24 października 2014

Nic nie muszę, tylko chcę

Na pewno wszyscy od razu zgadują, że tytuł nawiązuje do słynnego „nie chcę, ale muszę”, czy może „nie chcem, ale muszem”. Ja oczywiście temu Wałęsie nie wierzę ani trochę, on zwyczajnie chciał po prostu. Oczy mu się świeciły. Mówił tak dla zachowania pozorów. Że niby nie wypada się tak pchać, to jakoś to trzeba inaczej uzasadnić. Odkąd pamiętam robiłem rzeczy, bo chciałem. Myślę, że nigdy nie przemawiał do mnie dyskurs, że „muszę”, bo coś jest moim „obowiązkiem”. Pamiętam doskonale czy to w podstawówce, czy w liceum. Bardziej działała na mnie atrakcyjna zachęta niż kreowanie obowiązku. I sam potem często podejmowałem decyzje personalne na tej samej zasadzie: czy temu komuś świecą się oczy, czy chce. Ale są różne szkoły, które szanuję. Szczególnie ta, że jak ktoś chce tego, to należy mu dać coś innego. Mam ochotę jednak wyjaśnić trochę bardziej ten charyzmat streszczający się w słowach „nie muszę, ale chcę”. Dodam, że to jest w moim wydaniu, bo przecież ja tu nie pretenduję do bycia nieomylnym. Ale to już od dawna wszyscy wiecie.

Ponieważ napisałem, że szanuję inne szkoły, to mam nadzieję, że nikt nie odbierze jako karykatury, krótkiego opisu tych innych szkół, czy może raczej jednej z nich. Otóż jest taka, dość rozpowszechniona, przyznajmy, szkoła „obowiązku”. Ona opiera się trochę na, jakże często trafnym spostrzeżeniu, że dobra, dobra, wiemy jak to jest z tym chceniem i entuzjazmem, że to często tylko nietrwałe uczucia, trzeba ludzi wychować na jakichś bardziej stałych współrzędnych. Takich matematycznych. Jeśli A to B. Po prostu. Nie ma dyskusji. Jeśli takie są cele, to proszę bardzo tutaj są środki i proszę nie narażać się na niespójność, bo stracisz całą wiarygodność i nasze zaufanie. Coś w tym jest. To prawda.

Jednym z przejawów tego podejścia jest np. dążenie do odebrania osobistej satysfakcji z własnych wyborów służby w imię „czystości intencji” i podporządkowania się „woli Bożej”. To częste w zakonach podejście, przenoszone jest często do różnych wspólnot katolickich i postrzegane jako ważne narzędzie ascetyczne, służące do „wzrastania w pokorze”. Jednak skauting to nie zakon. Nawet skauting katolicki. A już Skauci Europy to w ogóle mamy inny charyzmat po prostu. My szanujemy po prostu to, czego ktoś chce w bardzo szerokich ramach naszego ducha, stylu i pedagogiki. Ba! to jest jedno z głównych narzędzi wychowawczych, dzięki któremu osiągamy sukcesy. Zostajesz szefem, bo chcesz i tam gdzie chcesz. Hufcowa, hufcowy nie jest wyrazicielem „woli Bożej”. To nie tkwi po prostu w naszym charyzmacie organizacji, będącej owocem „zwyczajnej Opatrzności Bożej”, a nie nadzwyczajnej, jak to ma miejsce w przypadku instytucji powstałych z natchnienia Bożego, które Duch Św. wlał w konkretnego założyciela. A już mówiąc językiem ekonomicznym, przepraszam z góry, to po prostu ta wolność lepiej alokuje nasze zasoby i do większych rezultatów wychowawczych prowadzi niż pretensja odgórnego zarządzania „wolą Bożą” przez instancje nieposiadające takiego charyzmatu po prostu. W zakonach taki charyzmat mają. My nie mamy.

Pamiętam całą taką dyskusję, czy cnoty to mechaniczne nawyki, czy to świadome wybory. To w kontekście małych dzieci w przedszkolu, czy na początku podstawówki. Czy mamy się zdaniem tych dzieci przejmować, czy po prostu szybko, nie zważając, narzucić ku ich nieświadomości ile się da dobrych „wymogów” i one wtedy nabiorą takiej kindersztuby, że ho ho. Może tak, może nie. Nie wiem. Ja myślę, że prędzej czy później te wszystkie „mechanizmy”, brak podmiotowego traktowania, brak autentyczności osobowej i szczerej relacji miłości, brak poczucia „własności” i wolności decydowania, zwyczajnie się zemści. Dziecko to znienawidzi. Prędzej, czy później powtarzam. Czasem bardzo, bardzo późno.

Z drugiej strony wiemy, że nie da się tak do końca rozegrać tego na zasadzie indywidualnego przekonania, że trzeba coś robić, bo jest dobre. Młodzi potrzebują trochę zabawy z tym wszystkim, bo taka już jest ich natura.

Ale jakby ktoś myślał, że tak do końca wszystko można rozegrać na zasadzie „gry” i rywalizacji, to nie jest to prawda. Na początku tak, owszem i to nawet bardzo nieźle działa. Ale w końcu celem jest takie beztroskie cieszenie się spontanicznością i wolnością przez ten nasz zastęp bez żadnych zewnętrznych stymulacji. Podobnie człowiek każdy z osobna.

Jak wiecie, ja prowadziłem taki klub zajęć pozaszkolnych dla chłopaków. I robiłem tam różne eksperymenty. Nie chcę mówić, że to były eksperymenty pedagogiczne, żeby ktoś nie pomyślał, że ja po jakimś Harvardzie pedagogicznym jestem. Nie, nie, jestem prostym chłopakiem z podwórka, pisałem już. I mogłem doświadczyć tego, jak te wszystkie podstawowe skautowe intuicje pedagogiczne w nieskautowym kontekście bezbłędnie się sprawdzają. Że gra, entuzjazm, podział na małe grupy, młodzi przywódcy, odpowiedzialność, rywalizacja, etc. Bomba po prostu. Zwyczajnie nie do uwierzenia. I organizowałem obozy letnie też. O tym chciałem opowiedzieć. W jednym roku tak się ta rywalizacja nakręciła, że sam straciłem kontrolę, chłopaki szaleli, był porządek w toaletach, punktualność, redagowane przez nich kolorowe gazetki na tablicy, cuda na kiju jednym słowem. W sensie pewnych „efektów”, często przez wychowawców pożądanych i po nocach wyśnionych. Ale chłopaki nie byli do końca zadowoleni. Męczyło ich to. Więc rok później zmieniliśmy zupełnie politykę. Żadnej rywalizacji w tych obszarach sprzed roku. Tylko piłka, bejsbol, jakieś gry i konkursy. Efekt był lepszy. Wypływał po prostu z atmosfery wolności, swobody, spontaniczności. Oni i tak robili wszystko, co rok wcześniej, ale bez tego napięcia. Chłopaki czuli, że są właścicielami, zwyciężyła dynamika naturalnej bandy podwórkowej, która się lubi i chce robić razem ciekawe i bohaterskie rzeczy. Muszę powiedzieć, że byłem zachwycony tym rezultatem. Oni mówili, że to był najlepszy obóz. Czuli się zwyczajnie szczęśliwi.

Ostatnio jakiś drużynowy mówił mi to samo. Skauting to nie jest wtedy, gdy zastęp bierze udział w grze rocznej namiestnictwa, spina się, wygrywa, rzuca i podejmuje wyzwania. Owszem, to jest przydatne, to często pomaga uruchomić jakąś pożądaną dynamikę. Ale do tego się nie sprowadza. Naszym celem jest, by ten zastęp sam z siebie chciał. Czyli tymi grami i zewnętrznymi motywacjami my go chcemy wystrzelić jak z katapulty. Skauting zaczyna się wtedy, gdy ten zastęp jest sam, cieszy się z tego, że jest sam, że może sam decydować, że nie ma zewnętrznych czynników motywacyjnych typu plan dnia, narzucony program, etc. (a propos, na wędrówkach szefów lub szefowych też mi się wydaje, że lepiej jakaś spontaniczność, a nie sztywny plan). Gdy sam decyduje i sam przeżywa przygodę i się z tego cieszy. Podobnie na poziomie drużyny. Drużna i drużynowy dopiero, gdy jest sam na biwaku, gdy zostawia tę konieczną autonomię zastępowym, by te zastępy same się „zbudowały”, by ta drużyna w ten sposób naturalny się skonfigurowała, wówczas jesteśmy o krok do celu. Ba! wówczas ten cel tak naprawdę osiągnęliśmy. Drużyna nie jest drużyną tylko na Eurojamie, Harcach Majowych, czy na zlocie hufca. Nowym często to pomaga, drużynom i drużynowym dojrzałym często ogranicza pole ich pedagogicznego manewru. Chyba widzicie, że z tym myśleniem to my jesteśmy na antypodach w stosunku do przeważającej myśli pedagogicznej, polegającej na mnożeniu zajęć pod opieką doświadczonych instruktorów, tak by dzieci się czegoś „nauczyły” i by nie miały wolnego czasu, by się nudzić…

To uniemożliwia po prostu zrozumienie tego, czego ja tak naprawdę sam chcę, uniemożliwia wykształcenie się tej naturalnej dynamiki tak charakterystycznej dla naszego ulubionego podwórka.

Ktoś powie, że cel jest taki sam, a to są różne sposoby dojścia doń. Że to tylko kwestia taktyki. Albo kwestia stawiania akcentów. Może tak, może nie. Nie wiem. Wydaje mi się jednak, że chodzi o coś więcej niż o taktykę, chodzi też o antropologię, jaką mamy w głowie.

Ludzie, to nie maszyny. Chcą mieć poczucie wolności. I to wolności nie takiej jak ją rozumieli marksiści, że wolność to „uświadomiona konieczność”, ale takiej realnej, polegającej na tym, że to naprawdę ja decyduję. Że przyjęcie tych wartości, tych ideałów nie oznacza, że wchodzę do jakiejś klatki i tę wolność tracę. Że teraz to już „muszę” zachowywać się w bardzo ściśle określony sposób, zdefiniowany przez nie wiadomo kogo. No, bo skoro A to B.

Myślę, że wszyscy mamy z tym jakiś problem. On w gruncie rzeczy jest dość prosty i wynika z naszych naturalnych osobistych ograniczeń po prostu. Jednym z nich jest oczekiwanie konkretnego „rezultatu”. To częsty błąd zastępowych, drużynowych, hufcowych, nas wszystkich. To ma być zrobione tak, a nie inaczej i efekt ma być taki. Potem dziwimy się, że dziewczęta i chłopcy odchodzą. Jak się im nie zostawia wolności decydowania, to tak jest. Poruszając się swobodnie i spontanicznie w świecie szlachetnych wartości i ideałów, pozwolić ludziom na określenie własnego sposobu dochodzenia do celu i na definiowanie samego szczegółowego celu w ramach ogólnego jakim zawsze jest dojrzałość chrześcijańska. Mamy pokusę, by tę wolność nieco zawęzić. Oj tam, przecież już wiadomo od tysięcy lat, że taki powinien być rezultat. Ach, no tak, to młodzi, naiwni, to oni nie wiedzą, że przecież nie ma innej opcji.

Myślę, że to podejście starych, jest głównym źródłem buntu młodych. Brak zaufania, wyrażający się w nadmiernym kreowaniu obowiązków, w ustanawianiu zbyt sztywnego formatu, w uprzednim ścisłym zdefiniowaniu, że ma być tak, a nie inaczej, zamiast ogólnego ducha, jest głównym instrumentem ograniczania tej wolności. Ta nieufność wyraża się w tym, że wątpimy, czy oni aby naprawdę tak tego wszystkiego chcą. Więc to „chcenie”, które może się okazać kruche, trzeba wzmocnić wykreowaniem dodatkowo iluś tam obowiązków. Chcesz? Chcę. A to proszę, tu masz pakiet „obowiązków”. W całym tym tekście chodzi mi o to, by uchwycić, dlaczego takie postępowanie nie do końca jest „fair”.

Teza jest prosta. Ludzie chcą po prostu. I tyle. Idą za atrakcyjną zachętą. Ja może to zawężę do naszego skautingu, żeby nie było, że mówię o całym społeczeństwie, gdzie jednak system nakazów i zakazów oraz kar i nagród odgrywa jakąś rolę niezastąpioną, aczkolwiek nigdy wyłączną, z punktu widzenia rządzących. W końcu w wielu miastach północnej Europy nie ma znaków drogowych. Ludzie potrafią zrozumieć jak jeździć.

Wszyscy znamy słynne „kochaj i czyń, co chcesz” Św. Augustyna. Ja rozumiem, że ludzie są różni i że nie wszyscy łapią, że są ci mniej pojętni, którzy potrzebują instrukcji obsługi w stylu „kochaj i rób to, i to, i to w następującej kolejności”. Są skrupulanci, rygoryści, etc. Więc nie chodzi mi o to, że pedagogika nie ma się posługiwać „kryteriami” i „instrukcjami”. Chodzi o to, by robiła to w sposób szanujący podmiotowość każdego oraz by ostatecznie prowadziła do celu jakim jest wolność wewnętrzna, czyli samodzielność i niezależność każdego i każdej w dokonywaniu osobistych wyborów.

Ludzie chcą. Tylko czasem nie przekonuje ich zachęta. Ci, którzy stoją na czele czasem nie mają talentu formułowania zachęty w sposób atrakcyjny. Czasem sami nie wierzą w to, że ludzie mogą czegoś tam chcieć. No, ale ponieważ to oni stoję na czele i ta rzecz „musi” się odbyć, jej zrobienie należy do ich „obowiązków”, więc, żeby nie ryzykować, to robią jak potrafią, to „przymuszają” w taki czy inny sposób ludzi, żeby przyjechali lub żeby coś zrobili. „Jesteś szefem, więc musisz….”, „złożyłeś przyrzeczenie, więc musisz….”.

Ostatnio rozmawiałem na ten temat z Tomkiem Szydło, który zajmuje się nieco promowaniem metody szkół „Montessori”. Ogólnie to jest takie podejście, że każde dziecko robi to, na co ma ochotę, co nie oznacza chaosu, tylko większy wysiłek ze strony pedagoga, by to zorganizować. Każde ma swój rytm. Starsi pomagają młodszym, etc. Jak się to słyszy, to się nie wierzy, że mogą być dobre efekty w postaci przyswojenia programu szkolnego. A potem okazuje się, że efekty przerastają oczekiwania. Tylko, że sami rodzice i nauczyciele często w to nie wierzą. Innymi słowy, nie mają takiego talentu, by tę metodę zastosować. Metoda „frontalna” jest łatwiejsza. Co z tego, że głupsza.

Mam nadzieję, że już wszyscy widzimy klucz do wszystkiego. Decyduje talent i osobisty charyzmat szefa, wychowawcy, pedagoga, rodzica. Gdybyśmy mieli taki talent lekkiego wydobywania z dziewczyny i chłopaka tego, co i tak on chce, to nie musielibyśmy posługiwać się tymi wszystkimi przymuszeniami i obowiązkami. Gdybyśmy potrafili dłużej zachować zimną krew i pozwolić na to, co wydaje nam się ryzykiem lub transgresją, to mielibyśmy lepsze efekty wychowawcze. Gdybyśmy nie posługiwali się tak często słowem „musisz”, to może by się im bardziej chciało to, czego my chcemy.

Spoko, wiem, że jest wrażenie, że w takim razie co? Żadnych zasad? Żadnych reguł? Same wyjątki? No nie. Nie to chcę powiedzieć. To się zmienia z wiekiem. Każdy proces wychowania zaczynamy zawsze od jasnych reguł. Ba! te jasne reguły w wieku dziewczęcym i chłopięcym są przecież jednym z filarów naszej pedagogiki. Ale dlaczego tak jest? Bo oni tego chcą po prostu! Można powiedzieć, że im młodszy wiek, tym więcej reguł. Z wiekiem gramy coraz bardziej na zaufanie i osobistą odpowiedzialność. Dwunastolatka nie traktujemy jako ośmiolatka, 16-latka nie traktujemy jak 13-latka, 19-latka, nie traktujemy jak 14-latka, etc. Tak z grubsza rzecz ujmując oczywiście, bo przecież pedagogika skautowa na tym właśnie polega, że traktuje bardzo poważnie i odpowiedzialnie już tego 8-latka. Sami wiemy, że okazanie zaufania, poważne potraktowanie, powierzenie odpowiedzialności stanowią nasze główne narzędzia wychowawcze w skautingu. Dzięki temu osiągamy sukcesy. Zwyczajnie okazuje się, że jak dziewczyna i chłopak czują, że to jest ich własność ten skauting, że to oni decydują, to oni zachowują się bardzo poważnie i odpowiedzialnie. Zwykle odwdzięczają się nam stukrotnie za odrobinę okazanego zaufania. No dobrze, dobrze, wiem przecież, że czasem im się nie chce. Co nie zmienia zasady i nie może prowadzić do zmiany narzędzi i pedagogiki oraz celu jakim jest samodzielność i niezależność. To dlatego często spotkacie na tym blogu motyw zdziwienia wobec fenomenu organizowania szefowych i szefów i traktowania ich w sposób odpowiedni bardziej dla małych harcerek niż dorosłych już osób, mimo iż ciągle wymagających pracy nad własną dojrzałością.

Myślę więc, że temu wydobywaniu z ludzi tego, czym tak naprawdę są i czego chcą, posługując się bardzo mocno tym szacunkiem dla ich wolności, wcale nie uchybia możliwość, czy konieczność od czasu do czasu takiego „tupnięcia”, czyli powiedzenia „dość” lub „nie i już, nie ma dyskusji”. Bo ja tu nie promuję jakiegoś liberalno-rozmywającego podejścia, tylko usiłuję się przekonać, że posługiwanie się tymi „obowiązkami” i „przymuszeniami” często nie jest potrzebne po prostu, bo ludzie i tak chcą. Czasem tylko mają „kaprysy”. Nie na każdy „kaprys” trzeba reagować „tupnięciem”, ale czasem można, czy nawet trzeba. Tak podpowiada ta „wolnościowa” mądrość pedagogiczna. Szef w końcu nie po to jest szefem, by non stop wszystko negocjować. Musi dowodzić, podejmować decyzje. Ale z drugiej strony, nie może być "arbitralny", musi słuchać. Czasem musi też urządzić zastępowym, czy szefom "ćwiczenie" z podejmowania decyzji, bo oni czasem lubią taką "bezmyślną" wygodę: "ty zadecyduj". Pamiętam, jak Bartek Mleczko opowiadał, jak urządzał takie ćwiczenie z podejmowania decyzji adalbertusowym zastępowym. Trwało to i trwało, bo to zakładka przedstawianie jakichś rozumowań, argumentacji, tworzenie kryteriów, odnoszenie się do prawa harcerskiego, do zwykłego zdrowego rozsądku, a potem i tak jakiś skok w przepaść. Ale nie było innej rady. Taka sztuka.

To kim jesteśmy jako wychowawcy pokazuje się w naszych reakcjach na jakieś przekroczenie po prostu. Sztuka reagowania ze spokojem, przechodząc do porządku dziennego, jest wielkim darem, wyrazem „wolności wewnętrznej” szefów i wychowawców. Że w obliczu przekroczeń, łamania reguł przez siebie samego ustanowionych, także dokonywanych przez nich samych w obecności młodszych, nie reagują z głupim uśmiechem przyłapanego na gorącym uczynku kilkuletniego łobuziaka. Aczkolwiek myślę, że ważniejsze niż jakiś tam spokój, to po prostu twoja i moja autentyczność reakcji - zareagowanie z miłością zgodnie z tym kim jestem. Autentycznie oznacza tu nie w sposób wyuczony, "sztuczny", ale z naturalnym, "niewyuczonym", wyczuciem.

Miałem kiedyś taką historię. Przekroczeń tego chłopaka po trzech dniach obozu było tyle, że można by w trzech tomach spisać, oprawić i na półce postawić. Ustawiały się do mnie pielgrzymki chłopaków skarżących się na tamtego. Nie dawałem sobie z tym w żaden sposób rady. Byłem wściekły, miałem dość. Zwyczajnie nie wiedziałem co zrobić. Aż podczas obiadu w obecności wszystkich, pod wpływem kolejnych przekroczeń i skarg, walnąłem pięścią w stół, sam nie wiedząc, co mówię i ogłosiłem, że będzie publiczny proces. Tamten będzie oskarżonym, wszyscy oskarżycielami. Oskarżony za obrońcę dostał jednego dorosłego opiekuna, co bardzo go ucieszyło. W ogóle cała sprawa bardzo go ucieszyła. Byłem nieco zdziwiony, bo jednak zdawałem sobie sprawę, ze zagranie jest ryzykowne. No, ale nie miałem innego wyboru po prostu. Mogłem tylko tego chłopaka odesłać do domu, co było równie ryzykowne. Proces się odbył.  Na liście oskarżenia było ponad 20 pozycji. Sąd nie dopuścił kilku do publicznej rozprawy ze względu na szacunek dla oskarżonego. Oskarżony został oczywiście skazany. Nie miał po prostu żadnych szans. Natomiast sąd wymierzył karę również "dokuczycielom" oskarżonego, którzy obiektywnie uniemożliwiali prawidłową resocjalizację naszego gagatka. Ku wielkiej satysfakcji oskarżonego, dodajmy. Nie powiem, że jak ręką odjął, ale prawie. Nastąpiła po prostu niespodziewana poprawa. Sam nie mogłem uwierzyć. Jasne, że ktoś by to załatwił inaczej, powiedzmy lepiej i skuteczniej, ale ja nie mam takiego talentu, a jakoś musiałem sobie z sytuacją poradzić. Rozwiązanie było spontaniczne, a nie "wyuczone". Ja myślę, że w tym sensie ilość narzędzi pedagogicznych jest nieprzebrana, bo każdy z nas tworzy własne po prostu.

Jedną z moich ulubionych anegdot w tym temacie jest historia z życia Św. Josemarii. Rzecz miała miejsce w Rzymie. Budował siedzibę Opus Dei, instytucji, którą założył pod natchnieniem Ducha Św. Mieszkał tam niezły tłum ludzi, a przewijało się tam jeszcze więcej z całego świata. Jasne jest, że jest konieczność dbania o stronę materialną, o te wszystkie meble, przedmioty, ściany, drzwi i wszystko w ogóle. W dodatku wiele różnych rzeczy miało jakąś wartość antyków, czy czegoś w tym rodzaju. Np. były tam takie super cenne skrzynie. Ich problemem było to, że aż zachęcały do siadania na nich i machania nogami, przy czym niemożliwe było, żeby piętami butów nie walić w nie przy okazji. Nic dziwnego, że przy jakieś okazji zebrał Św. Josemaria jakąś pokaźną grupę osób, narażonych codziennie na tę pokusę i poprosił, żeby jednak na tych skrzyniach nie siadać i w burtę butami nie uderzać. Spostrzegł się jednak, jaki blady strach wywołał na twarzach obecnych. Wskoczył więc sam na tą skrzynię i zaczął radośnie machać nogami mówiąc coś w stylu: „Dobra, można siadać czasem, tylko starajmy się nie zniszczyć”. Po prostu zdał sobie sprawę, że takim prostym zakazem likwiduje poważną porcję wolności wewnętrznej osób, które chciał formować. A wolność nie polega na lęku przed złamaniem zakazu, tylko na miłości do dobra. Co jest owszem nieco ryzykowne, ale w dłuższej perspektywie prowadzi do sensowniejszych i lepiej antropologicznie zakorzenionych rezultatów.

Kreowanie „zakazanych owoców” nie jest dobre. Ileś ich tam musi być. Ale nie możemy się na nich koncentrować i o ich istnieniu ciągle przypominać. Jasne, że młodzi potem testują starych przekraczaniem, czy markowaniem przekraczania tych granic. I to zawsze jest jakaś gra, jakieś wyzwanie. I ja nie mówię, że zawsze trzeba na luzie i spoko, przekraczaj sobie ile chcesz, mnie to nie rusza. Kwestia reakcji to cała sztuka wyczucia, mądrości i roztropności. Zawsze też każdy z nas będzie podlegał osobistym ograniczeniom i zwyczajnym wahaniom, co w danej sytuacji zrobić i jak zareagować. No, ale to jest uzależnione bardzo od tego, ile w nas prawidłowego rozpoznania kim jest dana osoba, od naszego zaufania do niej, od podmiotowego traktowania.

Jak to powiedział papież Franciszek, rewelacyjnie formułując te postawy, między którymi się poruszamy:

„– Pokusa nieprzyjaznej ostrości, to znaczy chęć zamknięcia się w obrębie tego, co napisane (litera) i niedanie się zaskoczyć Bogu, Bogu niespodzianek (duch); w obrębie prawa, pewności tego, co znamy a nie tego, czego powinniśmy się jeszcze nauczyć i osiągnąć. Od czasów Jezusa jest to pokusa osób gorliwych, skrupulatnych, opiekuńczych i tak zwanych dziś tradycjonalistów, również intelektualistów.

– Pokusa destruktywnego naiwnego optymizmu, który w imię zwodniczego miłosierdzia opatruje rany, nie gojąc ich wcześniej ani nie lecząc, ludzi leczących objawy, ale nie przyczyny i źródło choroby. Jest to pokusa „naiwnych optymistów”, ludzi lękliwych a także tak zwanych „progresistów i liberałów”.

Muszę przyznać, że to jak te rzeczy formułuje papież Franciszek, mieliśmy już wielki festiwal jego przenikliwości w Evangelii Gaudium, sprawia, że śledzenie jakimi ścieżkami chadza mądrość stało się jeszcze bardziej pasjonujące i co by tu nie mówić, nieco bardziej wymagające.

W każdym razie ja jestem jakoś przekonany, że w naszym skautingu mamy taką dość uproszczoną sprawę. Bo mamy ludzi, którzy chcą. Oni czasem nie chcą, jasne, albo też czasem po prostu są jacy są. Nie możemy tego jednak traktować jako pretekstu do zmiany naszego podejścia i naszych narzędzi. Warto to sobie uświadomić czasem i zwyczajnie cierpliwie poczekać na kolejną ekipę. Nie możemy zastąpić narzędzi służących do rozgrzewania do czerwoności atmosfery, w której samo się wszystko formuje, no dobra czasem z jakąś umiejętnością osobistego „przyciśnięcia”, narzędziami „zaliczeń do ostatniego punkcika”, obowiązków”, „obowiązkowych obecności”, „wymogów formalnych”, „trzymania na krótkiej smyczy”, „koncesjonowania”, skąpego „dopuszczania”, powtarzania, że „musisz”, czyli kreowania mnóstwa rzeczy jako formalnego „obowiązku”. Nie, u nas nic nie musisz. No chyba, że chcesz. Są jakieś ramy, ale takie szerokie i o których w jakimś stopniu ty sam dość szybko będziesz decydował. Potem i tak po owocach ich poznacie.

Myślę też, że nie wolno się bać „wyjątków”. W wielu instytucjach, czy grupach najczęstszą zasadą jest unikanie wyjątków, bo wiadomo, wyjątki „demoralizują”. Ktoś się dowie, że w stosunku do niego zastosowano bardziej albo mniej rygorystyczne zasady niż w stosunku do innych. Jakaś równość wobec prawa przecież. I owszem trzeba do sprawy podchodzić roztropnie, tym bardziej jeśli zaczynamy gromadę albo drużynę, dzieci i młodzi są na to bardzo wyczuleni. Ale powoli, powoli przecież również wilczkom musimy być w stanie wytłumaczyć, że to indywidualny przypadek. Że przecież kochać kogoś, to znaczy rozumieć jego osobistą sytuację różną od sytuacji kogoś innego. Pamiętam, że miałem jako szef taką sytuację i jak wobec chłopaków uzasadniałem, że w identycznej zewnętrznie sytuacji, nazwijmy to wobec identycznego przekroczenia, w przypadku tego chłopaka to bym postąpił tak, a wobec tego to zupełnie inaczej. Że ten ma taki „procesor”, że ta standardowa, słuszna obiektywnie kara, na nic nam się nie przyda, nic nią z nim nie zwojujemy, w przeciwieństwie do tamtego. Było trochę kontrowersji, ale po głębokim wytłumaczeniu, większość się zgodziła. Decyzja okazała się słuszna i tego chłopaka wobec którego zastosowaliśmy „wyjątek” po prostu żeśmy zdobyli, spowodowaliśmy jego niesamowitą przemianę. Tego drugiego zresztą też. Skauting i indywidualność. Tym bardziej na poziomie szefów i szefowych w hufcu. Hufcowa, hufcowy nie mogą ich traktować „bez wyjątku”. Musi być zdrowy rozsądek przecież. Wyjątki, jeśli są uzasadnione nie demoralizują, tylko pomagają rozumieć i kochać osobiście kogoś w jego indywidualnej sytuacji. To się da pogodzić z „zasadami” obowiązującymi wszystkich. Pozostaje tylko rozeznanie, gdzie wyjątek jest tylko kaprysem, choć i tak często tych kaprysów „frontalnie” nie zwalczamy, tylko delikatnie „wymanewrowujemy”. No, ale w końcu cała nasza praca polega na rozeznawaniu indywidualnych sytuacji i prowadzeniu wszystkich i każdego z osobna ścieżkami wolności ku wzrostowi osobowemu, a nie na stosowaniu obiektywnych „sztywnych” reguł „po trupach”. Papież Franciszek w tym cytacie powyżej mówi, że „po trupach” można chodzić na dwa sposoby. Albo przez nadmierną surowość albo przez nadmierną wyrozumiałość.

Nie absolutyzuję tego „chcenia”. Czasem się przecież nic nie chce. Ale to tak jakoś punktowo, czy chwilowo się nie chce. A ogólnie, to się jednak chce. I nie mówię, że nie ma być jasnych sygnałów, co do oczekiwań. Arystoteles mówi przecież, że w końcu to te cele, do których osiągnięcia jesteśmy naturalnie naturą naszą rozumną predysponowani, w sensie pewnych modeli, to one przychodzą z polityki po prostu. Czyli jako jakiś jasny (albo ciemny niestety) przekaz z rodziny, Kościoła, społeczeństwa, prawa. A Św. Tomasz, że grzech pierworodny mniej naruszył nasz rozum w sensie prawidłowego rozpoznania dobra, a bardziej naszą wolę, która rozumowi się stawia. Więc ta wola, nawet jak czy to jej rozum sam naturalnie podpowiada, czy to (dobre) otoczenie zasygnalizowało to jakieś motywacji przecież potrzebuje. Tą motywacją jest właśnie ten cały nasz świat przygody, złożony jednak z atrakcyjnych zachęt, a nie ścisłych obowiązków. Z reguł, owszem, ale reguł radosnej gry, a nie reguł wymuszonych „sztywnych” zachowań. W sumie to się nie problematyzuje za bardzo i nie hamletyzuje, bo pewne rzeczy są jakoś oczywiste po prostu. Człowiek robi, bo jakoś mu się ogólnie podoba i się nie zastanawia. Prędzej, czy później i tak sprawa stanie. Czy chcę i dlaczego chcę. Taka jest wolność osobista po prostu. Jakiś kryzys zawsze nas dopadnie, jakieś przesilenie, z którym, traktując wszystkich bardzo podmiotowo, trzeba się będzie zmierzyć, przedstawiając jakieś autentyczne uzasadnienie „tej nadziei, która w nas jest” (Św. Piotr). Dodając, że nic nie musisz….