sprzyja jego dojrzałości. Nie przesądzamy z góry, nie stawiamy warunków. Patrzymy, jak ktoś powoli sam odkrywa wartość osobistej modlitwy, sakramentów, spowiedzi, rozmowy, rekolekcji. Pod wpływem swoich kolegów i koleżanek, szefów, przybocznych, takich jak on sam. Kształtuje przede wszystkim pewna atmosfera entuzjazmu i wolności. Jedynym warunkiem wstępnym jest właściwie to, żeby się dobrze prowadzić, nawet nie to, żeby chodzić co tydzień do Kościoła. Jak ktoś się dobrze prowadzi i jest ogólnie wartościowy, to fakt, że wskoczy do tej bandy dwudziestolatków i że zacznie dawać siebie, swój czas, młodszym, sprawi, że on się nawróci. To jest wielka, chyba jeszcze trochę ukryta, siła apostolska naszego ruchu. Prawdziwa bomba atomowa, której istnienia często nie podejrzewają nawet kierujący ruchem, naczelnicy czy namiestnicy bądź sami hufcowi. Hufcowa poprzez kreowanie atmosfery, powierzanie zadań, ciekawe zajęcia ogniska (tylko proszę bez sprawdzania obecności), stwarza warunki, w których te dziewczyny, które chcą idą szybciej, te, które chcą mniej idą wolnej, tak, że ostatecznie to każda z nich sama podejmuje decyzje dotyczące własnej formacji i własnego miejsca w ruchu. Taki sposób postępowania zachęca drużynowe i akele do zapraszania swoich koleżanek do pomocy, dzięki czemu one się wciągają w przygodę skautową na żywo, a nie na „sucho”. Powstaje taki wielki festiwal radości. To nie jest chaos. To jest przestrzeń wolności.


Oczywiście od konkretnego hufcowego zależy, czy lubi taki sposób postępowania, czy nie. Jedni wolą mieć kontrolę, inni wolą mieć spontaniczność w tym względzie. Ja osobiście, jako hufcowy, naczelnik, czy komisarz, nie lubię działać na zasadzie udzielania „koncesji”. Lubię stworzyć atmosferę, by każdy sobie brał, co chce: kto chce być akelą? Ty? Proszę bardzo! kto chce jechać do Bośni tworzyć FSE? Wy? Proszę bardzo, tu są pieniądze i auto. Jest w tym pewne ryzyko, ale w ten sposób jest lepszy dobór naturalny talentów i pole do popisu dla nich. Odkrywają się wówczas ludzie, o których nigdy byśmy nie pomyśleli, że mogą mieć taki talent. Taka polityka pewnie nie do wszystkiego się nadaje, ale do większości spraw chyba tak. No, ale to też jest kwestia stylu osobistego danego hufcowego, namiestnika, naczelnika, komisarza. Ktoś powie, że lubię naciskać na pedał gazu i pewnie ma rację. Że musi być też ktoś, kto naciska na pedał hamulca. Pewnie to też jest racja. Ja myślę, że każdy z nas musi po prostu występować w obu tych rolach, w zależności od sytuacji. Ja ogólnie lubię postępować tak jak radził Baden-Powell we Wskazówkach dla skautmistrzów: wytworzyć atmosferę do czerwoności rozgrzanego entuzjazmu, a potem kuć dopiero to żelazo. Nigdy na zimno.

 

Zainwestować w najlepszych

W sposób naturalny, sama banda dwudziestolatków powoli kreuje najlepszych z siebie. Na ten fenomen hufcowy/hufcowa muszą mieć specjalne oko, bo taki ktoś to ich potencjalny następca. Niekoniecznie ten, kto przychodzi grzecznie do hufcowego na kawę, ale ten, który jest postrzegany przez resztę bandy jako najlepszy z nich. To bardzo ważny moment, bo jednak hufcowy/hufcowa, namiestniczka, naczelnik muszą się zorientować i na takich postawić jeszcze bardziej. Tu nie chodzi o to, by dyskryminować resztę. Ale jasne, że jeśli w wyniku tej naturalnej gry, ktoś się wybija, to trzeba w niego nieco bardziej „zainwestować”. Tak nakazuje po prostu zdrowy rozsądek, bo musimy mieć przecież kolejnych dobrych hufcowych, namiestników i naczelników. Takie osoby wrzucamy w grę ogólnopolską i europejską. Dobrze, jeśli naczelnicy, namiestnicy z hufcowymi stanowią wielką ekipę, która stwarza kolejne możliwości rozwoju, których już nie jest w stanie stworzyć hufiec. Mam tu na myśli oczywiście obozy szkoleniowe, różne działalności programowe namiestnictw, przygotowanie Harców Majowych, wielkich imprez typu Eurojam, czy Światowy Dzień Młodzieży, etc. Potrzeba ze strony namiestników dużej inteligencji i wyobraźni, żeby ten potencjał uruchamiać, żeby te „kariery” najlepszych kreować.

Myślę po latach, że to jest najpiękniejsza rzecz, która mi się mogła zdarzyć w życiu, że ktoś dał mi szansę, we mnie uwierzył, stworzył mi jakieś pole do popisu. Najpierw Tomek Szydło powierzył mi misję tworzenia nowej drużyny w nowej parafii, potem zostałem hufcowym, naczelnikiem, wreszcie komisarzem. Za każdym razem było to dla mnie oszałamiające wyzwanie. Czasem wiedziałem, a czasem nie wiedziałem, co tak naprawdę mam robić. Często właściwa wizja przychodziła dopiero po pewnym czasie sprawowania danej funkcji. Najlepiej jednak uczymy się na własnych, a nie na cudzych błędach. Jestem wdzięczny Panu Bogu i tym, z którymi współpracowałem, że za każdym razem udało się coś zmienić, pchnąć do przodu, odnowić, otworzyć jakiś nowy horyzont, jakąś ścieżkę, którą potem inni mogą podążać. Jasne, że najważniejsze zawsze, to zorientować się, kto może być partnerem w danym przedsięwzięciu. W życiu nic nie udaje się, gdy się robi samemu. Trzeba mieć sojuszników. I to nie takich, którym trzeba pokazywać placami i trzymać na krótkiej smyczy, tylko takich, którzy samodzielnie i niezależnie podejmą wspólną wizję, a nawet pójdą o wiele dalej niż się samemu zamarzyło. Sojuszników, a nie pretorian.



 


Co z tą formacją?

To, że troszczymy się jako hufcowi, o formację osobistą szefowych i szefów, nie oznacza, że mamy ich trzymać na krótkiej smyczy. Nigdy nie rozumiałem, jak jakaś matka drogi albo opiekun wędrownika, zabierał głos na temat, czy ta młoda przewodniczka lub młody wędrownik może i powinien, czy nie może i nie powinien być szefową/szefem. Z faktu, że ktoś ma 18 lat, że dobrze się prowadził, że chce, wynika, że może być szefową/szefem. Kropka. A już hufcowa razem z tą dziewczyną lub spontanicznie na Radzie Hufca ustalą gdzie i jak. Czy przyboczną, czy drużynową, czy akelą. Owszem, jakieś większe drgnienie serca mamy jeśli chodzi o obsadzenie szefa dobrze funkcjonującej drużyny. Boimy się, żeby ten nowy jej nie położył. Dlatego tak liczymy na to, że poprzednik dobrze przygotuje następcę. Ale i tak wszystko się może zdarzyć, bo ludzie to nie maszyny. Tego drgnienia serca już nie mam, gdy chodzi o zakładanie środowiska w nowym miejscu. Mamy kogo mamy, może nie orła, ale dobry chłop, uda mu się, to dobrze, nie uda się, to trudno. W końcu wychowanie ma być realne, sytuacje mają być realne, a nie fikcyjne, nie możemy stać nad kimś, chuchać i dmuchać, wykazując się brakiem zaufania i nadopiekuńczością. Nie zostawiając kogoś samemu sobie, ale też nie kontrolując, nie nadskakując. Dając wszystkie możliwe narzędzia: obóz szkoleniowy, pomoc szczepowego, osobiste bycie do dyspozycji, włączając w bandę dwudziestolatków w hufcu. Tworząc odpowiednią atmosferę. Masz i rób. Pokaż, co potrafisz. Nie możemy unikać tego zetknięcia się z rzeczywistością. Z rozbawieniem słuchałem kiedyś komentarza jednej matki drogi, która obawiała się, że tej dziewczynie może się nie udać i wtedy się załamie. Udało się i to rozwiązało całą masę jej problemów. Prowadzenie grupy 15-20 dziewcząt to nie jest jakaś sprawa nie z tej ziemi. To normalna, prosta, pasjonująca działalność każdego normalnego dwudziestolatka. No dobrze, ja wiem, ze zaraz ktoś powie, że to „poważna” odpowiedzialność, że to „poważna” sprawa, że to „wymagające”. Przecież nie mówię, że nie. Nie chciałbym sprawić wrażenia, że obniżam wymagania. Ale też mam wrażenie, że czasem ktoś „nie pamięta jak cielęciem był”. A ja pamiętam. Miałem 17 lat, gdy dostałem tych 20 chłopaków. Czy ja byłem poważny? No bez przesady. A jednak się udało. Drużyna w tym roku będzie obchodzić 25-lecie istnienia. Nie byłem żadnym „gigantem”, ale prostym chłopakiem z podwórka, tata był elektrykiem, a mama sprzątała popołudniami w biurach. Rodzice mieli nas siedmioro na 48m2. Grałem w piłkę, jeździłem na rowerze i chodziłem po drzewach. Nie spędzałem czasu na zajęciach pozaszkolnych z tenisa, ścianki, śpiewu, francuskiego, tańca, pływania, jazdy konnej, wpiszcie tu co chcecie. Takich prostych chłopaków i dziewczyn z podwórka mamy w Polsce setki tysięcy. Takich, którzy chcą zmienić świat. Dajmy im szansę. Nie możemy ludzi przeczołgiwać za "niezaliczenie" jednego punktu. Nie można przecedzać komara, a połykać wielbłąda. To wcale nie będzie oznaczało obniżenia jakości. Wręcz przeciwnie. Albo się w tym zorientujemy albo zmarnujemy wielką okazję i wielkie narzędzie w naszych rękach.

 

Problemem nie jest brak Samuelów, ale brak Helego

Wszyscy znamy tę historię. W nocy do Samuela przemawia Pan. Ale Samuel nie wie, że to Pan i nie odpowiada na jego wołanie, tylko biegnie do Helego, myśląc, że to on woła. Biedny Heli. Dopiero za trzecim razem (Pamiętacie?„Jacek! za trzecim razem dopiero!”-z filmu Eurojam Żelazko) Heli, na całe szczęście, zorientował się, że to Pan woła chłopca i mu podpowiedział, jak się ma zachować. Kiedyś jakiś duszpasterz skautowy niemiecki mówił do nas o tym na kazaniu na jakimś spotkaniu federalnym. Problemem nie jest brak Samuelów, ale problemem jest brak Helego. Problemem nie jest brak kandydatów na szefowe/szefów, ale problemem jestem ja,  my, stare pryki, wygodni HR-ki i HR-rzy, gnuśne hufcowe, leniwe namiestniczki, średnio ogarniający naczelnicy, namiestnicy bez wyobraźni, leniwi duszpasterze. Problemem jesteśmy my, dorośli. Stoimy w miejscu, nie wyjdziemy do ludzi, spędzamy czas na teoretyzowaniu, robieniu kolejnych analiz, z których nic nie wynika, mądrzymy się, budujemy teorie socjologiczne. Wszystko w jednym celu: usprawiedliwić nasze lenistwo, brak inteligencji, lęk przed wysiłkiem. Jak papież Franciszek tak mocno krytykuje biskupów, czy księży właśnie w takim kontekście, to nie myślmy, że to nas, dorosłych, 30-40-50-latków w skautingu nie dotyczy. Tak samo jak dotyczy biskupów i księży, tak samo dotyczy wszystkich nas odpowiedzialnych za skauting: hufcowych, namiestników, naczelników, pełnomocników, asystentów, HR-ów i HR-ki. Jeśli się dzieje źle, jest to nasza wina. Niektórzy z nas pozwalają sobie nawet na działanie na zasadzie: „tak, to jest moja wina, dlatego mogę ją zrzucić na kogo mi się podoba”. No i ta masa tych Samuelów, z racji tego, że Heli jest totalnie nie zorientowany, nie wie, że to Pan ich woła, że to Pan pobudza ich młode serca, wlewa tęsknoty, dla których niestety czasem dają ujście w rynsztoku. Nie ma Helego, który stanie w liceum i powie im: „To jest Pan!” albo w auli uniwersyteckiej albo na ambonie albo gdziekolwiek. Żeby się dobrze poczuć, często wymyślamy im bariery i wymogi formalne”, oczywiście zawsze pod pozorem „formacji” i „troski”. Zupełnie nie troszcząc się o właściwy sposób dotarcia do nich, by im się w ogóle chciało tej „formacji” i tej „troski”. Nie dbamy o właściwe sposoby motywowania, tylko z góry, ze swojej zajętej wygodnej pozycji HR-a lub wielkiego szefa, w lakierkach i czyściutkim mundurze, „pontyfikujemy”: musisz zrobić to i tamto i jeszcze to. To dlatego tak mi się podobają ci hufcowi i namiestnicy, którzy traktują siebie jako przybocznych szefów, którzy biorą na siebie sprawy pomocnicze, jak logistyka, załatwianie pieniędzy, gotowanie, zaopatrzenie na obozie szkoleniowym czy pielgrzymce. Którzy pociągają swoim przykładem. Którzy nie tylko służą dobrymi radami, ale wręcz wielu rzeczy uczą się od nich, załatwiają, ułatwiają, stają do dyspozycji, nie pozbawiając nigdy oczywiście szefów ich odpowiedzialności. Nie przemawiają z wysokości, ale traktują wszystkich na równi, czyniąc z naszych ideałów, wymagań dobro wspólne, któremu z entuzjazmem i zapałem służą. Którzy nie zrzucają winy na młodych.





Jasne, że często trzeba się uzbroić w cierpliwość, zachować zimną krew, zagryźć wargi. Jasne, że nie każdemu szefowi się udaje, nie każdy ma odpowiedni charyzmat, nie każdy jest do wszystkiego, nie każdy „ogarnia”. Ale stwarzajmy wielką przestrzeń wolności, nie działając na zasadzie „udzielania koncesji”, ale na zasadzie „bierz kto chce”. Tak właśnie znajduje się najlepszych.

Musimy być świadomi, że zbyt wiele jest miejsc, gdzie nie daje się dwudziestolatkom żadnych szans. Czy jeszcze lepiej, zbyt mało jest takich miejsc, w których te szanse się daje. Dlatego oni uciekają w prywatność z przyjaciółmi. To oczywiście nie jest problemem samo w sobie. Problemem jest to, że społeczeństwo marnuje ich fantazję i energię. Całe szczęście, że taki jeden chłopak z Wadowic uruchomił tę młodzież na skalę planetarną poprzez Światowe Dni Młodzieży. Wypadałoby pójść jego śladem.