21 września 2015

Warszawski niebotyk

Korzystam z portalu lubimyczytac.pl do wyszukiwania książek i zarządzania własną biblioteczką. To działa jak fejs. Można sobie stworzyć profil i łączyć się z innymi i w ten sposób podglądać nawzajem, co kto czyta. Bardzo pomaga do wyszukiwania lektur. Ja tam jestem jako Zbigniew po prostu. Zapraszam do kontaktu. W ub. tygodniu zauważyłem, że reklamują nowość, książkę Warszawski niebotyk Marii Paszyńskiej. Ponieważ mam wielką nieufność do współczesnych autorów z racji tych wszystkich lansowanych Bator, Dehnelów, Stasiuków, Tokarczuk, Twardochów i reszty tego towarzystwa wiadomo skąd, to najpierw obwąchuję, czy to aby czasem nie jest sprawa z tej samej stajni. Okazuje się, że nie jest. Po czym to poznaję? Po pierwsze po wydawnictwie. Nie jest to Agora ani Czarne lub tp. Po drugie idę do empiku i przeglądam. Szok. Nie natrafiam, jak w przypadku książek Bator albo Chutnik i reszty tego towarzystwa na fragment o księżach. Bo to ważne, żeby w książce jednak nie było nic o księżach. Weźcie sobie do ręki dowolną książkę Bator to zrozumiecie, o czym mówię. Czytać się nie da, a jak się zrobi ten błąd, że się przeczyta, to żyć się nie da. Ostatnio Zbychu mi opowiadał o koledze z pracy, który w końcu udaje się na upragniony urlop z wielką ochotą czytania dobrej literatury, bierze więc pierwszą z brzegu lansowaną głośno pozycję Twardocha, po czym ….. zwyczajnie psuje sobie ten urlop zagłębiając się w lekturę. Żeby nie było, że ja tu jakiś zakazany owoc tworzę, szczerze wszystkim to doświadczenie polecam. Proszę na własnej skórze sobie sprawdzić. Zacząłem kiedyś Morfinę Twardocha i po kilkudziesięciu stronach, długo wytrzymałem, stwierdziłem, że przecież mi nikt za to czytanie nie płaci, po co się męczyć. Zresztą Kalicińska się jakiś czas temu wściekła, że ta nagroda Nike to zawsze musi się dostać najbardziej depresyjnym książkom. Nie, żebym czytał Kalicińską, Grocholę lub Chmielewską. Nie czytam kryminałów i tzw. „literatury dla kobiet”. Szkoda mi czasu, bo lepiej po prostu obejrzeć film na podstawie tych książek. Nie lubię czytać książek pisanych jak scenariusz filmowy. Np. Cherezińska tak pisze. Próbowałem czytać ten jej „Legion”, ale nie dałem rady. Poczekam na film. No chyba, że będzie zrobiony jak „Historia Roja”. Zobaczcie trailer. To po prostu nie ma sensu.

Tak to wygląda i ja od bardzo dawna miałem wielki kryzys, jeśli chodzi o nowoczesną polską powieść po polsku. Bo przecież nie można wiecznie czytać przekładów, czyli obcych książek po polsku. Albo nie można tylko żyć tym Mackiewiczem, Czarnyszewiczem, Jałowieckim lub Pawlikowskim. Oni są genialni, no, ale chciałoby się jakiegoś młodego autora AD 2015 w końcu. Żeby język i kultura polska była ważna, to muszą być polscy autorzy dobrze posługujący się językiem polskim. Dość oczywiste. Tak jak powinno być oczywiste, że Polska spod ich pióra jest słodką krainą szczęśliwości. Nie pomijając różnych problemów, rzecz jasna. Ale, powtarzam, powinna być przedstawiana jako najlepsze miejsce na świecie. Bo inaczej, to czemu to ma służyć? Lepiej zamknąć ten interes i wyjechać. Wyrzec się. Co???? Wyrzec się tego, co na ziemi mamy najdroższe? Więc literatura polska musi przedstawiać Polskę, powtarzam, nie pomijając negatywnych aspektów tej naszej rzeczywistości, w taki sposób, by tu się chciało żyć. Inaczej nie ma sensu pisać po polsku. Jeśli polski język nie ma służyć do afirmacji polskości, oczywiście nie jakiejś taniej afirmacji, to lepiej przestać tego języka używać i zacząć pisać po niemiecku na przykład. Albo po francusku. Przecież to bardzo proste. Jak czasami mam dość polskich problemów, to po prostu oglądam to BBC po angielsku albo wchodzę na Corriere po włosku, w sensie uciekam od języka polskiego. No, ale obecny główny nurt literatury jest innego zdania i w modzie jest sobie z Polski szydzić i ze wszystkiego co nam drogie. Taka zabawa w Gombrowicza, która pachnie syndromem Piotrusia Pana, w wykonaniu tak wielu autorów. Weźmy tą całą Bondę. Grunt to przykopać komuś np. Kościołowi najlepiej. Taki sport. Ja omijam z daleka te zjawiska i nie daję się nabrać, że to „wielka literatura”, bo już w wieku 15 lat doszedłem do tego, że jak się człowiek pozbędzie wiary, Kościoła i Polski to już mu zostaje tylko prosta droga donikąd. Ale, powtarzam, szczerze zachęcam do lektury tych wszystkich hejtowanych przeze mnie autorów, żeby nie było, że jakieś zakazane owoce tu tworzę. Proszę się samemu zmierzyć i potem usiłować normalnie żyć. Powodzenia.

Coś trzeba czytać i jakoś w tej kulturze się obracać tak, by jednak nie stracić swojej duszy, nie dać się oszukać. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ale może to jest tak, że nigdy nie było łatwo.


Miałem pisać o tej książce, Warszawski niebotyk. Zwyczajnie dobrze się to czyta. Warszawa w latach 30-tych. Dużo opisów ulic, kamienic, lokali z tamtych czasów. Przyjemna atmosfera chwil, gdy mieliśmy jakąś podmiotowość państwową. Z kart książki czuć tą Polską, której niby nie ma, ale do której tak mocno zatęskniliśmy, szczególnie w ostatniej dekadzie, nie bez znaczenia było tu całe to Muzeum Powstania Warszawskiego i wszystko wokół, że czujemy, że tytanicznym wysiłkiem udaje nam się nawiązać ciągłość z tą Polską. Jeszcze tylko kilkaset takich książek i kilkadziesiąt filmów i kto wie. Więc Warszawski niebotyk to jest taka książka, która przenosi nas w polską krainę szczęśliwości. Klasyczna narracja w wykonaniu wszystkowiedzącego narratora. Być może trochę zbyt wszystkowiedzącego. Może za mało sytuacyjnych dialogów. Są dłużyzny, ale pięknie płynące. Prosta, spokojna historia pięciu młodzieńców, wchodzących w dorosłe życie na przełomie lat 1933/34. Fajnie rozegrany motyw wieżowca Prudentiala na Placu Napoleona, tytułowego „niebotyku”. Właściwie wszystko krąży wokół tego, jak tych naszych pięciu młodzieńców rozgrywa kwestię wyboru towarzyszki życia. Kto z tych młodych mężczyzn jaką ma głowę do kobiet. Czy dokona dobrych wyborów, czy złych. Są pokazane te dobre wybory, są też pokazane złe i ich konsekwencje. Bardzo dużo dobrej doktryny, w sensie wypróbowanej mądrości życiowej. Ale ostatecznie historia jest bardzo ciepła, rodzinna, przyjemna. Po tej lekturze żyć się chce. 

1 komentarz :

  1. Zbyszek, dzięki za recenzję tej książki. Na pewno po nią sięgnę. Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że chcąc nie chcąc, sięgamy po te, z dobrych źródeł. Taki odruch bezwarunkowy. Z drugiej strony, dla własnego szerszego horyzontu, dobrze jest poczytać co piszą inni. I właśnie wtedy okazuje się, że trudno nam się takie rzeczy czyta, bo uświadamiamy sobie, że w danej książce do czegoś lub kogoś "piją", albo są puste. Po prostu. U mnie i tak silniejsze jest sięganie po wartościowe i treściwe książki, gdyż codzienność i rzeczywistość funduje taki chłam, iż człowiek ucieka się do przestrzeni, w której może swobodnie oddychać.

    Pozdrawiam serdecznie


    Kasia

    OdpowiedzUsuń