16 marca 2015

O zdobywaniu Bastylii, czyli pedagogika przygody


Kiedyś byłem świadkiem takiego oto komentarza, który padł z ust, no nieważne kogo. Nie będę tu tworzył jakichś „klisz”, czy stereotypów. Nie jest przecież moim zamiarem jałowe plotkowanie, tylko zwrócenie uwagi na dość ciekawą, w moim przekonaniu kwestię, która jakoś tam rzutuje na model skautingu przez nas proponowany. Lub nieproponowany właśnie. Deklarowany, ale zupełnie nieproponowany. Żyjemy bowiem w przeświadczeniu, bardzo głębokim, że skauting to przygoda. Czasem jednak, mimo tego przeświadczenia, poziom tej przygody przez nas proponowany jest taki sobie. Z różnych powodów. Ten tekst jest o jednym z nich.

Wracam do tego komentarza. Otóż, ktoś, gdzieś, jak wspomniałem, nieważne kto i gdzie, skomentował podejście francuskich Skautów Europy do gry w ogóle, w szczególności do wielkiej gry, co jest, co by tu nie mówić, kwestią dość zasadniczą w skautingu, sami przyznacie, więc skomentował to podejście tak z lekceważeniem, że „u nich to każda gra polega na tym, że chłopaki!!!! hurrra! naprzód, na Bastylię!!!, i to jest cała ich myśl pedagogiczna, nie to co u nas, najpierw „głęboka” refleksja nad celami, trzy strony wyjaśnień i dopiero jakieś działanie i gra.”

Ja tu może odkryję od razu karty, żeby nie było, że się bawię w ciuciubabkę niepotrzebnie, ale upraszczając, oczywiście, zastrzegam, zawsze się trzeba trochę pozastrzegać, bo inaczej to człowiek może być źle zrozumiany, więc upraszczam, ale albo w skautingu jest prawdziwa przygoda, bo chłopak i dziewczyna w wieku 12-17 takie ma marzenie i już albo jest „przepedagogizowana, pseudo-szkolna grupa młodzieżowa w mundurach”. Ten przytoczony komentarz to był właśnie przejaw tego myślenia „szkolno-pedagogicznego” w stylu ”a teraz chłopcy łapiemy się za ręce i grzecznie powtarzamy za panią”.

Ja przypomnę, bo może ktoś nie pamiętać, ale w naszym ruchu myśmy skończyli z grami „po punktach” 20 lat temu, jak z wypiekami na twarzy słuchaliśmy Bartka Mleczki, który nam opowiadał, jakie gry przygodowo-fabularne przeżył u Skautów Europy we Francji. No dobra, na pewno ktoś wiedział, jak robić fajne gry fabularne, które nie byłyby „manewrami” na zasadzie „wywozimy bez jedzenia jednych 20 km w jedną stronę, a drugich 20 km w drugą stronę, no i macie się spotkać i pobić przeciwnika”.  Ale ja nie wiedziałem. Już nie pamiętam, które gry wyszły najlepiej, chyba "Wojna trzynastoletnia" albo "Porwanie papieża w Kalwarii Zebrzydowskiej".  Potem Bartek zrobił w 2001 Wielką Dynamiczną Grę Strategiczną „Chmielnicki”  i nareszcie skumaliśmy, o co chodzi. W skrócie chodziło o to, że taka wielka gra jest PRZYGODĄ, w której chodzi o możliwie jak najbardziej realne „zdobycie Bastylii” właśnie. Grę z kilkoma etapami, w której zastępy operują SAMODZIELNIE, a nie na krótkiej smyczy, polegającej na stawianiu się na kolejnych punktach, obsadzonych przez instruktorów-kontrolerów, kierując się HONOREM, czyli Prawem Harcerskim, gdzie po kilku etapach dochodzi ostatecznie do kontaktu „twarzą w twarz” z przeciwnikiem i do realnej walki, oczywiście na jeden z umówionych „cywilizowanych” sposobów walki, nigdy „po twarzy”. Grę, gdzie jest fabuła, przebrania, tajemnicze sygnały, zagadki, realna rywalizacja, kontakt fizyczny, etc. Są jeszcze te wszystkie gry miejskie, mają swoją wartość, czasem je robimy, ale ogólnie to one prezentują nieco inny koncept niż taka gra na łonie przyrody.

Tak rozumiana wielka gra, która odbywa się na dość sporej przestrzeni i zwykle dzień i noc lub dłużej i która jest jak najbardziej realna, czyli np. zastępy gotują w ramach gry, a nie wracają do obozu podczas, gdy gra jest „zawieszona”, więc to podejście do wielkiej gry, w dużej mierze, powtarzam, w bardzo dużej mierze, decyduje o kształcie naszego skautingu. Drugą taką sprawą jest ekspresja. No, jeszcze kilka innych rzeczy, oczywiście, ale zastrzegłem, że upraszczam dla celów jasności wywodu. Więc to jakie mamy podejście do wielkiej gry, czy jest ona naprawdę PRZYGODOWA, czy daje miejsce na samodzielność zastępom, czy daje im możliwość podejmowania decyzji strategicznych, czy nie, decyduje o tym, czy w naszym skautingu jest przygoda, czy jedynie jest „metodyka”. Innymi słowy, czy jest po co tę metodykę stosować. Bo, co z tego, że jest metodyka, jeśli jest NUDNO? Jeśli nie wiadomo, po co? Otóż, to jakość PRZYGODY decyduje o atrakcyjności naszego skautingu. A bez dobrej wielkiej gry, nie ma tak naprawdę PRZYGODY.

Ja tu już pisałem, że przez kilka lat zajmowałem się grupą chłopaków poza skautingiem. Ale, rzecz jasna, mnóstwo rzeczy skautowych stosowałem. Np. wielką grę. I oni byli absolutnie zachwyceni tymi grami. Jasne, że nie były one do końca takie fajne, jak nasze, bo nie miałem aż tak dobrych narzędzi, jakie daje skauting np. prawa skautowego, dzięki któremu można zrobić grę z małą ilością kazuistycznych reguł, a właściwie bez żadnej kazuistyki, bo można się odwołać do „ducha skautowego”. Jakby nie było, chłopaki z tej nie skautowej grupy te gry uwielbiali, bo oni twierdzili, że takich gier to w żadnym innym miejscu zorganizować się nie da, bo w szkole, czy jakiejś grupie rówieśniczej, to tylko paintball albo „ustawka” po prostu. Paintball to wiadomo, mało skautowe, takie „konsumpcyjne”, a „ustawka” to po prostu jak nie zwykła bójka na pieści, to po prostu wielkie oszukiwanie, które uniemożliwia przeprowadzenie takiej wielkie gry terenowej. Bo jednak ta nasza wielka gra skautowa zakłada uczciwość i jak się dziewczyn i chłopaków, dzięki prawu harcerskiemu tego nie nauczy, to te nasze gry będą słabe. No, ale jakby nie było, oni te gry uwielbiali i zupełnie sobie nie wyobrażałem, jak można prowadzić jakąkolwiek grupę dziewcząt, czy chłopców w wieku od 8 do 17 lat, nie proponując wielkich gier terenowych. Zwyczajnie niemożliwe. Pamiętam, że bodaj najlepiej wyszły dwie gry. Jedna to "Bitwa o Midway" z lotniskowcami i samolotami, a druga "Iwo Jima". Oni koniecznie chcieli tą II wojnę światową, więc wymyśliliśmy, żeby to była wojna na Pacyfiku. Nie musieliśmy grać Niemców i Rosjan i używać wiadomo jakich symboli. I jakoś bez prawa harcerskiego sobie radziłem. To w ogóle jest ciekawe, tak na marginesie, jak można sobie bez prawa harcerskiego radzić. Powtarzam, trudno, ale jakoś musiałem, bo nie chciałem aż tak kopiować skautingu, tylko raczej twórczo zaadaptować to, co się da zaadaptować. No więc, ja nie wiem, jak to wyszło ale pewnego razu, przy okazji rozstrzygania jakiejś kwestii dotyczącej ogólnie reguł gry, na pytanie jednego z chłopków dlaczego właściwie nie mielibyśmy czegoś tam robić, inny chłopak odpowiedział: „BO TO NIE W NASZYM STYLU”. Ja nie wiem do końca, co to znaczy sukces wychowawczy, myślę, że to jest pojęcie zbyt względne, żeby tu przesądzić, bo człowiek to nie maszyna, tylko jakaś tajemna otchłań. Ale wydaje mi się, że ta odpowiedź tego chłopaka świadczyła o tym właśnie. Więc to a propos prawa skautowego jako reguły gry.

Po Eurojamie 2014, naczelnik jednej z organizacji FSE, z której pochodził komentarz-bohater tego tekstu, podsumował: „Wiem, czego brakuje mojej organizacji. PRZYGODY”. Wielka gra to nie są „ćwiczenia” na dużej polanie ani „bieg po punktach”. To nie jest kontrolowanie przez „instruktorów” czy zastępy nie oszukują. Wielka gra to naprawdę prawdziwa PRZYGODA. To nie jest zarezerwowane tylko dla chłopców. Bynajmniej. Dziewczęta też chcą takiej samej WIELKIEJ GRY PRZYGODOWEJ. Ktoś powie, że z punktu widzenia drużynowej/drużynowego zorganizowanie tego typu wielkiej gry to nie lada wyzwanie. Być może. Ale pamiętam, że odkąd Bartek opowiedział mi w 1992 lub 93 o „zdobywaniu Bastylii” i pokazał te zdjęcia z obozu swojej drużyny z Francuzami z 1991, gdy jego ekipa logistyczna zbierała chłopaków z pola śpiących jak worki kartofli na wóz drabiniasty po całej nocy spędzonej na wielkiej grze, to od tej pory już nie umiałem robić innych gier po prostu. A potem jak Puławiacy zrobili wielką grę o Św. Fagocytozie, to było jakbyśmy przeskoczyli do Ligi Mistrzów. Jasne, że tam chodzi o więcej niż tylko „hurra!! Zdobywamy Bastylię”, jest w grze cała nasza pedagogika zastępu, techniki, prawo harcerskie, jakaś myśl odpowiadająca autentycznym oczekiwaniom dziewczyny i chłopca, a nie oczekiwaniom szefowych i szefów, i wszystko, co chcecie. No, ale przede wszystkim jest REALNA PRZYGODA.

No więc, to ja chyba tyle w tym tekście chciałem ująć. Całkiem krótko wyszło, musicie przyznać.

1 komentarz :

  1. "Ja przypomnę, bo może ktoś nie pamiętać, ale w naszym ruchu myśmy skończyli z grami „po punktach” 20 lat temu, jak z wypiekami na twarzy słuchaliśmy Bartka Mleczki, który nam opowiadał, jakie gry przygodowo-fabularne przeżył u Skautów Europy we Francji"

    No właśnie. To może, by Bartosz Mleczko jeszcze raz opowiedział w szerszym gronie? Albo w węższym, żeby później, przez Internet, grono poszerzyć? A może Ty opowiesz, Zbyszku? Żebyśmy czuli, że "nie możemy już więcej robić gier po punktach". Bo przecież zaczyna się coś zmieniać w głowie od tego, że ktoś opowiada, jak było super, opowiada o swojej przygodzie. A tu, w internetach tylko jakieś dumanie, pedagogika, ideały, a gdzie nam ktoś opowie swoją przygodę gry....? Takich opowieści to ze świeczką w ręku szukać... Nie opowiadać, że, co to dało dziewczynom/chłopakom, tylko normalnie, tak jak się opowiada po powrocie do domu: tu biegali, tu się czaili, potem tamto, a na koniec wszyscy coś tam, a ten Wojtek w międzyczasie zgubił coś tam! Tak, żebyśmy słuchali/czytali z wypiekami i "nareszcie skumali o co chodzi". Może ktoś rzuci na nas iskrę przygodą i tym zainspiruje, rozpali, to dalej nie będzie trzeba przekonywać? "Bo co z tego, że metodyka jest", jak REALNĄ PRZYGODĄ nikt nie chce się dzielić. A w dodatku, to trochę się zrobił taki ważny punkt w naszej Skautowej historii, te Harce, kiedy załapaliście, co to przygoda, można by się podzielić.
    (Oczywiście za opisanie Twoich harcerskich przygód bardzo dziękuję, Zbyszku, ale Harców chyba tam nie opisywałeś? Albo coś mi umknęło. Jeśli moje zarzuty są nieprawdziwe, to czekam na informacje i ucieszę się niezmiernie.)

    OdpowiedzUsuń