19 sierpnia 2015

O organizacji ruchu skautowego i jego jedności


Zbliża się Sejmik Stowarzyszenia. W sposób naturalny pobudza on do większego zainteresowania sprawami, którymi na co dzień interesujemy się mniej, czyli, ogólnie rzecz ujmując, tym, co się dzieje poza opłotkami mojego szczepu lub hufca. Ja już o tym dużo pisałem w tekście O strukturze ruchu skautowego.

Francuzi, którzy, jak wiecie są „kartezjańscy”, co oznacza taką przesadną tendencję do rozróżniania aż do totalnego rozdzielenia, mówią o tym, że jest „ruch” i jest „administracja”, czyli organizacja. Albo, że prawo, czyli statut i przepisy prawa to tylko taka zewnętrzna „powłoka” ruchu. Najważniejszy jest ruch, a „powłoka”… cóż musi być, bo żyjemy w państwie, które na wszystko ma ustawę plus milion rozporządzeń i jakoś z tym trzeba żyć. Ale w gruncie rzeczy to nie jest zbyt ważne. To mówią Francuzi. A dokładniej, mówili niektórzy Francuzi, którzy spowodowali dość poważne problemy w naszej organizacji, przepraszam, ruchu we Francji. Już ich nie ma na szczęście. Otóż rozróżnianie to jest bardzo dobra rzecz. Konieczna wręcz. Wiedzą o tym szczególnie wszyscy prawnicy. Po co trzeba rozróżniać? Żeby nie pomieszać. To bardzo pomaga. Ale nie po to, żeby rozdzielać, czyli nie pozbawić połączeń. Nie rozbić jedności. Bo to utrudnia. 

Więc my możemy sobie tak teoretycznie rozróżnić: tu jest ruch, czyli cała nasza pedagogika a tu jest administracja, czyli zewnętrzna powłoka prawna, te wszystkie pełnomocnictwa, konta, księgowość, etc. Ale w żadnym razie nie możemy tego rozdzielić. Czyli nie możemy wywodzić z tego faktu jakichś konsekwencji praktycznych. Bo tak naprawdę to wszystko jest ruchem w tej organizacji. Ta organizacja jest ruchem, ten ruch jest organizacją.

Jak wiecie, kiedyś, tak nadal jest w innych organizacjach harcerskich w Polsce, rozdzielaliśmy ruch na poziomie hufców od administracji, czyli okręgów. W myśl tego rozdzielenia byłyby dwie hierarchie, jedna pedagogiczna z naczelnikiem, hufcowymi, szczepowymi i szefami jednostek. A druga to administracyjna, z przewodniczącym Stowarzyszenia i przewodniczącymi okręgów oraz, ewentualnie przewodniczącymi obwodów. To była straszna komplikacja i to zlikwidowaliśmy, zmieniając statut w 2003. Od tej pory to hufcowy jest odpowiedzialny i za pedagogikę i za administrację. Podobnie jak drużynowy, szczepowy, etc. Do pomocy można sobie mianować dyrektora administracyjnego, skarbnika, co tam kogo chce, ale to hufcowy musi podejmować merytoryczne decyzje dotyczące spraw administracyjnych, bo one mają zawsze aspekt pedagogiczny. A o tym nie może decydować kto inny na poziomie hufca.

Podobnie na poziomie Stowarzyszenia, tłumaczyłem to w poprzednim wpisie, to naczelnicy, którzy z urzędu są wiceprzewodniczącymi ruchu współdecydują o najważniejszych sprawach tego ruchu, są w ścisłym sensie jego „zarządem”, a do pomocy mają „dyrektora administracyjnego” w osobach przewodniczącego, sekretarza i skarbnika. Na tym polega Zarząd Stowarzyszenia.

Czyli nie ma podziału na ruch i organizację. Jest jeden ruch, który jest organizacją i jedna organizacja, która jest ruchem. Z jedną jedyną hierarchią, która ma funkcję pedagogiczną (ruch) i administracyjną (organizacja). Nie ma jakiejś dwuwładzy.

W tym ujęciu „francuskim” w wykonaniu tej ekipy, która dość nieszczęśliwie zapisała się w naszej historii, mówię o historii FSE, Rada Naczelna nie należała do „ruchu”, tylko do „administracji”, czyli do tej zewnętrznej powłoki prawnej, którą, tu właśnie wychodziła prawdziwa intencja tych rozróżnień, można było tak naprawdę zlekceważyć, by łatwiej pomajstrować przy sprawach fundamentalnych. Owszem, najważniejszy jest ruch, czyli zbudowane na przyjaźni i autorytecie relacje naczelnika z hufcowymi, tych z szefami jednostek. Ale w tym „heretyckim” ujęciu, tak rozumiany ruch mógłby tak naprawdę robić, co chce i żadna Rada Naczelna nie mogłaby w to ingerować, bo ona byłaby tylko po to, żeby prawnie chronić to, czego ten ruch chce.

Muszę przyznać, że to rozróżnienie i jego praktyczne konsekwencje brzmią dość atrakcyjnie. Oczywiście są nieprawdziwe, choć, jak każda herezja, zawiera coś z prawdy. Na czym ta herezja polega? Otóż polega na pominięciu faktu, że Rada Naczelna jest reprezentantem ruchu, nie jest ciałem czysto formalnym, nie jest jedynie prawnym wymogiem. W końcu to Rada Naczelna mianuje naczelnika i naczelniczkę. To ruch, zgromadzony na Sejmiku, wybiera Radę Naczelną, jako swego rodzaju mini-Sejmik, aby między Sejmikami sprawował rolę Sejmiku.

Owszem, z tą Radą Naczelną jest pewien kłopot. Kłopot ten mają i sami członkowie tej rady i naczelnicy. Członkowie Rady nie bardzo wiedzą czasem, jaka jest ich rola. A naczelnicy nie bardzo wiedzą jak się z tą Radą obchodzić. Celowo nie chcieliśmy w statucie ograniczać kompetencji naczelników poprzez wprowadzanie mechanizmu obowiązkowego uzyskiwania zgody Rady Naczelnej na takie czy inne posunięcie lub przynajmniej obowiązkowego zasięgania opinii lub tp. Niepotrzebnie krępowałoby to naczelników. Ale oczekuje się, że naczelnicy będą Radę Naczelną szanować, będą z nią ważne rzeczy konsultować i szukać jej zgody tak, by budować w jedności. Rada wybierając naczelników tego oczekuje, dając im ogromny kredyt zaufania. Jeśli naczelnicy tych oczekiwań nie spełnią i zaufania nadużyją, jedynym instrumentem Rady jest odwołanie naczelnika lub naczelniczki. Więc to ostatecznie Rada Naczelna ma walizkę z przyciskami do odpalenia bomby atomowej, a nie naczelnicy. Ale, jak wiadomo, bomby atomowej raczej używać nie należy. Co najwyżej, można dyskretnie zagrozić jej użyciem, by doprowadzić do opamiętania. To dlatego naczelnicy powinni być obecni na każdym posiedzeniu Rady Naczelnej. W żadnym momencie nie może być napięcia na linii naczelnicy-Rada Naczelna. Faktycznie, bez naczelników, Rada Naczelna trochę nie ma sensu. Tak mi się przynajmniej na dziś wydaje.

Kto więc prowadzi sprawy ruchu? Kto decyduje, czy coś jest „koszerne” czy nie z punktu widzenia fundamentalnych zasad pedagogicznych? Kto strzeże „charyzmatu założycielskiego”? Wszyscy po trochu. W końcu każdy jest "właścicielem".

Przede wszystkim naczelnicy. Ktoś powie, że ci naczelnicy to muszą być jakimiś cyborgami. Fakt, że muszą rozumieć pedagogikę wszystkich gałęzi i mieć talent przywódczy. Ale bez przesady. Jest możliwa szybka identyfikacja, zwykle kilku fundamentalnych zagadnień, wokół których wszystko krąży i podjęcie decyzji, które rozstrzygają i ustawiają. Z jednej strony ruch, w tym przypadku Rada Naczelna, stawia do ich dyspozycji przewodniczącego, sekretarza i skarbnika, którzy ogarniają sprawy administracyjne z pomocą dyrektora biura. Z drugiej strony, sami naczelnicy, powołują namiestników gałęzi, czyli najlepszych „ogarniaczy” pedagogicznych w ruchu, którzy animują swoją gałąź i formują szefów. Namiestnicy nie mają aż tak dużo do roboty. O wiele mniej niż przeciętny hufcowy. Nie mają żadnej roboty papierkowo-administracyjnej. Nie mają bezpośredniej odpowiedzialności za szefów. Ta spoczywa na hufcowych. To hufcowi są przełożonymi szefów jednostek każdej gałęzi w hufcu, a nie namiestnicy. Także w tej kwestii przejawia się hierarchiczna jedność naszego ruchu. Nie tworzymy sześciu odrębnych „ruchów”.

Namiestnicy, im większy mają charyzmat, tym bardziej muszą szanować naczelników i hufcowych. Dlaczego tak musi być? Bo bycie namiestnikiem to bardzo duży wpływ, a bardzo mało codziennych obowiązków. Ale zrobiliśmy to specjalnie, żeby namiestnicy mieli czas na sprawy czysto koncepcyjne. Głównymi ich narzędziami są obozy szkoleniowe, Harce Majowe (Wielkie Łowy, Św. Krzyż, Piotrkowice), spotkania szefów w ciągu roku (Legwan, rzekotka, Wataha, Wajnganga, etc.) i publikacje pedagogiczne.

W każdym razie to jest pierwsza i najważniejsza dynamika rozeznawania co jest, a co nie jest koszerne, czyli naczelnicy z namiestnikami, którzy pracują w ścisłym kontakcie z hufcowymi i szefami. W pewnym sensie, głównym „think tankiem” naszego ruchu jest Kraal każdego obozu szkoleniowego. To w żywym kontakcie z szefami, uczestnikami obozu szkoleniowego, podczas wygłaszania konferencji i podczas wywiązujących się dyskusji, podczas wymiany opinii w Kraalu, rozszerza się nasze rozumienie, czy dana praktyka pedagogiczna jest ok, czy nie. To obóz szkoleniowy, czyli obozowanie w lesie stwarza właściwy kontekst do takich rozważań. A nie, np. „posiadówki” w wygodnych fotelach u kogoś w salonie.

Czyli to namiestnicy tworzą najważniejszą dynamikę pedagogicznej kreatywności. Ale często dzieje się, że ten czy inny hufiec tworzy jeszcze lepszą dynamikę w oparciu o charyzmat hufcowego, hufcowej i swoich szefów/szefowych. Mądry namiestnik/namiestniczka bacznie się temu przygląda i chce wyczaić i mieć takiego hufcowego/hufcową i ich najlepsze szefowe/szefów w swojej ekipie. Bo namiestnik to trochę oderwany już może być od codziennej praktyki. To dlatego w Kraalu obozów szkoleniowych zawsze chcemy mieć dużo „młodych wilków”, czyli najlepszych praktykujących drużynowych z doświadczeniem, bo nikt lepiej od nich nie opowie o żywym, aktualnym doświadczeniu pedagogicznym.

To wszystko, co w sposób żywy krąży w gałęziach między namiestnikami, hufcowymi i szefami, naczelnicy starają się zbierać, by niejako aktualizować pedagogiczny „know-how” całego ruchu. Na wzór Francuzów, staraliśmy się robić rady pedagogiczne, czyli spotkania obu nurtów w składzie naczelnicy i namiestnicy. Teoretycznie taka rada pedagogiczna ma zapewnić rozeznanie spójności praktyk pedagogicznych z ogólnym fundamentalnym charyzmatem naszego ruchu. Ale to różnie działa. W sensie, czasem działa, czasem nie. Mądrzy namiestnicy mają zwyczaj wymieniania się doświadczeniami ze swoimi odpowiednikami z drugiego nurtu. Takie działanie również pozwala na lepsze rozeznanie, czy idziemy we właściwym kierunku, czy nie.

Wydaje się, że to czego należy się strzec, to zbyt daleko posunięta „autonomizacja” gałęzi. Powtarzam, „zbyt daleka”, bo normalnie cały ruch liczy na tę dynamikę pedagogiczną kreowaną przez namiestników, jako na coś bardzo podstawowego. Przesadna autonomizacja to podejmowanie przez nie różnych ważnych decyzji, w teorii w zakresie ich kompetencji, ale bez powiązania z pozostałymi, bez poddania pewnemu rozeznaniu całemu ruchowi. Np. dobrze jeśli namiestnicy przekazują do zatwierdzenia swojemu naczelnikowi każdą decyzję o przyznaniu zielonej, czy żółtej, czy czerwonej chusty. Podobnie, należy się strzec kolejnego poziomu „autonomizacji”, która jest możliwa w wykonaniu tychże zielonych, czy żółtych czy czerwonych chust. To okresowo ma miejsce we Francji z chustami Maclarena, które mają tendencję do tworzenia takiego „zakonu pedagogicznego”, lekceważącego oficjalną hierarchię, czyli naczelnika, a nierzadko również namiestnika, w szczególności poprzez pretensję do rezerwowania dla siebie kompetencji do przyznawania odznaki leśnej bez akceptacji naczelników i Rady Naczelnej. Ta zawsze musi być zarezerwowana dla hierarchii ruchu. Sukcesja sukcesją, ale władza ruchu nad ruchem, czyli suwerenność naczelników, Rady Naczelnej i Sejmiku musi pozostać nienaruszona. Inaczej zwyczajnie wylecimy w powietrze. Wreszcie, osoby z HR również nie tworzą odrębnej, własnej „dynamiki”, nie „autonomizują się”, tylko „jedzą z okruchów”, oferując służbę hufcowym, namiestnikom lub naczelnikom.

Poddanie rozeznania całemu ruchowi nie jest proste. Jak napisałem wyżej, ono się dzieje, po pierwsze wewnątrz nurtu, poprzez konsekwentne włączanie naczelników, hufcowych i duszpasterzy przez namiestników do tego tygla pedagogicznego przez nich tworzonego na obozach szkoleniowych. Do naczelników należy prowadzenie spraw ruchu razem z hufcowymi i namiestnikami, zasięgając opinii duszpasterzy. Hufcowi zaś będą zasięgać opinii szefów i duszpasterzy. Namiestnicy powinni mieć wyczucie, że nie mogą ze wszystkim pozostawać tylko na poziomie szefów, czy swojej własnej ekipy. Po drugie poprzez konsultowanie z odpowiednikiem z drugiego nurtu. Po trzecie, poprzez rady pedagogiczne, jeśli się odbywają. Wreszcie, ostatnie słowo powinna mieć Rada Naczelna, jeśli chcemy poważnie traktować cały nasz model.

Rozumiem doskonale, że to się może wydać jakieś bizantyjskie. Ale w praktyce tak nie jest, bowiem, w ponad 50% uczestnictwo w tych różnych gremiach pokrywa się. W sensie, te same osoby uczestniczą w ekipie namiestnika/namiestniczki, funkcjonują na poziomie hufca oraz są członkami Rady Naczelnej. Więc tak naprawdę, to zawsze jest tak, że w danym momencie w ruchu jest 20-30 najaktywniejszych pedagogicznie osób, a być może jeszcze mniej, których opinia jest najważniejsza przy rozeznawaniu danej sprawy. Roztropność naczelników polega na tym, by te wszystkie osoby zidentyfikować i ich opinii zasięgnąć. Zawsze w tej liczbie będą hufcowi, namiestnicy, najaktywniejsi duszpasterze oraz członkowie Rady Naczelnej. W zależności od sprawy, która jest do rozstrzygnięcia, zawsze poza tymi funkcjami są osoby-eksperci, których również można zapytać.

W Hiszpanii widziałem model, który bardzo mi się podobał. Co trzy lata mają swój sejmik, który robią w dwóch turach w sposób następujący. W czerwcu odbywa się narada programowa. Taka wielka burza mózgów. Wymiana doświadczeń i propozycji. A w październiku ma miejsce regularny sejmik statutowy, już bez większych dyskusji, tylko zatwierdzający, razem z nowymi władzami, wnioski z czerwcowych dyskusji. Jeśli nie raz na 3 lata, to raz na 6 lat, a już na pewno raz na 9 lat, coś takiego moglibyśmy robić. Istotą tego jest to, by najaktywniejsi pedagogicznie w danym momencie szefowie i szefowe mieli szansę wypowiedzenia się we wszystkich najważniejszych sprawach ruchu. Czyli, żeby naprawdę byli tego ruchu naczelnikami przez jeden weekend. Jest wówczas wielka szansa, że się usłyszymy nawzajem, że dowiemy się o patologiach i o dobrych praktykach, że dotrze do nas co trzeba naprawić, etc. Francuzi mówią, że średnio co 10 lat trzeba dokonywać takiego generalnego omówienia całego charyzmatu założycielskiego ruchu, wszystkich fundamentalnych kwestii pedagogicznych, by się przekonać, czy nie biegamy z pustymi taczkami albo co gorsza z taczkami załadowanymi towarem nie z naszego magazynu. Oczywiście ważna jest pewna elastyczność i właściwe rozeznanie, co musi być tak samo, a co może wyglądać różnie w zależności od lokalnych upodobań.

W całej tej dynamice, bardzo żywej i spontanicznej, na różnych poziomach, nie pisałem tu o poziomie jednostki, choć to tam tak naprawdę jest najważniejsze „laboratorium pedagogiczne”, do którego potem odnoszą się wszyscy powyżej, ważne jest, by szanować rolę Rady Naczelnej. Ona ma trochę niewdzięczną pozycję. Jest trochę jak przyboczny w drużynie, który ma być z boku i dyskretnie wspierać, a nie wchodzić w relacje drużynowego z zastępowymi. Radzie Naczelnej zależy zatem, by ta cała dynamika ruchu tworzona przez naczelnika z hufcowymi i namiestnikami działała jak należy, bo wówczas jej rola jest ograniczona do minimum. Niemniej jednak to Rada Naczelna razem z naczelnikami powinna stanowić ostateczną instancję rozstrzygania kwestii pedagogicznych, roztropnego regulatora potrzebnej, spontanicznej aktywności pedagogicznej hufców i gałęzi. Trzeba bowiem poddać okresowej ocenie rzeczy ważne, takie jak np. praktyka i teoria Wymarszu Wędrownika i zobowiązania Fiat, ogólny kierunek pedagogiczny czerwonej, zielonej i żółtej gałęzi, koncepcje pracy w kręgach szefów, ogniskach szefowych, sposób postępowania z osobami, które przychodzą do skautingu w wieku dorosłym, kwestia struktur od szczepów wzwyż, rozwój ruchu, funkcjonowanie Zarządu, finansowanie działalności, etc. Rozpatrując te wszystkie kwestie Naczelnicy i Rada Naczelna zasięgną zdania hufcowych i namiestników oraz duszpasterzy i wszystkich osób, które Rada Naczelna uzna za ekspertów w danej materii.


Taki przepis na jedność ruchu. Ona zawsze będzie poważnym wyzwaniem.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz