29 maja 2015

Fragment powieści (drugiej)

Myślę, że mogę to już napisać, że pierwsza powieść, o której pisałem tu http://zbigniewminda.blogspot.com/2014/09/jest-powiesc.html, będzie wydana w poważnym wydawnictwie pod koniec tego roku. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi na to wskazują, że będzie jak raz na prezent na gwiazdkę. Choć wiadomo, że różnie może być. Nie chcę jeszcze publikować fragmentów. Ponieważ zacząłem pisać drugą powieść, która ma już ponad 150 tys znaków (dla porównania pierwsza w wersji pełnej ma 730 tys, a w wersji skróconej 550 tys), to pomyślałem, że opublikuję początek tej drugiej. Nie zdradzam tytułów ani jednej ani drugiej, bo to też różnie może być. W każdym razie to taki balon próbny, ciekawe, czy się Wam spodoba. Bohaterem jest Karol, lat 15, a akcja dzieje się w Radomiu. Ma się rozumieć. Na zdjęciu ulica Kusocińskiego na osiedlu XV-lecia w Radomiu z lat PRL-u. Ale powieść jest współczesna, dzieje się w 2008 r.


Siedzieli na murku, który wzmacniał fundamenty bloku i oddzielał go od lekkiego spadku terenu, stanowiącego dolinkę Potoku Północnego. Zmęczeni grą w piłkę, patrzyli, już to bezmyślnie, już to zauroczeni, tam gdzie zachodzące słońce tworzyło pomarańczowy tunel z alei biegnącej wzdłuż „Konopei”, jak nazywali liceum im. Konopnickiej, w kierunku ulicy Warszawskiej. Niby łatwo się domyśleć, co myśli piętnastolatek w ostatnim dniu wakacji, ale ani ich twarze ani rozmowa nie zdradzały w tej chwili ani nostalgii za mijającym latem ani zniechęcenia tym, co miało nadejść jutro. Wiatr ucichł zupełnie, w powietrzu czuć było nadchodzącą jesień, zrobiło się już nieco chłodniej, ale siedzieli spoceni w samych podkoszulkach i spodenkach. Grali dziś na łące koło starej masarni. Łąkę nazywali „Wembley”. Oczywiście wypada tu od razu dodać, że było to w czasach, gdy jeszcze nie zbudowano tam galerii handlowej i osiedla mieszkaniowego, a stary stadion Czarnych wciąż przyciągał urokiem zaniedbania i opuszczenia, przywołując dawne czasy. Przegrali ze „Świstakami” z Chrobrego i być może dlatego teraz milczeli. Inna sprawa, że z nimi zawsze przegrywali, więc nie było to nic nowego. Niemniej jednak porażka, jak każda porażka, bolała, co jest jak najbardziej zrozumiałe w podwórkowym świecie, w którym wygrywanie w piłkę jest głównym źródłem prestiżu społecznego. Nawet jeśli z góry wiedzieli, że przegrają, bo przecież z bandą braci Świstaków nie można było wygrać, to jednak chłopięca duma była zraniona. Również duma ich podwórka, chłopaków z Kusocińskiego 12 i Chrobrego 10 na osiedlu „Piętnastolecia”.
- Ej, a w ogóle to ktoś wie, dlaczego to się nazywa „Piętnastolecie”? – zagadnął kiedyś naiwnie długi i suchy Rysiek, gdy podobnie jak teraz siedzieli wieczorem na murku.
- Ojej, ty to młody masz problemy – odparł znudzony wysoki i ciemnowłosy Rafał. Miał 16 lat i uznał, że może sobie pozwolić na odrobinę protekcjonizmu wobec młodszego o dwa lata kolegi.
- Ale wiesz, czy nie? – nalegał tamten, który mimo różnicy wieku zdobył sobie miejsce w bandzie dobrą grą w piłkę. Rafał wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć „znajdź sobie lepszy temat”.
- Piętnastolecia PRL – odezwał się Karol, szczupły blondyn, piętnastolatek.
- Czego? – dopytywał się z zaskoczoną miną Rysiek.
- Boże, stary, jak ty dziś zamulasz – zniecierpliwił się na dobre Rafał, po czym po swojemu, używając słów, których nie wypada tu przytaczać dosłownie, zinterpretował skrót PRL.
- Rafał, odzywaj się – skarcił go ostro Edmund, starszy brat Karola, wyjątkowo obecny wśród nich tego dnia na murku. Miał nad nimi kilka lat przewagi, więc nie bał się jej od czasu do czasu używać.
- Ojej… - jęknął tylko cicho, zgaszony tą interwencją i choć miał na końcu języka coś na odczepkę, to dla spokoju odpuścił.
- A dlaczego „Piętnastolecia”? - niezrażony Rysiek kontynuował swoje dociekania.
- Bo zbudowali 15 lat po wojnie. – znów odezwał się Karol.
- Świstaki są z „Piętnastolecia”? - kontynuował tamten, a Rafał w geście rozpaczy wstał i zszedł po schodkach na małą łączkę po drugiej stronie chodnika, za murkiem i zaczął kopać piłkę.
- Moim zdaniem „Piętnastolecie” zaczyna się na Potoku Północnym.
- To Świstaki nie są z „Piętnastolecia”?
- Nie.
- To kościół też nie jest na „Piętnastoleciu”?
- Nie wiem, chyba jest. To wszystko chyba umowne jest.
- Ej, a oni mają na nazwisko Świstak? – całe szczęście, że nie słyszał już tego Rafał.
- No nie, to ksywka przecież, gdzie masz oczy, nie widziałeś tych wystających, jak u świstaka zębów? – Karol też powoli tracił cierpliwość. Ale Rysiek, ciekawy świata, nie odpuszczał.
- A gdzie się zaczyna Potok Północny?
- U źródła – tym razem to Edmund zaczynał się bawić. Ale Rysiek, ku zaskoczeniu obecnych, nie dał się wkręcić.
- Hehehe… - odezwał się przedrzeźniająco.
- Gdzieś na Osiedlu nad Potokiem – wyjaśnił Karol.
- Pójdziemy tam kiedyś? – z nadzieją w głosie podjął Rysiek.
- Możemy. – bez przekonania odpowiedział Karol.
- A gdzie się kończy?
- Wpada do Mlecznej. – w przeciwieństwie do Ryśka, Karol miał już dawno zaspokojone zapotrzebowanie na podstawową topografię miasta. Rysiek widocznie uznał, że wyczerpał limit dostępnych kompromitacji, wynikających z ignorancji i nie dopytywał ani co to takiego ani gdzie to, ta cała „Mleczna”.
Siedzieli więc teraz, ostatniego dnia wakacji, upokorzeni porażką ze „Świstakami”, a w grę wchodziła nie tylko ich duma osobista i duma ich podwórka Kusocińskiego 12 i Chrobrego 10, ale też duma całego osiedla. Było ich wyjątkowo dużo, bo Świstaki postawili warunek, że musi być jak w prawdziwym meczu, jedenastu na jedenastu. Z trudem zebrali skład. Kilku od razu po meczu rozeszło się do domów. Na murku siedzieli teraz w ośmiu i spoglądali na pomarańczowy korytarz, utworzony przez zachodzące słońce w kierunku ul. Warszawskiej. Nagle rozległ się cichy warkot motocykla i po chwili pod murkiem, powolutku, jak na defiladzie, przejechał na swojej wypieszczonej Jawie 350, rocznik 1985, pan Prońko, emeryt, sąsiad Edmunda i Karola z czwartego piętra, kierując się z stronę boksów, znajdujących się na poziomie piwnic, z osobnym wejściem od zewnątrz, uzyskanym dzięki spadkowi terenu. Śledzili go wzrokiem z zazdrością i podziwem, dopóki nie zniknął za rogiem bloku.
- Ten złom jeszcze jeździ? – nie wszyscy podziwiali jednak Jawę pana Prońko. Spojrzeli z oburzeniem, szukając wzrokiem autora tych słów. Marcin, kędzierzawy brunet z sypiącym się już wyraźnie wąsikiem, jeden ze starszych wiekiem w towarzystwie, występował na ich podwórku gościnnie. Mieszkał na Osiedlu nad Potokiem i od czasu do czasu wpadał do babci na Chrobrego 10. Powstrzymali się jednak od złośliwych komentarzy pod jego adresem, prawdopodobnie uznawszy, że nie ma co wprowadzać takiego profana do największego sanktuarium podwórka, czyli boksu z motocyklami z jego perłą w koronie, czyli Jawą 350 pana Prońko.
- Proponuję już nigdy więcej z nimi nie grać. – Arek, kędzierzawy blondyn w okularach wyraził to, co myśleli wszyscy, ale nie odważyli się tego powiedzieć. Odpowiedzieli potwierdzającym milczeniem, unikając wstydliwie otwartego przyznania racji. Po chwili usłyszeli, rozlegający się za plecami stukot damskich kroków. Odwrócili ostrożnie głowy i ich oczom ukazała się Maja, starsza koleżanka z bloku. Ubrana była w śliczną białą, letnią sukienkę. Młodsi zawstydzili się i nie śmieli patrzeć, za to starsi przyglądali się nieco wyzywająco, z wyraźnym zadowoleniem. Któryś nawet cmoknął z zachwytu. Dziewczyna na pewno usłyszała, ale nie zbita z tropu, weszła na schodki koło murka i na chodnik prowadzący wzdłuż klatek, rzuciła szybkie „Cześć”, prawie nie odwracając głowy i zniknęła szybko w pierwszej klatce, na tyle szybko, że poza jednym słabym „cześć” nie zdążyli nawet odpowiedzieć, ale na tyle jednak, by starsi nie mogli po raz kolejny docenić jej zgrabnej sylwetki i, który to już raz, rozmarzyć się.
- Laska. – wyrwało się grubemu Darkowi, koledze Edmunda z podstawówki.
- Ech, nie dla psa kiełbasa. – Wojtek, najwyższy i najstarszy z nich, wyraził się w sposób, który zdradzał konkretne doświadczenie w tej kwestii.
- Aspiruje wyżej? – zagadnął rzeczowo Edmund, ale jego pozorny chłód nie szedł w parze z tym, co tak naprawdę odczuwał. To się chyba nazywa „racjonalizacja”.
- Stary, kasiasty ten jej dżoler, że my gołodupcy, to sobie możemy…. – Wojtek zawahał się – no właśnie, jedynie popatrzeć. – dokończył dość oględnie, zapewne przez wzgląd na „młodzież”, jak określał tych, co nie skończyli jeszcze gimnazjum.
Niejeden zdziwił się w duchu, że nawet Wojtek, którego uważali za super przystojnego i równie kasiastego, nie ma szans. Poziom aspiracji dziewczyny zdecydowanie przekraczał możliwości ich wyobraźni. Starsi, którzy pamiętali Maję jako wdzięczną towarzyszkę podwórkowych zabaw, poczuli w sercach smutek odrzucenia. Teraz mogą liczyć jedynie na zdawkowe „cześć”. W nieokreślony sposób jej pojawienie się i sposób, w jaki ich potraktowała, nie przystanąwszy nawet na krótką pogawędkę, pogłębił gorycz, wynikającą z goli wbitych przez Świstaków. Poczucie własnej wartości dołowało dramatycznie.
- Ryszard!!!! – głośne wołanie damskiego głosu przerwało smutny nastrój.
- No nie… - jęknął wzywany.
- No Rysiu, nie ma to tamto, matka jest matka, nie?! – ponaglił Darek młodszego kolegę, mając zapewne nadzieję, pozbywszy się „młodzieży” lub co najmniej jej części, na wrzucenie tematów dla dorosłych. Rysio nie protestował, rzucił szybkie „cześć chłopaki!” i niezadowolony, z rękami w kieszeni powlókł się do domu.
- Dobra chłopaki, ja też lecę. Dzięki za mecz. Trzymajcie się. – Wojtek dawno przestał być kompanem podwórkowym. I tak byli mile zaskoczeni tym, że zgodził się zagrać i chwilę posiedział na murku.
- Ja też idę. Do następnego. – rzucił Edmund i ruszył w kierunku trzeciej klatki, czym musiał sprawić zawód Darkowi, bo ten otworzył szeroko oczy i rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć „no jak to tak, stary?”. Westchnął ciężko i sam też powlókł się do domu, podnosząc rękę w geście pożegnania.
Został tylko Karol i jego rówieśnicy. Tunel alei w kierunku ulicy Warszawskiej dawno przestał być pomarańczowy. Niebo zasnuło się szarymi strzępkami chmur, jakby ktoś rozrzucił pobrudzoną watę cukrową. Z drugiej klatki wyszedł pan Skarbek, otworzył maskę swojego starego Fiata 125p i zapaliwszy latarkę na czole, zaczął przy nim coś dłubać. Od strony ulicy Kusocińskiego pojawiła się sylwetka mężczyzny, zdążającego w ich kierunku chwiejnym krokiem. Wszyscy poczuli, że Piotrek drgnął. Karol kątem oka dostrzegł, że kolega chowa twarz w dłoniach. Mimo zapadających ciemności rozpoznali ojca Piotrka. Chcieli oszczędzić mu komentarzy i czekali cierpliwie aż sylwetka trafi we właściwe drzwi. Udało się po kilku próbach i odetchnęli z ulgą.
- Nie wracam dziś do domu. – gdzieś z tyłu dobiegło ich mocne postanowienie Piotrka. Odwrócili się i dopiero teraz zdali sobie sprawę, że kolega zeskoczył z murku i był już dobrych parę metrów dalej, zmierzając w kierunku rzeczki. Milczeli, nie wiedząc, co powiedzieć. Nieraz już byli świadkami tego typu sytuacji i nigdy nie wiedzieli, jak się zachować.
- Piotrek, daj spokój. – tym razem jednak Karol zareagował i pobiegł w kierunku oddalającego się Piotrka. Chwycił go za ramię, ale tamten wyrwał się ze złością i przyspieszył kroku. Karol dał za wygraną.
- Piotrek, wracaj, daj spokój, gdzie pójdziesz. – jeszcze raz próbował swej bezsilności. Karol po raz pierwszy poczuł taki żal w sercu. Zauważył, że tamten się zatrzymał i usiadł na krawężniku, kuląc się i chowając głowę między kolana i nakrywając ją rękami. Usiadł obok niego w milczeniu.
- Nie przejmuj się tak bardzo. Dam sobie radę. – odparł tamten. Karol poczuł się zakłopotany swoją reakcją. Siedział obok kolegi, milcząc. Nigdy im się na podwórku nie zdarzyło takie wejście w czyjeś sprawy osobiste. Nie umiał się w tym poruszać. Było mu teraz głupio. A jednocześnie po raz pierwszy czuł, że pokonał jakąś barierę wyjścia do kogoś. Nawet jeśli teraz zatrzymał się w pół drogi i szybko zaczął się wycofywać.
- To ja już pójdę. Cześć. – wstał i oddalił się.
- Cześć. – Piotrek nie podniósł głowy.
Na murku było pusto. Wszyscy się rozeszli pod ich nieobecność. Karol wchodził po schodach na swoje drugie piętro trochę przygnębiony. Ojcem Piotrka i swoją nieporadnością wobec kolegi. Zawstydzało go to, że pobiegł za nim. Prześladowała go jedna myśl: „jak mogę być zastępowym, przewodzić innym, jak nie umiem się na nich otworzyć i im pomóc?” Kopiąc w wycieraczkę, otworzył drzwi mieszkania.
- Karol, ileż można na ciebie czekać z kolacją. Wszyscy już zjedli. – usłyszał z kuchni głos mamy.
- Przepraszam. – wybąkał. To była nowość w jego życiu. Słowo „przepraszam” zwykle nie przechodziło mu przez gardło. Upokarzało go jakoś i w ogóle było nie z tego świata. Nie z jego świata. Nauczył go przed wakacjami ks. Marek, opiekun ministrantów w parafii, gdy przez nieuwagę stłukł w zakrystii butelkę wina mszalnego. („Co się mówi?”).
- Ale najpierw prysznic! – dobiegło znów z kuchni.
W łazience paliło się światło.
- Ej, jest tam kto? – zastukał w okienko.
- Zajęte! – usłyszał głos Emilki, młodszej siostry.
- Oj weź się już ogarnij, dobra!
- Odczep się! Będę tu siedzieć ile mi się podoba!
- Mamo, powiedz jej coś!
Odkąd się nawróciła, mama marzyła, żeby dzieciom nadać imiona z rodziny Wojtyłów. Jemu przypadło imię tego najsłynniejszego. Mama mówiła, że miała to szczęście, że mogła dotknąć Jana Pawła II podczas jego wizyty w Radomiu, 4 czerwca 1991 i że od tej pory ustały jakieś dolegliwości, których natury niespecjalnie rozumiał lub o których mama niezbyt szczegółowo opowiadała. Zapewne celowo. W każdym razie była święcie przekonana, że gdyby go wówczas papieża nie dotknęła (chyba tylko brzeg sutanny, no, ale to wystarczyło w jej opinii), to by całej trójki, Edmunda, Karola i Emilki, nie było na świecie. Ojciec czasem podsumowywał te wywody matki machnięciem ręki i mruknięciem: „Babskie gadanie!”. Sam do kościoła nie chodził, ale nagłe odkrycie przez żonę pobożności szczególnie mu nie przeszkadzało. Z rodzeństwem bywało różnie, jedynie Karol poszedł w ślady matki, chodził z nią w niedzielę na mszę, a po pierwszej komunii sam zapisał się do ministrantów, zaskakując tym faktem nawet matkę. I tego się trzymał. Miał coś własnego. Czego nie miał ani brat ani koledzy z podwórka ani koledzy z klasy. Potem w parafii pojawili się harcerze i znów miał coś dodatkowego, czego inni nie mieli. Sprawiało mu to ogromną radość i zupełnie nie przeszkadzało, że w zasadzie był jedyny taki w swoim środowisku. Nie można tego nazwać zdrowym poczuciem wyższości, ale czymś bardzo blisko. Bo, że było zdrowe, to patrząc na to, jakim był kumplem dla kolegów, nie można było mieć wątpliwości.
- Tata w pracy? – rzucił pytanie w kierunku kuchni, odkąd wszedł porozumiewali się z mamą na odległość.
- Tak, ma nockę dziś.
Nocka oznaczała nocny autobus. Ojciec był kierowcą Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji. Od czasu do czasu dorabiał na dłuższych trasach. Dawno temu, jeszcze w podstawówce, Karol naraził się na szyderstwo ze strony kolegów z klasy, z powodu zawodu taty.
- Hehehe, brum, brum… - śmiali się wykonując gesty kręcenia kierownicą. Nie umiał zareagować, jak Edmund, który bił się z tego powodu po lekcjach. Ale Edmund był silniejszy, ćwiczył mięśnie hantlami przed każdym wyjściem z domu. Karol może i by się zdobył na podobny przyrost masy mięśniowej, ale przemoc fizyczna po prostu leżała poza jego psychicznie utrzymywalnym terytorium. Od tamtego czasu radził już sobie o wiele lepiej dyplomacją i zgrywaniem „cwanej gapy” wobec silniejszych przeciwników. Raz nawet, podczas meczu na boisku szkoły nr 34, uratował Edmunda, który chciał się rzucić na dorosłego, pijanego mężczyznę, prowokującego ich z rozbitą butelką w ręce. Karol szybko podjął negocjacje, odsunął brata rwącego się do walki i po chwili odprowadzał mężczyznę prawie jak matka odprowadza krnąbrne dziecko. Pewnie Edmund był dał radę, Karol dyplomatycznie nie odbierał bratu przewagi w późniejszych analizach zdarzenia, ale po co było się bić, kiedy można było tanim kosztem osiągnąć lepszy efekt.
W każdym razie miał wtedy okres, że wstydził się tego, że tata jest kierowcą miejskiego autobusu i czerwienił się na samą myśl, że koledzy mogliby rozpoznać ojca podczas jazdy np. z rodzicami i pokazując palcem tłumaczyć rodzicom, że zobaczcie, tam za kierownicą siedzi ojciec Karola, hehehe. Brała go wówczas, dość nieoczekiwana przy jego braku temperamentu do pojedynków siłowych, wściekłość i obiecywał sobie w duchu, że przyłączy się do trenujących w białych kimonach karate na łące „Wembley” i spierze wreszcie tych gnojków, tak jak to zrobił Edmund. Szybko mu tak wściekłość mijała, a i sam temat z biegiem lat stracił na znaczeniu, co więcej, zamiast się wstydzić był teraz dumny, bo ojciec jeździł najnowszym Solarisem Urbino z napędem hybrydowym. Mama, do pierwszej ciąży, pracowała w Zakładach Metalowych, oficjalnie przy produkcji maszyn do szycia, a nie oficjalnie w przemyśle zbrojeniowym, ale o tym w domu się nie mówiło, tylko Edmund powiedział mu kiedyś w największej dyskrecji i zobowiązał do milczenia, bo jak powie, to przyjdą i wsadzą mamę do więzienia. Posiadanie tej tajemnicy napawało obu braci niesłychaną dumą, trzymali ją z daleka do Emilki („hehehe, co tam dziewczyny mogą wiedzieć o takich poważnych rzeczach”) i zaowocowało u Edmunda pasją do wojskowości i uzbrojenia do tego stopnia, że np. znał wszystkie sowieckie okręty podwodne. Na murku godzinami tłumaczył chłopakom prawdopodobne przyczyny zatonięcia okrętu podwodnego Kursk i inne tajemnice. Edmund cieszył się z tego powodu ogromnym prestiżem wśród kolegów. Karol doceniał tę pasję brata, ale ostatecznie, pomimo wdzięczności wobec brata za dreszczyk emocji z powodu wyjawienia, że mama produkowała „okręty podwodne” (wyobrażał sobie po prostu, na widok samolotów, rakiet, czołgów, czegokolwiek, że mama to produkowała, mimo, że Edmund precyzyjnie określał rodzaje karabinków produkowanych w Zakładach Metalowych), nudziło go to na dłuższą metę. W każdym razie mama produkowała „te czołgi” tylko do pierwszego porodu, a potem  wychowywała dzieci i prowadziła dom. Od pewnego czasu, gdy Emilka już dorosła, starała się jedynie dorabiać sprzątaniem.
- Emilka, jeju, ty nigdy stamtąd nie wyjdziesz? – ton jego głosu zwiastował, że sytuacja była krytyczna. Przez szybę drzwi dużego pokoju przebijało niebieskie światło telewizora i głos komentatora. Edmund oglądał pewnie jakiś niszowy mecz, bo jak o tej porze roku można grać poważne mecze, gdy jeszcze nie ruszył sezon. Karol już się przyzwyczaił do kolejnej pasji starszego brata, czyli sportu. Zresztą mógł to być mecz NBA albo coś innego, niekoniecznie piłka. Edmund uwielbiał wszystko, co sportowe. Uczył się w Elektroniku i był złotą rączką, jeśli chodzi o zmysł praktyczny. Wiadomo, miał to po ojcu. Natomiast nie odziedziczył po ojcu pasji czytania, ta trafiła się Karolowi. Ojciec, prosty kierowca miejskiego autobusu, zaczytywał się w powieściach, głównie historycznych. W domu książek było niewiele, ojciec z racji oczywistych preferował rozwiązania niskobudżetowe i korzystał z biblioteki publicznej, która znajdowała się 300 m od domu, na tej samej ulicy. W ten sposób Karol miał już za sobą lekturę Trylogii, Quo vadis (którą przeczytał dwa razy) i Krzyżaków Sienkiewicza, Krzyżowców Kossakowej, kilku pozycji Bunscha, Roberta Gravesa i innych. Ojciec zachodził do biblioteki, by korzystać z czytelni, gdzie zwykle co dwa tygodnie, gdy miał wolne przedpołudnie, zaczytywał się w tygodnikach opinii.
- Mamo, zrób z nią coś! – Karol znów uderzył do najwyższej instancji.
- Emilko! – powiedziała tylko. Jeszcze chwila i w drzwiach łazienki stanęła mała, nieco pucata dziewczynka w szlafroczku, o wesołych oczach i jasnoblond włosach zawiniętych w ręcznik. Pokazała Karolowi język i zniknęła za drzwiami dużego pokoju, który dzieliła z rodzicami. Drugim pokój zajmowali bracia. Mama zabraniała im narzekać, bo oni mieli 48m2, a ona musiała w sześcioro plus rodzice wytrzymać w jednej izbie w nędznym domu na wsi.
Karol zniknął wreszcie w łazience. Mama dyskretnie nastawiła Radio Maryja, jedyne radio, którego słuchała i które, jak mówiła, jedyne przynosiło jej otuchę, a tych wszystkich rzeczy, które ojciec opowiada o ojcu dyrektorze to ona nie rozumie i nie chce nawet słuchać. Ojciec oczywiście się tylko z nią przekomarzał, bo ostatecznie to nie miał nic przeciwko, tym bardziej odkąd przestał w końcu czytać Gazetę Wyborczą i, dzięki Edmundowi, który uparł się, by w domu był komputer i internet, zaczął czytywać blogi. Nie doszedł aż do tego, by słuchać tego, co żona, ale od tej pory wiedział lepiej, jak sam mówił, co myśleć o tych wszystkich „draniach i oszustach”.
Wyszedł z łazienki, przebrał się w pokoju i wreszcie zasiadł w kuchni do kolacji.
- Zjadłbym konia z kopytami.
- Mam tylko żurek.
- Też nieźle.
Uszy mu się trzęsły, gdy tak jadł, ale tak naprawdę postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z mamą. Przemyśliwał w duchu, od czego zacząć. Dwie sprawy. Którą poruszyć najpierw? Najpierw łatwą, potem trudną. Nie, odwrotnie. Ale właściwe, która jest która? Obie mogą się okazać łatwe lub trudne, zależnie od nastroju mamy.
- Mamo? – zaczął w końcu znad talerza.
- Tak? – mama oderwała ucho od radia.
- Może byś zapisała Emilkę do wilczków?
- Do czego?
- Ojej, mamo, do wilczków, nie udawaj, że nie wiesz, mówiłem ci tyle razy.
- No tak, tak. Ale ile to kosztuje?
Karol zawahał się. A niech to, rodzice gotowi jeszcze obciąć jego budżet harcerski i ministrancki, z trudem wywalczony, pod pretekstem dofinansowania Emilki.
- Eeeeee, to dużo nie kosztuje – spróbował bagatelizować. – Jak by teraz poszła, to obóz dopiero za rok, można odłożyć.
- Ale z czego synku, z czego?
- Oj tam, coś wymyślimy. – powiedział bez przekonania, bo jakoś do tej pory nie wiedział, jak „wymyślać” pieniądze. Postanowił skierować ostrze argumentu na inny obszar.– Najważniejsze, że będzie miała fajne koleżanki, no, tak ogólnie, że będzie coś robić, no i że będzie miała coś własnego, wie mama, taka radość życia.
Uśmiechnęła się a te słowa.
- Radości to Emilce nie brakuje. Zastanowię się.
- Mamo? – podjął znów niepewnie. – Bo ja w tym roku zostaję zastępowym….
- Kim?
- Zastępowym.
- A co to znaczy?
- Że będę szefem pięciu-sześciu chłopaków młodszych ode mnie i będę im robił zbiórki. To się nazywa zastęp.
- Karolku, a nauka? Przecież masz egzamin gimnazjalny. No i co potem?
- Oj mamo, przecież się uczę, a potem pójdę do liceum.
- Do „Konopei”?
- Nie chcę do „Konopei”.
- To gdzie?
- Nie wiem.
- No widzisz, nie wiesz, gdzie do liceum, a gdzie ty teraz będziesz miał głowę, jak nie w tym zastępie, zapomnisz o Bożym świecie. Nie wiem. Trzeba powiedzieć ojcu.
Właśnie tego wolał uniknąć. Za dużo tych negocjacji. Liczył, że wydobędzie z mamy zwykle przyjęcie do wiadomości i na tym sprawa się skończy.
- Oj mamo, to żadna tam wielka sprawa, nic się nie zmieni przecież. – bagatelizował, ale czuł, że nieoczekiwanie znalazł się w sytuacji proszącego o wyrażenie zgody. Rzadko mu się to zdarzało, zwykle stawiał rodziców przed faktem dokonanym, a oni po prostu przyjmowali jego decyzje do wiadomości, co dopiero mówić o formalnej prośbie i formalnym wyrażaniu zgody. A tu teraz jeszcze to odwołanie do ojca. Wolał nie kontynuować tematu. Zjadł, podziękował (też nowość w jego życiu, osiągnięta znów dzięki ks. Markowi prostym „Co się mówi?”, gdy proboszcz oznajmił, że wesprze finansowo wyjazd na obóz) i udał się do swojego pokoju.
Pokój był mały i skromnie umeblowany: dwa łóżka, biurko, krzesło, szafa. Więcej i tak nie wchodziło, wszystkie ściany i kąty były zastawione. Na ścianie wisiał plakat Zinedine Zidane, przedstawiający jego słynną „główkę” w finale Mistrzostw Świata przeciwko Włochom. Edmundowi tak zaimponował ten gest, że postanowił to uczcić. Część ściany zarezerwowana dla Karola zagospodarowana była natomiast plakatem słynnego rysownika francuskiego, Pierre Joubert’a, przedstawiającym rycerzy krzyżowych przed bitwą.
Usiadł przy biurku, zapalił małą lampkę. Przy jej nikłym świetle czuł się magicznie i bezpiecznie. Chciał coś czytać, ale jedynie podparł głowę ręką i gapił się bezmyślnie na biurko i małą szafkę z książkami. Otworzył swoją kronikę harcerską i kartkował ją zatrzymując się od czasu do czasu przy jakimś wpisie, rysunku, zdjęciu, bilecie. Miał tu zanotowaną każdą zbiórkę, wyjazd, biwak, rajd, obóz, zimowisko. Jego świat. Jego własność osobista. Przyjaciele. Drużynowy, który imponował. Zastępowy, dla którego był gotów rzucić się w ogień. Teraz on ma być zastępowym. Czy dla niego też będą się chcieli rzucić w ogień? Zląkł się tej myśli i szybko ją odsunął, jakby jeszcze nie był gotowy na to wyzwanie. Zgodził się tworzyć nowy zastęp, bo wszyscy mu mówili, że potrafi i że warto, że się nadaje. Zastępowy, drużynowy, ksiądz. Wszyscy w niego wierzyli. To, jak tylu ważnych ludzi w ciebie wierzy, to jakie znaczenie ma to, że ty sam nie wierzysz? Edmund, ten to byłby świetnym zastępowym. Imponowałby chłopakom swoją siłą fizyczną, pasją do uzbrojenia i wojskowości. A on czym mógł zaimponować? Nawet w piłkę nie grał najlepiej, potrafił tylko pewnie przyjąć, daleko wykopać lub podać do lepiej grającego. Owszem to było już coś. Jedyne oczekiwanie Edmunda wobec niego jako partnera do tenisa stołowego było proste: tylko odbierz, ja wykończę. Jasne, że czuł dumę, gdy wygrywali. Nie można jednak powiedzieć, że był w sporcie liderem. To jak ma nim być teraz?
„Masz twórczą głowę i dużo pomysłów”, mówił mu drużynowy. Faktycznie być może dzięki lekturom książek historycznych proponował najciekawsze fabuły do gier. Ale to za mało, żeby być przywódcą. Ksiądz mu tłumaczył, że w modlitwie zastępowego jest powiedziane „Panie Jezu, który mimo moich słabości, wybrałeś mnie na przywódcę i opiekuna moich braci harcerzy”, więc głowa do góry, alleluja i do przodu, etc. Jasne, że to wszystko dodawało mu otuchy, ale nie odbierało nieśmiałości, niepewności, odrobiny kompleksów. Poza tym, im wszystkim łatwo powiedzieć, a to on musi wziąć całą odpowiedzialność na siebie. Ostatecznie to nikt mu nie pomoże przekonać chłopaków.
Wstał od biurka, otworzył okno i oparty na parapecie zaczął gapić się na widok za oknem. Pod nim dachy pawilonów i niezbyt przyjemne zaplecze sklepowe, dalej bloki, takie jak ten, w którym sam mieszkał, po prawej drzewa na terenie dawnej Wytwórni Części Zamiennych, gdzieś w tle kilka wysokich wieżowców. Znów powiał chłodny wiatr, zwiastując zmianę pogody. Rozległ się odgłos kroków. Wychylił się bardziej, żeby dostrzec, kto to. Rozpoznał Agnieszkę, sąsiadkę z pierwszego piętra. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jego myśli powędrowały w kierunku Beaty ze starszego rocznika w Gimnazjum nr 5, jutro już jej nie zobaczy, zaczynała jutro liceum. Zaciążyło coś w głębi duszy. Poddał się melancholii. Nigdy z nią nie rozmawiał, nigdy się formalnie nie poznali, nie był nawet pewny, czy ona go rozpoznawała. Beata była główną bohaterką wszystkich melodramatów rozgrywanych w jego wyobraźni. Oczywiście, on był głównym partnerem głównej bohaterki. Film włączał się najczęściej wieczorami i mógł trwać i trwać. Tylko ona była jedyna, niepowtarzalna, najpiękniejsza, najsubtelniejsza, najszlachetniejsza, dama jego serca. Inne dziewczyny mogły być tylko tłem, kimś nieważnym, nieprzykuwającym uwagi. No dobrze, była jeszcze Agnieszka z tej samej klasy, co Beata. Ona była raczej damą serca Jacka, kolegi Karola ze szkolnej ławki. Włóczyli się po osiedlu rozmawiając o dziewczynach, czasem odważali się zajść pod okna jednej lub drugiej, zawsze z lękiem i nieśmiałością. Rok różnicy wydawał się im nie do pokonania. Zresztą nie mieli zamiaru nic pokonywać, najważniejsze, że mogli przeżywać niedoścignioną subtelność wybranek i własnych uczuć. Przynajmniej taka była wersja Karola. W Jacka wykonaniu brzmiało to nieco mniej romantycznie i często, w sferze werbalnej, przybierało formy, nazwijmy to, mało rycerskie. Karol jakoś się tym nie gorszył, bo Jacek pomagał pokonywać mu własną nieśmiałość. Oczywiście wszystko kończyło się na słowach. Jacek wynajdywał kolejne obiekty westchnień i wymyślał kolejne sposoby na „podryw”, które nigdy się nie materializowały. Karol chętnie towarzyszył koledze w tych rozmowach i marzeniach o kolejnych zdobyczach, mimo, że sam znajdował się jeszcze w bardzo chłopięcej i „rycerskiej” fazie w tym względzie. Zasadniczo wystarczało włączyć film z Beatą. Szczytem szczęścia było móc ją usłyszeć śpiewającą i tańczącą na szkolnej akademii. To był jej numer popisowy i z pewnością Karol nie był jedynym, dla którego młoda śpiewaczka szkolna była panią serca.
Ale to od Jacka dowiedział się wszystkiego o „tych sprawach”. Kiedyś nawet próbował zaimponować Darkowi i Edmundowi zdobytym słownictwem podczas któregoś z niezliczonych posiedzeń na murku, gdy usłyszał, że tamci rozmawiają dość swobodnie o dziewczynach, ale został wzgardliwie zignorowany. Nie wychylał się z tym nigdy więcej w ich obecności i właściwe to zachowywał wiedzę od Jacka dla siebie. Drużynowy powiedział im kiedyś aluzyjnie, że trzeba spać z rękami na kołdrze i jak się dowiedział wiele, wiele lat później, zaoszczędziło mu to problemów, których nie uniknęło tylu jego kolegów. Inna rzecz, że wszystkie walki były jeszcze przed nim.

Kroki Agnieszki ucichły już dawno. Od strony Kusocińskiego zabłysły światła samochodu wjeżdżającego na parking przed blokiem. Nad głową Karola przeleciał niewidzialny nietoperz. Zrobiło się całkiem chłodno. Zamknął okno, ukląkł, przeżegnał się i chwilę się modlił, po czym wskoczył do łóżka i szybko zasnął. Nie słyszał już kładącego się spać na drugim łóżku Edmunda. Nie słyszał też cichutkiego szmeru „Rozmów niedokończonych”, dobiegającego z kuchni. Tylko później, w nocy, zbudził go na chwilę odgłos kropel deszczu spadających na parapet i uderzających w szybę, a nad ranem odgłosy ojca wracającego z nocnej zmiany. 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz