21 kwietnia 2015

Jakość, czy ilość, czyli jedno i drugie


Jak wiecie jest nas już prawie 4 tysiące, a może nawet trochę więcej. Od września powstało w całej Polsce ponad 30 gromad wilczków! Nie wiem w ilu miejscowościach są jednostki Skautów Europy, jakiś czas temu było to ok. 70, teraz pewnie już ok. setki. To jest absolutnie niesamowite, jest to jakiś dar od Pana Boga i w ogóle nie posiadamy się ze szczęścia i radości.

Od czasu do czasu przychodzi jednak refleksja, czy raczej obawa. Czy to nie za dużo? I co z jakością naszego wychowania? Co z jakością szefowych i szefów? Etc. Wiadomo, stary dylemat, ilość czy jakość. Myślę, że każdy bardzo szybko zrozumie, że jest to dylemat fałszywy. Niby na jakiej zasadzie mała ilość miałby automatycznie gwarantować jakość? Niby dlaczego nie dałoby się połączyć ilości z jakością? Co więcej, często ilość poprawia jakość, bo przychodzi więcej dobrych i ciekawszych ludzi, którzy są lepsi od nas po prostu. Oczywiście, jest możliwa odwrotna sytuacja, że nagle bierze się kogo popadnie i wtedy ilość staje się obciążeniem. W każdym razie mam nadzieję, ze rozumiemy, że kwestie jakości i ilości nie są ze sobą automatycznie powiązane. Ani mała ilość nie gwarantuje jakości ani wielka ilość nie musi psuć jakości. Wszystko zależy od tego kim konkretnie są ci nowi ludzie, innymi słowy, przepraszam za sformułowanie, jaką jakość ma ta wielka ilość.

Być może ktoś nie zauważył, że od kilku lat, wraz z rozwojem liczebnym, wzrosła ilość ( i mam nadzieję, że również jakość J) rozmaitych szkoleń i kursów. Przede wszystkim obozów szkoleniowych, które są najważniejszych narzędziem formacji pedagogicznej w ruchu skautowym. Od kilku lat mamy tzw. śródroczne obozy szkoleniowe żółtej gałęzi, tak u dziewczyn, jak u chłopaków. Mniej więcej co dwa lata wychodzi nam też wiosenny obóz szkoleniowy zielony chłopaków. Do tego dochodzą tradycyjne obozy sierpniowe.

Wszystkie te obozy są dramatycznie przepełnione. Ludzie garną się do szkoleń. Kiedy jakiś czas temu Centrum Rozwoju, czyli ten nasz ogólnopolski hufiec, który stara się docierać wszędzie tam, gdzie nie docierają hufce istniejące, robił przegląd potrzeb szkoleniowych, okazało się, że 99% szefów prowadzących nowe jednostki jest po obozach szkoleniowych. Powiecie, a co z tym 1%? Aaaaa, to nasza słodka tajemnica rozwojowa. Czasem „nos” podpowiada, zdarza się to bardzo rzadko, ale się zdarza, że warto, by dana osoba ruszyła nawet bez obozu szkoleniowego. Skąd mamy taki nos? Jak się zaczniecie zajmować rozwojem na swoim terenie, czy w ramach Centrum Rozwoju to szybko zrozumiecie. Są talenty po prostu. Orły nie wchodzą po schodach. Wyczucie indywidualnej sytuacji jest daleko ważniejsze niż jakiekolwiek schematy, które przecież mają wyłącznie pomagać, a nie krępować. Szabat dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu.

Ludzie się garną do szkoleń. Co więcej, zaczęliśmy robić więcej szkoleń małych oraz szkoleń nie tylko pedagogicznych, ale również technicznych. Co roku odbywają się spotkanie ABC Skautingu przeznaczone dla dorosłych, głównie dla rodziców. Odbyły się w Warszawie, ale także lokalnie, w Łodzi, Krakowie i Wrocławiu. Zawsze jest na nich od 15 do 30 osób. To naprawdę niesamowite, że 20 dorosłych, często zapracowanych rodziców z kilkorgiem dzieci, jest tak zmotywowanych, by poświęcić całą sobotę na słuchanie o pedagogice wszystkich gałęzi, o organizacji i rozwoju, o tym, czy skauting, jest czym nie, o jego historii, etc.

Robert Fedorowicz organizuje co roku szkolenia na kierowników placówki wypoczynku. Ostatnio również kurs pierwszej pomocy oraz kurs przewodnika spływów kajakowych. Również na tych szkoleniach technicznych są tłumy.

Nowym pomysłem są też jednodniowe szkolenia z danej gałęzi. Na razie wilczkowe. Odbyły się w tym roku trzy w Ząbkach, Sopocie i Słupsku. Jest to takie pierwsze zapoznanie się z pedagogiką wilczków. Częściowo spełniają funkcję ABC, czyli w ogóle pierwszego kontaktu, a częściowo pierwszego przygotowania i przekonania (zmotywowania) do podjęcia decyzji o zaangażowaniu się w prace z wilczkami. Te jednodniowe szkolenia są bardzo pomocne, bowiem one ułatwiają wielu ludziom podjęcie takiej decyzji. Łatwiej jest się zdecydować na spędzenie jednej soboty na szkoleniu, zwykle organizowanych niedaleko miejsca zamieszkania niż od razu decydować się na udział w tygodniowym obozie szkoleniowym na drugim końcu Polski. Mamy po prostu często osoby chętne, ale z obawami. I to jest absolutnie oczywiste, bo przyznajmy, że jeśli ktoś ma 24 lata lub więcej, to normalnie myśli o pracy, założeniu rodziny, etc, a nie o angażowaniu się w skauting, w którym nigdy nie byli i z którym nie wiążą go więzy emocjonalne, które przecież najczęściej decydują o zaangażowaniu szefów i przełamywaniu różnych trudności. To spada na nich nagle, jako coś nieoczekiwanego, fascynującego, ale wciąż przecież nieco kosmicznego i zamiast wymagać od nich 2-letniego MBA ze skautingu musimy zwyczajnie wziąć ich za rękę i z wyobraźnią, taktem, delikatnością pokazać, zobacz to jest proste, potrafisz. 


To jest też część tego, co nazywamy „pedagogiką rozwoju”, czyli umiejętnością wyczucia sytuacji osób dorosłych, mogących zaangażować się w naszym ruchu jako szefowie. Często się zdarza, że osobom takim proponuje się scenariusze nierealistyczne i nieadekwatne do ich sytuacji życiowej, więc łatwo je zniechęcić. Tymczasem trzeba być bardzo elastycznym i dostosować się do każdego. Nie działać według jednej sztancy. W szczególności należy z dużym szacunkiem podchodzić do kwestii odległości. Np. wiemy, jak dobrą rzeczą jest, gdy nasi kandydaci do pracy z daną gałęzią, podpatrzą sobie zbiórkę gromady, czy drużyny lub wezmą udział w wędrówce. No tak, ale co jest realne w Warszawie, Wrocławiu, czy Lublinie i okolicach, niestety zwykle nie jest, jeśli chodzi o Szczecin, Gdańsk, Rzeszów. Stąd wysiłek organizowania tych szkoleń przygotowawczych, które nie zwalniają z obozów szkoleniowych, niedaleko miejsca zamieszkania zainteresowanych, tak jak ostatnio w Sopocie i Słupsku. Warto też pamiętać o tym, że czasem, powtarzam czasem, obóz szkoleniowy nie jest najlepszym pomysłem na "pierwszy kontakt", bo to za głęboka woda, wszystko zbyt teoretyczne, jak wcześniej oni zaczną już pracować z młodymi na podstawie indywidualnego przygotowania pilotowanego przez hufcowego, to na tym obozie szkoleniowym będą lepiej rozumieć, co się do nich mówi. A więc z nowymi ludźmi postępujmy "pedagogicznie", wówczas ich zachęcimy. Nie zniechęcajmy ich sztywnymi wymogami formalnymi, bo nie przyjdą. Oni mają co robić w życiu.

Równolegle z tymi działaniami, organizujemy wędrówki dla tych naszych dorosłych kandydatów, tak by mogli oni posmakować nieco stylu wędrowniczego. Takie wędrówki odbyły się w okolicach Olsztyna, Słupska, Białegostoku.

Wspomnieć należy też o warsztatach muzycznych i o warsztatach ekspresji. One też szalenie pomagają nam podnieść "jakość".

Organizowaliśmy też warsztaty dla szczepowych. Ostatnio nie było, ale prawdopodobnie dlatego, że wzięli to na siebie bardziej skutecznie sami hufcowi.

W ogóle, ja strasznie bym chciał, żeby hufcowi mogli i robili więcej, jeśli chodzi o szkolenia. Żeby mieli takie swoje hufcowe „legwany”, „watahy”, żeby organizowali więcej szkoleń jednodniowych dla ludzi nowych, etc. Nie sami, ale ich szefowie jednostek, którzy w ten sposób będą nabywać doświadczenia szkoleniowego. Żeby na poziomie hufców tworzyć potencjał szkoleniowy, by być przygotowanym do organizowania nie dwóch, ale kilkunastu obozów szkoleniowych każdej gałęzi każdego roku.

W każdym razie staramy się szybko rozeznać, czy mamy do czynienia z osobami poważnymi, jaka jest ich osobista sytuacja i nie zarzucić ich tysiącem wymagań, ale pomagać im stopniowo przygotować się do założenia nowej jednostki, używając tych narzędzi wyżej opisanych i tych nieopisanych, które zwykle polegają na godzinach rozmów osobistych lub przez telefon.

Dziewczyny wymyśliły, że zrobią sieć „Pomocnych Łapek”, czyli Akel, które będą pomagać korespondencyjnie nowym Akelom, zaczynającym dopiero pracę z wilczkami. W ten sposób żadna nowa Akela nie czuje się osamotniona. Dysponuje przysłowiowym „telefonem do przyjaciela”.


Ilość szkoleń, ilość osób zaangażowanych w szkolenia i w nich uczestniczących powodują, że możemy być spokojni o to, czy rozwój liczebny idzie w parze z jakością. Jasne, że czasem nam się omsknie coś. A jak nie było takiego rozwoju, to nam się nie omsknęło? A w starych środowiskach to nie mamy problemu z „patologiami” i z jakością?

Czy ten rozwój nie spowoduje, że będziemy mieć mniej szefów/szefowych, żeby utrzymać istniejące jednostki? To pytanie jest słabe, bo zakłada, że gdzieś odbywa się jakiś nielegalny „eksport”. Jedną z najważniejszych rzeczy, którą się nauczyliśmy przez te lata było taktowne wymaganie, by to lokalne tworzące się środowisko znalazło kandydatów na szefów, by ruszył się proboszcz, rodzice, żeby znaleźć chętnych studentów, a jak nie to rodziców.

A tak ogólnie, czy nie zabraknie nam szefów? Przypomnę, że szefów to nam brakowało również wtedy, gdy nas było 1000 osób. Ponadto, jak porozmawiacie z Francuzami, których jest 30 tysięcy i są tam od 60 lat, to tez wam powiedzą, że u nich głównym problemem to brak szefów. To taka przypadłość po prostu w tego rodzaju działalności, jak nasza, taki stan permanentny, które nie ma nic wspólnego z tym ilu nas jest. Poza tym warto pamiętać, jak wielką rolę motywacyjną w starych środowiskach w stosunku do starych, czasem zblazowanych szefów i szefowych, odgrywają ludzie nowi, ich równolatkowie, który nie będąc nigdy w skautingu teraz z zapałem go odkrywają i chcą być szefami. Powiem tak, drogi hufcowy, droga hufcowo, jak masz problem motywacyjny ze swoim starymi szefami/szefowymi, jak ci upada stare środowisko, to zrób NOWE! Znajdź nowych ludzi, pójdź do liceum, na ambonę. Nie kiś się. Zobaczysz, jak wszystko się zmieni i wszystkie stare jednostki staną ponownie na nogach. Zobaczysz, jak ci starzy, zblazowani dostaną nowej motywacji. Myślę, że hufcowi już wiedzą, że rozwój jest najlepszym lekarstwem na bolączki. Zamiast się kisić i biadolić, że stare nam upada, ruszamy do ofensywy. Najlepszą obroną jest atak. Tak zrobili w Garwolinie i uratowali środowisko. 

Czy ktoś nad tym panuje? Czy te wszystkie  nowe jednostki nie powstają w wyniku jakiejś dzikiej „wolnej amerykanki”? Czy ktoś gwarantuje, że nie będzie patologii?
Tak, ktoś nad tym panuje. Hufcowi lub Centrum Rozwoju. Nie słyszałem o żadnej „dzikiej” jednostce. To, że nie panuje nad tym namiestnik, namiestniczka lub naczelnicy, to inna sprawa, bo to po prostu nie jest ich kompetencja, to zadanie hufcowych i Centrum Rozwoju. Często proces tworzenia jednostki jest długi i hufcowi i Centrum Rozwoju uważają, by włączenie jej w cały obieg życia (i wymagań) danej gałęzi animowanej przez namiestników odbyło się łagodnie i z wyczuciem, tak, by „nie zdmuchnąć knotka o nikłym płomyku”.

Inna rzecz, że ja to marzę o takiej chwili, gdy nagle zacznie powstawać w wielu miejscach mnóstwo „dzikich” jednostek i że zaczną się do nas zgłaszać: „przeczytaliśmy wszystkie materiały, Ceremoniał, umundurowaliśmy się, mamy zbiórki, działamy”. A teraz przyszli w końcu i się ujawniają. To by świadczyło o tym, że jesteśmy tak niesamowitym fenomenem, że wszyscy chcą pracować z dziećmi naszą pedagogiką. Marzę o tym i nie chce słuchać tych wszystkich, którzy mają z tym jakieś problemy formalne. Apostołowie nie mieli problemów formalnych. To ci pochodzący z judaizmu je mieli i stawiali wobec nowych jakieś problemy formalne. 

Przykład: w listopadzie prowadziliśmy w Krakowie ABC i tam przyszło kilka salezjanów. Ja do nich, że wspaniale i w ogóle, ale trochę niespodzianka, bo zwykle salezjanie pracowaliście z inną organizacją. Oni tak, tak, ale tam często w stosunku do dorosłych takich jak my, jest tyle "wymogów formalnych", "zaliczania" prób na stopnie (jak zrozumiałem "harcerskie", była mowa chyba o ćwiku, jeśli dobrze pamiętam) i w ogóle, że moment praktycznej pracy apostolskiej z młodymi oddala się tak bardzo, a u was słyszeliśmy, że jest bardziej elastycznie i życiowo. Pierwszy zwinę manatki, jeśli miałoby do czegoś takiego dojść u nas w imię źle rozumianej "jakości". Jeśli cała para miałby pójść w "wiązanie ciężarów nie do uniesienia", a nie w radosną pracę apostolską.

Czy mimo to, nie popełniamy z tym rozwojem błędów? Ależ oczywiście, że popełniamy. Mimo takiego wysiłku szkoleniowego, wysiłku i czasu poświęconego indywidualnie, by tych wszystkich ludzi poznać, mimo tych wyjeżdżonych kilometrów, mimo tego „nosa”, który kolejne nowe doświadczenia pomagają nam lepiej kształtować, jasne jest, że możemy popełnić błąd. Ale nie jest to jakościowo różny błąd od tego, który popełniają zwykle hufcowi w „starych hufcach” w odniesieniu do „starych jednostek”. Bierze się błąd na klatę i sprawę rozwiązuje, rozmawia z zainteresowanymi, wyjaśnia, komuś czasem dziękuje. Nie zapominajmy, że wszystkie nasze nowe jednostki powstają przy parafiach, za wiedzą i zgodą, a nawet częstym osobistym zaangażowaniem proboszcza i księży, że od początku komunikujemy z rodzicami. A zatem ta nasza nowa jednostka to nie jest jakaś wyizolowana grupa nastolatków na czele z psychopatą, którego nikt nie kontroluje. Tak księża jak rodzice są na tyle blisko, że szybko mogą zareagować, jeśli się okaże, że osoba, której zaufaliśmy na to zaufanie nie zasługiwała. To też jeden z argumentów, dlaczego pracujemy w ścisłym kontakcie z rodzicami. To zwyczajnie uniemożliwia dziwne, niepedagogiczne pomysły nawiedzonego szefa. Zwykle też pierwszy obóz ta nowa jednostka odbywa z kimś bardziej doświadczonym, często ze względu na brak uprawnień kierownika.


Czy to się utrzyma? Czy te nowe jednostki przetrwają? Czy umiemy nie tylko zakładać, ale również „utrzymać przy życiu”? Jak to w życiu. Czasem tak, czasem nie. Czasem się uda, czasem się nie uda. Nieraz było wiele winy po naszej stronie. Nie ogarnialiśmy. Myślę, że od pewnego czasu nauczyliśmy się to robić lepiej. Świadczą o tym przejechane kilometry i ilość spotkań osobistych. Pamiętać tez musimy, że nowe środowiska nie mogą żyć „na kroplówce”, muszę same stanąć na nogi, mieć własnych szefów, którzy zajmą się zapewnieniem ciągłości lokalnego środowiska, które powołali.

Czy muszą przychodzić nowi na szefów? Czy nie powinniśmy wychowywać więcej szefów/szefowych z tych, którzy przeszli całą drogę harcerską? Jasne, że tak. Ale pamiętajmy, że z drużyny, czyli z 20-25 osób jak mamy średnio 4-5 osób, które zostaną szefami (szefami jednostek lub przybocznymi), to to jest niezły rezultat. Nie każdy harcerz, nie każda harcerka będzie szefem/szefową. To proste. Najczęściej jest tak, że cieszymy się, że mamy jednego następcę, no i jeszcze przybocznego dla niego. A co dopiero, jak nam się zdarzy 4-5 szefów, z których połowę możemy „eksportować” i się pączkować do nowej parafii. W Radomiu z pierwszej drużyny założonej przez Tomka Szydło w 1986 r wyszło nas czterech, którzy założyli drużyny plus kolejnych 4-5, którzy pomagali jako stali przyboczni lub tylko podczas obozów. Niezły rezultat, jak na robotnicze osiedle XV-lecia PRL. Widziałem gdzieś sytuację, gdzie z jednej drużyny (czy środowiska, bo tam była najpierw fajna ekipa młodych, a potem drużyna) wyszło 10 szefów jednostek. Absolutny rekord. Po prostu niesamowite. Ale powtarzam, najczęściej nasze trwałe owoce to będzie 4-5 ludzi, z których w dodatku 2-3 zafunkcjonuje jako szefowie tylko przez 2-3 lata, a potem odejdzie.

Rozmawiałem o tym ostatnio na Białorusi z Pawłem Hrakowiczem, naczelnikiem tamtejszym. On się zastanawiał właśnie na temat tych owoców. Ilu chłopaków z drużyny zostanie? Tylko jeden, dwóch, trzech? To dla kogo to robimy? Czy warto? No, a dla tych 20 pozostałych, którzy odeszli, to nie? To my mamy być jakimiś właścicielami tych ludzi, żeby przesądzać o ostatecznych efektach naszych starań? Cieszymy się ze wszystkich dwudziestu, modlimy się i staramy, żeby mieć 4-5, z których ktoś zostanie moim następcą, a ktoś pójdzie zakładać nową jednostkę do nowej parafii. To mało? A poza tym, to kwestia pokoleniowa. Ktoś założył środowisko, które istnieje już 20-30 lat, a więc jego owoce to nie tylko tych czterech, pięciu, którzy zostali szefami, ale już dwa pokolenia, licząc po 15 lat! Czyż to nie jest wspaniałe?

Skauting daje nam narzędzie kształtowania rzeczywistości wokół siebie. Nie tylko w naszym pokoleniu, ale również na przestrzeni lat. Pomyślcie tylko: założyliście środowisko, które istnieje już 30 lat albo byliście przez kilka lat jego szefową/szefem? Albo sytuacja odwrotna:  założyliście środowisko i ono po was nie przetrwało. No dobra, trochę szkoda. Ale co z tego, jak z tego środowiska wyszło dwóch księży, kilku szefów? To co? Nie warto było? No przecież jasne, że warto. Zawsze warto robić coś niż nic. My strzelamy, Pan Bóg kule nosi. My podlewamy, Pan Bóg daje wzrost.

Tak samo jest ze ”strategiami rozwojowymi”. Mamy jakieś tam strategie, ale co najwyżej zaczynamy tylko działać wg nich, potem zawsze się okazuje, że życie jest bogatsze, że podpowiada inaczej, że chcieliśmy tu, a wyszło nam gdzie indziej i to o wiele lepiej niż byśmy oczekiwali. Nie jesteśmy korporacją, żeby się trzymać nieżyciowych strategii. Życie zaskakuje. Pan Bóg zaskakuje. Więc owszem, jakieś ogólne parametry, jakaś „strategia”, na początku, bo przecież od czegoś trzeba zaczynać. Ale bez nadmiernego przywiązania i z otwarciem na to, co przynosi życie. Robiliśmy spotkania w liceach, nie przyszedł nikt. Ale to tak podniosło temperaturę wokół, że owoce przyszły gdzie indziej i inaczej niż żeśmy się spodziewali. Nie było warto? No jasne, że było. Wszystko warto.

Więc uwaga na nieżyciowość. Ile razy w ciągu ostatnich 25 lat słyszałem, że najlepiej to zaczynać tak, żeby utworzyć krąg młodych wędrowników i z nich wychować szefów. Ok, to proszę to zrobić. Proszę mi pokazać w ilu miejscach tak wyszło. Nie można przez 25 lat powtarzać niezweryfikowanych przez życie, pięknych teorii, które rzadko się urzeczywistniają i nie otworzyć oczu na rzeczywistość wokół i wyobrazić sobie innych sposobów. Nie można tkwić w schematach, które się chętnie powtarza, ale samemu nigdy się nie ruszyło, żeby pokazać, czy to działa. Żeby było jasne, ja twierdzę, że to działa, ten krąg młodych, tylko nieczęsto się do tego zabieraliśmy, a jeszcze częściej to nie wychodziło po prostu. Wyszło w Garwolinie i chwała im za to. Być może w innych miejscach też. Chodzi mi o to, by nie przywiązywać się do jednego schematu, tylko mieć "oczy i uszy otwarte".

Nie ma jednego modelu rozwoju. Robimy po prostu to, co w danej chwili jest możliwe, to co nam wychodzi. Mieliśmy "strategię", żeby zacząć od kręgu młodych, czyli "od góry". Ale nie wyszło, nie znaleźliśmy ludzi, mimo, że mieliśmy szefa. To się bierzemy za to, co nam wyjdzie. Wyszły wilczki i samodzielny zastęp, czyli "od dołu". Nie można mówić, że nie zaczynamy wilczków bez drużyny lub samodzielnego zastępu. Oczywiście, że zaczynamy, starając się też od razu o zieloną gałąź, ale fakt, że nam to nie wychodzi nie może być argumentem za tym, by nie robić wilczków. Ale gdzie oni potem pójdą? Nie wiem. Czyż nie jest warto, żeby przez kilka lat te dzieci przeżyły chociaż przygodę wilczkową, skoro są do tego szefowie gdzieś tam daleko stąd i chcą to robić? Ale nie obawiajmy się, wytworzy się naturalne ciśnienie, żeby jakoś gałąź zielona powstała. Etc, etc... moglibyśmy tu mnożyć przykłady tzw. "strategii", które nie wytrzymują próby rzeczywistości. Najważniejsze to nie marnować energii osób, które chcą się zaangażować jako szefowie i korzystać natychmiast ze sprzyjających okoliczności i zapału. To, że nam wychodzi gromada plus samodzielny zastęp nie oznacza, że nie stajemy na głowie, żeby od razu znaleźć kandydatów na drużynowych i założyć drużynę od zera. Udało się to w wielu miejscach. Udało się też w jednym co najmniej miejscu od razu uruchomić drużynę i ognisko młodych, bez wilczków. Scenariuszy jest mnóstwo, jesteśmy elastyczni, odpowiadamy na naturalne zapotrzebowania ludzi nowych, którzy przychodzą i sytuację ich lokalnego środowiska.

Otworzyć oczy na rzeczywistość. Wyobrazić sobie, że jest możliwe, by 20-letnia dziewczyna po lekturze ceremoniału, a bez obozu szkoleniowego, potrafiła bardzo dobrze poprowadzić drużynę, w dodatku robiąc pewne rzeczy bardziej pedagogicznie niż stare drużynowe, co się zdarzyło tuż obok nas…. Wyobrazić sobie, że jest możliwe, by nagle zebrać w jednym mieście aż 16 osób chętnych od zaraz, by zakładać gromady wilczków, co się zdarzyło Ojcu Rafałowi Dudkowi w Słupsku i okolicach. Warto wyobrazić sobie wiele rzeczy, a nie powtarzać, że „ja sobie tego nie wyobrażam, żeby osoba, która nie przeszła całej drogi harcerskiej...”. Może się okazać, że bardzo mało sobie wyobrażasz, że masz swój zamknięty schematyczny świat, który unieszczęśliwia i ciebie i ludzi wokół ciebie. Taka też jest wartość naszego rozwoju dziś. Że nas otwiera, że sobie więcej wyobrażamy, że nie jesteśmy małą „sektą”, kliką zawsze tych samych lubiących się i doskonale rozumiejących, ale spijających sobie nawzajem z dzióbków i adorujących. Że jesteśmy środowiskiem otwartym, odważnym, apostolskim, ZDROWYM, które potrafi podjąć wspólnie trudne wyzwanie, piękne wyzwanie i mu podołać. Że "nie wiążemy ciężarów nie do uniesienia". Że nie jesteśmy "związkiem zawodowym" starych harcerzy kombatantów, korporacją "instruktorów", ZBOWiD-em, tylko poważnymi dorosłymi ludźmi, dojrzałymi chrześcijanami, którzy do serca wzięli sobie słowa Jana Pawła II, że to do młodych należy przyszłość i stajemy w pierwszej linii, by bić się o kolejne pokolenia młodych ludzi, a nie zamykać w kręgu starych znajomości i celebrować chwalebną przeszłość, nawet jeśli jest ona chwalebna przecież. Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam? Tylko trzeba odrobinę odwagi i wyobraźni. Nie aż tak wiele. Odrobinę.

No dobra, spoko, jasne, że często nie ogarniamy, więc też możemy tego pedagogicznie nie udźwignąć, w sensie nie nadać odpowiedniego ducha i stylu skautowego naszym jednostkom. To nasze wielkie wspólne zadanie. Ono przypada tradycyjnie w większym stopniu namiestnikom, to najczęściej ku nim hufcowi wznoszą tęsknie oczy w poszukiwaniu pomocy, czy ogólnie w górę. Stąd taka waga namiestników w naszym ruchu, którzy mają tryskać świeżością, ciekawymi pomysłami, animować Gniazdo, Dżunglę, obozy szkoleniowe, Harce Majowe, czy Wielkie Łowy. Stąd znaczenie wydawnictw takich jak Skautorama. Przydałoby się wciąż więcej publikacji. Więcej grafiki, np. komiksów i ogólnie rysunków, które by mogły oddziaływać na wyobraźnię. Ale też książek przygodowych, skautowych i nie. Ja napisałem powieść ze skautingiem w tle, mam nadzieję, że w tym roku zostanie wydana i jakoś ogólnie się przyczyni do podniesienia temperatury. Odbywa się co roku Forum Młodych, niesamowita okazja formacyjna dla młodych, które jak sami wiecie przyciąga prawie pół tysiąca młodych. Rekolekcje organizowane przez ogniska i kręgi, zwykle z okazji Wielkiego Postu, również cieszą się ogromną popularnością. To wszystko pomaga w tym, co określamy „jakością”.

Myślę, że wszyscy jesteśmy pod wielkim wrażeniem tego, co przeżywamy od mniej więcej 5 lat. Nie straciliśmy na jakości. Jeśli ktoś nie jest o tym przekonany, to zachęcam do wybrania się na zbiórkę jakiejkolwiek nowej jednostki albo na takie szkolenie, jakie mieliśmy w Słupsku 11 kwietnia. Dobrym pomysłem będzie również zgłoszenie się do pomocy przy szkoleniach lub nawet zaproponowanie zorganizowania jakiegoś potrzebnego szkolenia.

Jak wielką wagę przywiązujemy do szkoleń świadczy np. fakt, że wiosennego Adalbertusa, który zaczyna się za chwilę w Błotnicy robimy nawet dla ("tylko") 10 uczestników.

Jasne, że większość naszych nowych jednostek dopiero się rozpędza. Zwykle potrzeba dwóch lat, żeby nadać jednostce dobry styl i ducha. Myślę, że wiele naszych nowych jednostek dokonuje tego wcześniej. Są jak smoki, które od razu, gdy się rodzą, zieją ogniem. Poza tym każdy kiedyś musi zacząć i trzeba mu dać czas. Jednocześnie wejście tych nowych, motywuje starych. I tak to się kręci.

Pamiętajmy też o tym, że liczby, o których mówimy, czyli 6 tysięcy w 2020 lub tak docelowo prawdopodobnie 15-20 tysięcy, to nie są liczby oszałamiające. To nie są liczby, które by same przez się oznaczały jakąś tragedię "jakościową". Sto tysięcy pewnie już tak. Maurice Ollier mówił, że we Francji maksymalna liczba, żeby utrzymać się w tym duchu i stylu to pewnie ok. 40 tys. Więc w Polsce być może to jest 20 tysięcy lub coś koło tego. A zatem my nie chcemy być z definicji ruchem masowym. Nigdy to nie było naszym celem rozwojowym. 20 tysięcy to nie jest ruch masowy. Te nasz słynne "6 tysięcy" to nie jest jakaś imponująca ilość, na tyle, żeby nam się zapalała ostrzegawcza lampka. Rytm, w jakim rośniemy również jest zdrowy i zrównoważony. O tym, że rozwój jest zdrowy przesądza to, że rosną głównie stare środowiska, czyli to stare środowiska pączkują i jest to informacja najlepsza z możliwych, bo większość nowych środowisk powstaje w bliskiej odległości i w kontakcie ze starymi. Czyli są zachowane dobre proporcje, jeśli idzie o ilość nowych jednostek związanych ze starymi hufcami, a ilość nowych jednostek Centrum Rozwoju. To naprawdę wielka sprawa, że to tak zdrowo rośnie. Stąd te 30 nowych gromad wilczków niech nie będą dla nas powodem bicia na alarm. Po prostu proporcje są coraz korzystniejsze, co oznacza, że zdrowy rozwój przy 6 tysiącach, będzie oznaczał już nie 30 gromad, ale np. 60 gromad rocznie. 

Wysiłek rozwoju ilościowego koresponduje z wysiłkiem szkoleniowym. Osoby nowe, które przychodzą są często lepsze od nas, potrzebują tylko chwili, żeby się doszkolić pedagogicznie. Całe szczęście, że tak jest. Dopiero, gdyby było inaczej, mielibyśmy powody do obaw. Myśląc o ilość i jakości, pamiętajmy, że Pan Jezus nie zwalnia nas ani z jednego ani z drugiego: "i to należało czynić i tamtego nie opuszczać". 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz