11 sierpnia 2015

Dwa nurty, jeden ruch

Za chwilę będzie już ta moja powieść, już jest złożona i jest okładka, a na niej, nie mogło być inaczej, śliczna dziewczyna, ale są wakacje, więc jeszcze trzeba poczekać na parę rzeczy, ludzie muszą z urlopów wrócić. Ona, ta powieść, jest o dziewczynie i chłopaku, jak się zresztą łatwo domyślić. Takie historie równoległe. Czy się przetną? To jest pytanie. Więc znów napiszę o dziewczynach i chłopakach, żeby było "w temacie". Jak wiemy, dziewczęta mają swoje jednostki i swoje szefowe, a chłopcy swoje. Ale wspólnie tworzymy jeden ruch. A nie np. dwa ruchy. Albo nie dwie organizacje. Jest jeden ruch i jedna organizacja. Pod względem administracyjnym ta jedna organizacja łączy się na górze. Jest jeden Sejmik, jedna Rada Naczelna i jeden Zarząd. Ale równocześnie jest Naczelniczka, która ma pod sobą hufcowe, szczepowe i szefowe jednostek. Oraz Naczelnik, który ma pod sobą analogiczną hierarchię. Dwa nurty, jeden ruch. Mogłoby być inaczej. Jest to bowiem kwestia wyboru pedagogicznego. U Skautów Europy podjęliśmy decyzję o takim, a nie innym kształcie wzajemnych relacji. Od początku skautingu, przez wiele dziesięcioleci, było tak, że dziewczęta miały swoją organizację odrębną od organizacji chłopców. Potem, wahadło się przechyliło na drugą stronę i zapanowała koedukacja. U nas zaś ani nie jest tak, że jest odrębność ani nie jest tak, że jest koedukacja.

To najlepiej widać na poziomie szczepów, czyli parafii. Dziewczęta mają swoje szefowe, chłopcy swoich szefów, ale na poziomie parafii tworzą jedno środowisko. Szefowe i szefowie ściśle ze sobą współpracują. Podobnie hufcowa i hufcowy ściśle ze sobą współpracują. Wreszcie, na poziomie krajowym, Zarząd Stowarzyszenia nie może działać bez ścisłego współdziałania Naczelniczki i Naczelnika. W sensie formalno-prawnym jest sobie ten przewodniczący, a naczelnicy są wiceprzewodniczącymi. Więc niby to ten przewodniczący powinien ogarniać. Ale w sensie realnym i kompetencyjnym, ponieważ większość spraw ma charakter pedagogiczny, jest potrzebna wspólna, zgodna decyzja naczelników-wiceprzewodniczących, żeby sprawy Stowarzyszenia mogły iść naprzód. A zatem naczelnik, naczelniczka nie są jedynie od prowadzenia spraw swojego nurtu. Bo wówczas byliby jedynie „namiestnikami” swojego nurtu. Oni oboje są tak naprawdę prawdziwymi „przewodniczącymi”, a ten formalny przewodniczący jest ich „przybocznym” do spraw wykonawczo-administracyjnych. Tak to, moi mili wygląda i inaczej być po prostu nie może. Jest to wprost konsekwencją naszego modelu – dwa nurty, jeden ruch. To naczelnicy, ściśle ze sobą współdziałający, są tej jedności gwarantem, a nie jakiś tam, z całym szacunkiem przewodniczący, pozbawiony realnego przywództwa nad jednym lub drugim nurtem. To przywództwo należy się obojgu naczelnikom. Więc jak czytacie nasz statut to czytajcie go dobrze, czyli w świetle tego, co wyżej napisano i co niżej zostanie jeszcze napisane.

Oczywiście, ja rozumiem, że takie postawienie sprawy może frustrować osobę, która w danym momencie sprawuje funkcję przewodniczącego, bo może nie rozumieć swojej roli i powiedzieć, jak to, to ja tu nie rządzę? No tak. Nie rządzisz. Podobnie może frustrować osoby, które w danym momencie sprawują funkcję naczelniczki i naczelnika, bo mogą one narzekać, jak to? To ja mam ogarniać tych hufcowych i jeszcze podejmować decyzje w sprawach dotyczących całego Stowarzyszenia? No tak. Bo sprawy całego Stowarzyszenia, a co najmniej większość z nich, ma aspekt pedagogiczny, nawet większość spraw administracyjnych, leżących teoretycznie w kompetencji przewodniczącego lub skarbnika i sekretarza. Ty naczelniczko i ty naczelniku musicie tym sprawom nadać właściwy kierunek pedagogiczny. Takie są po prostu konsekwencje modelu organizacyjnego i pedagogicznego Skautów Europy.

Tych konsekwencji jest więcej. Wypada, by naczelniczka, podejmując decyzje w zakresie swojego nurtu np. powołanie namiestniczek, hufcowych lub decyzje pedagogiczne informowała o tym naczelnika i ogólnie Zarząd, a czasem Radę Naczelną. Podobnie naczelnik. Mimo, że formalnie nigdzie nie jest napisane, że tak trzeba. Wypada, choć będzie to nadzwyczajne, by naczelniczka weszła nieco w sprawy nurtu chłopców, gdy widzi, że naczelnik sobie nie radzi. I vice versa. Nie po to, by tam ręcznie sterować, Boże broń!, lub by mieć materiał do plotek na kolejne spotkanie ekipy krajowej swojego nurtu, ale po to, by czasowo wziąć na siebie nieco więcej, jeśli chodzi o prowadzenie całego ruchu. Czasem też, czemu nie, mądrze i delikatnie, pomóc problem rozwiązać. Problem, który przecież nie jest jej lub jego, a jednak w ostatecznym rozrachunku i ją i jego dotyczy. Tym bardziej jeśli jest to osoba o wielkim formacie i wielkich umiejętnościach. Taka osoba będzie też wiedzieć, kiedy raczej trzymać się z daleka, bo to będzie najlepsza pomoc z jej strony. Po prostu wypada tak czynić, jeśli chcemy naprawdę budować jeden ruch. A nie dwa ruchy obok siebie. Podobnie namiestnicy gałęzi wypracowując różne rozwiązania dla swojej gałęzi wypada, by informowali, a czasem zasięgali nawzajem opinii swojego odpowiednika z drugiego nurtu. Nigdzie nie ma napisane, że tak trzeba. Ale jak chcemy naprawdę budować jeden ruch, to tak wypada.

Ja rozumiem, że czasem można się nie dogadywać i wówczas ktoś chce bronić swoich kompetencji. Albo mamy tego naszego odpowiednika z drugiego nurtu, który w sposób niedelikatny chce ingerować w naszą działkę. Jasne, że to się może zdarzyć i wtedy grzecznie trzeba upomnieć i robić swoje. Po czym czekać z utęsknieniem aż po drugiej stronie pojawi się ktoś z otwartą głową, delikatny, kompetentny, kto tę potrzebę współpracy dobrze rozumie i umiejętnie prowadzi, szanując to co uszanowane być musi. Ale nie oszukujmy się, w końcu musimy się tego doczekać, bo inaczej to nie będzie jednego ruchu, a nurty, czy nawet gałęzie zaczną się tak rozjeżdżać, pod na pozór słusznym pretekstem, własnej samodzielności i autonomii, że, jak to się mówi, rodzona matka tego ruchu nie rozpozna…. Czyli pod wpływem złego doświadczenia, które może się zdarzyć, nie ustawiamy niedojrzale, na wieki wieków, wzajemnego hejtu, tylko czekamy na pierwszą zmianę okoliczności, żeby się dogadać i wrócić do współpracy. Mamy zbyt dużo  z tej współpracy do zyskania. 

A zatem, bez jakiegoś wzajemnego onieśmielania, czyli bez przesadnego oglądania się jedni na drugich, każdy odpowiedzialny, od poziomu jednostki, przez szczep, hufiec po szczebel krajowy, stara się podejmować decyzje ad mentem unitatis, czyli mając na względzie jedność całego ruchu. W tym przypadku chodzi nam o jedność obu nurtów. Podobnie zresztą jak poszczególne gałęzie, mimo cech szczególnych swojej pedagogiki, starają się je ustawiać mając na względzie wszystkie pozostałe. Całość musi grać razem, a nie rozjeżdżać się.

Ktoś powie, pewnie słusznie, że łatwiej taką doktrynę sformułować na papierze niż ją realizować w praktyce. Ja nie mówię, że nam się musi w każdym momencie udawać w 100%. To niemożliwe. Chodzi o to, by do tego dążyć. Czyli, żeby w każdym momencie usiłować. W ten sposób może jakoś razem, dziewczyny i chłopaki, wypływając z jednego miejsca, jako jeden ruch zawiniemy do wspólnego portu, a nie jedni do Ameryki, a drudzy do Azji. To usilne dążenie do jedności obu nurtów, dobrze rozumiane, bo może być też źle rozumiane, uczy nas dojrzałości po prostu.

Ktoś znów powie, pewnie słusznie, że już sama identyfikacja obszarów, gdzie się nawzajem bardziej musimy uwzględniać i na siebie liczyć nawzajem od takich, gdzie po prostu każdy robi swoje i nawet się nie zastanawia, może stanowić trudność nieprzezwyciężalną. Przecież nie po to ustawiliśmy dwa nurty, a zatem odrębność hierarchiczną (chłopaki słuchają chłopaków, dziewczyny dziewczyn), żeby teraz się znów komplikować i jakoś, nie wiadomo jak, ten drugi nurt w różnych swoich decyzjach uwzględniać. Tak, jakbyśmy mieli mało biedy sami ze sobą, a jeszcze, weź tu się dogadaj z drugim nurtem…

Otóż na pewno nie chodzi o to, by sobie utrudniać życie, skoro ustanowiliśmy dość jasne reguły to życie nam ułatwiające, czyli tę samodzielność czy chłopaków, czy dziewczyn, również, co ważne, w kwestiach finansowych, sprzętowych, etc. Mają sobie te chłopaki swoje konta, niech do nas nie przychodzą po pożyczkę. I vice versa.

Musi się jednak pojawić pewna wrażliwość w prowadzeniu swoich spraw tak by budować jedność, a nie tylko kultywować swoją samodzielność. Bo ostatecznie to wspólnie prowadzimy wspólne sprawy. Wspólnie prowadzimy całość ruchu. Jest to pewne wyzwanie, ale ono jest dość sympatyczne w końcu. Ostatecznie, chłopaki i dziewczyny, lubimy się nawzajem i przecież nie moglibyśmy bez siebie żyć.


A zatem na wszystkich szczeblach pojawić się musi rozważna współpraca, taka, która nie prowadzi ani do faktycznej koedukacji ani do zimnej wojny. W końcu celem tej samodzielności nurtów jest to, by dziewczęta stawały się dojrzałymi kobietami, a chłopcy dojrzałymi mężczyznami, mając szansę podejmowania różnych decyzji we własnym gronie, bez ryzyka rozmaitych presji, jakie jedna płeć jest w stanie wywierać na drugą. Z drugiej strony, jest częścią tego dorastania do dojrzałości, szczególnie w wieku szefów i szefowych, rozumienie siebie nawzajem i uczenie się od siebie poprzez wspólne prowadzenie ruchu. W ten sposób mamy niepowtarzalną szansę, dziewczyny lepiej rozumieć chłopców, chłopcy, lepiej rozumieć dziewczyny, a tym samym lepiej rozumieć siebie samego. Szansę, którą można zmarnować, niestety. 

Jak powiedziałem, to dążenie do jedności obu nurtów, jest dla naszych dwudziestolatków, ale również 30-to,40-sto i więcej - latków, wielkim wyzwaniem prawdziwej dojrzałości chrześcijańskiej. Tej dojrzałości, która nie polega na wymachiwaniu szabelką w męskim gronie lub wylewaniu żalów w żeńskim gronie. Zresztą po to założyciele FSE tak to ustawili. Jest to jakże niesamowicie zgodne z chrześcijańską wizją kobiety i mężczyzny, realizujące jakoś to wzajemne uzupełnianie się. Oczywiście, zaznaczmy, że wizję chrześcijańską kobiety i mężczyzny, można realizować, posługując się inną pedagogiką i innymi narzędziami niż te nasze, zawarte w tym modelu "dwa nurty, jeden ruch". No, ale my mamy tak i tego się trzymajmy.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz