07 maja 2015

Niepodległość Rzeczypospolitej i wolność Kościoła


Główną pasję życiową osób tworzących środowisko, w którym wzrastałem w moim rodzinnym Radomiu w drugiej połowie lat 80-tych ubiegłego wieku, wyznaczało hasło: „Niepodległość Rzeczypospolitej i wolność Kościoła”. Wiele z nich w latach 90-tych próbowało sił w polityce, czy w instytucjach państwowych, przejściowo nawet z jakimś powodzeniem. Przede wszystkim jednak starali się tchnąć swoje pasje w młodych ludzi, wśród których miałem szczęście się znaleźć. Nie ulega wątpliwości, że wielkie idee wyrażone w tym haśle, miały bezpośredni wpływ na moje i moich przyjaciół zaangażowanie w SHK-Zawisza-FSE.

Podobnie jak moi najbliżsi przyjaciele, wyrastałem na bardzo zwyczajnym, robotniczym podwórku. Osiedle nosiło nazwę „XV-lecia PRL”, co miało tę zaletę, w porównaniu do blokowisk z wielkiej płyty z lat 70-tych, że bloki były z cegły, z reguły 4-piętrowe, często nawet 3-piętrowe i że dawno już zdążyła wyrosnąć bujna roślinność. Poza tym tuż pod blokiem, dzięki rzeczce, której dolinki nie zabudowywano mieliśmy mnóstwo terenów zielonych, których używaliśmy do namiętnej gry w piłkę. Pamiętam, że były wakacje, kiedy przez dwa miesiące graliśmy codziennie jakiś duży mecz. To były czasy, gdy Radomiak dostał się na jeden sezon do pierwszej ligi. Ogarniała nas zatem zrozumiała euforia.

Ja dość szybko, z domu, wiedziałem, że cała ta komuna to „ruskie”, co chętnie tłumaczyłem moim kolegom z podwórka. Kiedyś, a musiało to być jakoś po wprowadzeniu stanu wojennego, mój tata skarcił mnie nawet za to głośne wyrażanie zdania o tym, skąd komunie wyrastają nogi. Nad nami mieszkał jakiś ormowiec i tata jednak preferował nieco bardziej dyskretne i roztropne sposoby prowadzenia działalności opozycyjnej. No, ale czego można wymagać od 9-latka.

Tak przyszła do mnie Polska w wieku 8 lat. Przez Jana Pawła II, Lecha Wałęsę i Solidarność. Przez nadstawianie ucha do słuchanego przez ojca i niemiłosiernie zakłócanego Waszyngtonu, Londynu, czy Wolnej Europy. Nie było w tym tradycji II Rzeczypospolitej, Piłsudskiego, o Dmowskim już nie wspominając. W domu tego nie było, jak zresztą w większości ówczesnych tego typu domów o korzeniach robotniczo-chłopskich, jak nasz. Podobnie w szkole, na historii, też tego nie było.

Moje spotkanie z wielką tradycją polityczną II Rzeczypospolitej, a przez to też tej Pierwszej, odbyło się, dzięki harcerstwu, a tak naprawdę dzięki środowisku, którego harcerstwo było częścią. W tę wielką tradycję historyczną wprowadził mnie Tomek Szydło i jego starsi koledzy z liceum Kochanowskiego, w którym potem i ja sam się znalazłem. Słuchaliśmy z wypiekami na twarzy historii o wieszaniu krzyża, negocjacjach z dyrekcją, zatrzymaniach na 48 godzin. My się na to już nie załapaliśmy. Świadome przeżywanie i jakieś tam uczestnictwo w sprawach publicznych zaczęliśmy w okolicach 1988 r. Już po tym, jak Gorbaczow odstąpił Reaganowi Europę Środkowo-Wschodnią.

Ale przede wszystkim słuchaliśmy o najnowszej historii politycznej Polski, począwszy od lat po powstaniu styczniowym. Nauczycielem myślenia o Polsce został szybko Roman Dmowski, którego się pochłaniało z wypiekami na twarzy w wieku lat 16.


Ferdynand Ruszczyc, Nec mergitur

Ta wielka tradycja wielkiej Rzeczypospolitej przyszła więc do mnie w wieku 16 lat. To jak pierwsza wielka miłość, która zostaje na całe życie i wszelkie próby ucieczki od niej są zwyczajnie skazane na niepowodzenie. Po prostu nic już nie da się na to poradzić. A jak do tego dodać, równolegle odkrytą miłość do Kościoła, taką typowo polską, z Janem Pawłem II i pielgrzymkami na Jasną Górę w tle, to ostatecznym skutkiem może być tylko ta pasja, wyrażona w tych słowach: „Niepodległość Rzeczypospolitej i wolność Kościoła”. Te słowa usłyszałem z ust mecenasa Janusza Krzyżewskiego, wielkiego nauczyciela polityki.

Więc przyszła ta Polska i ten Kościół w takim wieku młodzieńczym, jawiąc się jako coś niesamowicie pięknego, szlachetnego, porywającego, coś czemu warto poświęcić życie. Polska i Kościół stały się jedną Ojczyzną, najważniejszym skarbem, jedynym realnym, najbardziej pożądanym „być i mieć”. Na pewno jeszcze bardzo powierzchownym i emocjonalnym, ale do czego przylgnęło całą mocą wrażliwe młodzieńcze serce.

Potem były rozstania i powroty, krótsze i dłuższe, spowodowane zmęczeniem lub innymi pasjami, w końcu jednak niepodległość Rzeczypospolitej i wolność Kościoła wracają jako sprawy najważniejsze, którym inne nie to, że mają być podporządkowane, bo to źle brzmi, ale które są tych wszystkich innych jakimś ostatecznym wypełnieniem, nadając jakiś szerszy kontekst i sens. Wróciły szczególnie po 10 kwietnia 2010, w momencie, w którym znów do jakiegoś czasu wydawało się, że można się od tej Polski, jeśli nie „uwolnić”, to jakoś może zapomnieć. To pewnie taka częsta pokusa, „żeby był spokój”. No, ale wydarzyło się co się wydarzyło. W taki czy inny sposób wraca ta Polska i nijak się nie można od niej uwolnić. Owszem można odrzucić i się wyprzeć, ale byłoby to zwyczajnie jakieś dziecinne i niedojrzałe. Ojczyzna to nasze „być i mieć”, jak mówił Karol Wojtyła i innej zwyczajnie mieć nie będziemy.

Ja nie piszę tego tekstu po to, by dać ujście moim poglądom na bieżącą sytuację. Nawet jeśli takie miałbym, to wolę powściągnąć ewentualne zapędy publicystyczne. Bardziej chodzi mi o to, że ogólnie w jakimkolwiek działaniu, ba! w całym życiu, oprócz wiary w Boga, musi człowiekowi przyświecać jakaś wielka idea doczesna, oczywiście wystarczająco szlachetna i uniwersalna, żeby nie przekształciła się w jakiś tam fetysz, czyli coś fałszywego, żeby nie powiedzieć szatańskiego. Otóż moim zdaniem taką ideą jest właśnie idea niepodległości Rzeczypospolitej i wolności Kościoła. To powiązanie powinno być w Polsce oczywiste. Nie oznacza ono bynajmniej jakiegoś sojuszu „ołtarza z tronem”, nie oznacza jakiegoś prawnego uprzywilejowania Kościoła, czy nie daj Boże, finansowego, jak w Niemczech, tylko zwyczajnie gwarancję wolności osobistej i wolności społeczeństwa. Bez wolności Kościoła jest kolonizacja społeczeństwa przez władzę polityczną. Co widać na wielu załączonych obrazkach, głównie w krajach anglosaskich i skandynawskich, ale nie tylko. Wreszcie tak głębiej, jak tylko o tym dłużej pomyśleć, bez związku z Kościołem, zwyczajnie się rozpada idea niepodległości Rzeczypospolitej.

Właśnie ta niepodległość Rzeczypospolitej jest najbardziej fascynująca. Oznacza podmiotowość państwową. To sprawa nie taka znów oczywista. Wymaga szeregu spraw, których, tak w skrócie, przez ostatnie 200 lat byliśmy systematycznie pozbawiani, a przez ostatnie 25 lat niekoniecznie odbudowaliśmy na wymaganym przez sytuację poziomie. My mamy, rzecz jasna, o tym poziomie mniemanie wybitnie zaniżone, co z jednej strony jest konsekwencją upokorzenia przez przegraną wojnę i komunę, z drugiej zaś strony, paradoksalnie, przejawem pewnego, od razu go nazwijmy złudnego, realizmu, który w skrócie polega na tym, że jak  będziemy siedzieć cicho i na wszystko się zgadzać, to jakoś przetrwamy.

W zasadzie chodzi mi tylko o to, że o ile w życiu osobistym człowiek, by być w pełni człowiekiem powinien kochać Boga i bliźniego jak siebie samego, co właściwie wystarczy, by móc patrzeć na siebie w lustrze, o tyle w życiu społecznym, o ile dobrze życzy tej wspólnocie politycznej, która powstała prawie dokładnie 1050 lat temu, nie może nie kultywować tego właśnie pragnienia, by Rzeczpospolita była niepodległa i by Kościół cieszył się na jej terytorium wolnością.

Nie jesteśmy w zbyt wygodnym miejscu na mapie, nie mamy wielkiego, zdolnego i zręcznego przywództwa politycznego, które by potrafiło wyciągnąć maksimum korzyści z mimo wszystko wciąż sensownego układu międzynarodowego, w jakim się znaleźliśmy. Nie zbudowaliśmy długofalowych, wewnętrznych źródeł bezpieczeństwa i dobrobytu. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że obecny układ międzynarodowy będzie się pogarszał, a wówczas, co jak nie własna siła i dobrobyt oraz sprawne przywództwo może być najlepszą polisą ubezpieczeniową, a nie jedynie sojusze. Szanuje się silnego sojusznika, a nie słabego. Moglibyśmy znacznie poprawić nasze miejsce w lidze światowej przy tym potencjale, który mamy. Do tego jednak trzeba mądrzejszej elity.

Po 25 latach okazało się po prostu, że kwestia odzyskania podmiotowości po tylu latach zniewolenia to sprawa o wiele bardziej złożona. To wszystko, co się nawarstwiło przez te lata nie jest tak łatwo i szybko uporządkować, sprawić, by to, co oczywiste, istotnie takim było. Ja nie chcę powiedzieć, że jestem rozczarowany, bo przecież cieszymy się tą wolnością i możliwościami. Po prostu patrząc w przyszłość nie wydaje się, by to było wystarczające. Możemy powiedzieć, że bardzo dobrze to wszystko, co jest, ale chcemy więcej. We want more. Myślę, że mamy do tego prawo i nie powinniśmy słuchać tych, którzy mówią, byśmy „nie mieli złudzeń”. Siedzenie cicho nigdy nie było gwarancją tego, że przetrwamy. Nie możemy żyć znów jak za króla Sasa i usypiać się, że jakoś to będzie i nie zważać na to, co się dookoła dzieje, a co możemy mieć dość radykalny, żeby nie powiedzieć śmiertelny, wpływ na nas. Nie możemy też utkwić na wieki w pułapce średnich dochodów, bo to w długim okresie degradujące i nie powstrzymuje w żaden sposób emigracji. To nie ma miarę naszych aspiracji. Czasem, na chwilę, kierując się realizmem, ze złych ofert, trzeba przyjąć tę najmniej złą. Ale jak tylko się nadarzy okazja, trzeba podjąć ryzyko zmiany warunków na lepsze.


Jak my nie będziemy mieli pomysłu na siebie, to ktoś na pewno taki będzie miał. Podmiotowość jest trudną sztuką, ale to jedynie ona gwarantuje realizację naszych marzeń i aspiracji. Tylko musi się pojawić taki scenariusz po prostu. My sami musimy tego chcieć i do tego dążyć.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz