17 września 2015

Klub Włóczykijów


Rzadko piszę recenzje, a właściwie to ich w ogóle nie piszę, bo nie za bardzo potrafię. A recenzji filmów to już w ogóle. Szczególnie polskich. Nie mówiąc już o zagranicznych. Mało oglądam i się nie znam, nie mam skali porównawczej. Wolę czytać książki. A propos wczoraj zdarzyła mi się rzecz zupełnie niesamowita. Ustrzeliłem w empiku nowość, debiut polskiej autorki Marii Paszyńskiej, Warszawski niebotyk, oderwać się nie mogę. Nigdy mi się to nie zdarzyło, żeby na pniu kupić książkę w księgarni. Wydawało mi się to niemożliwe, w dodatku polskiego autora. Ciągle tylko ta Bator, Dehnel, Stasiuk, Tokarczuk, Chutnik, Twardoch i reszta stajni rodem wiadomo skąd. Czytać się nie da, a jak się zrobi już ten błąd i się przeczyta, to żyć się nie da. Recenzji książek też nie potrafię pisać. Ojciec Michał Pac potrafi. Napisał cudowną recenzję mojej pierwszej powieści. Mam nadzieję, że napisze też recenzję drugiej.

Ale ponieważ wczoraj byliśmy z Marysią na premierze filmu Klub Włóczykijów na zaproszenie Mateusza Budnika, który ten film montował, to postanowiłem, że napiszę coś. Zaliczyłem dobry polski debiut książkowy i filmowy jednego dnia. Wieje wiatr zmian. Mateusza poznałem, gdy miał 10 lat i był jednym z filarów klubu zajęć pozaszkolnych, który wówczas prowadziłem. Jak on grał w piłkę! Żeglował po morzach, potem skończył prawo, a teraz robi filmy, w dodatku bardzo dobre. Skromny chłopak z Ursusa. Jestem pod wielkim wrażeniem.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego piszę tę recenzję. Tata Mateusza robił dla nas film z Eurojamu 2003 w Żelazku. Wszyscy pamiętamy, jak dobry był to film, co jest zasługą przede wszystkim Krzyśka Noworyty, no, ale też taty Mateusza. Teraz jego syn i córka robią bardzo dobry film. W każdym razie daje nam taką dodatkową satysfakcję, że na dobrych ludzi postawiliśmy wtedy w 2003 roku.



Ten film ogląda się bardzo dobrze. To jest taka komedia przygodowa. Kino familijne. Nie czytałem książki Niziurskiego „Klub włóczykijów”, ale z daleka widać, że związek filmu z książką jest bardzo luźny. Dla mnie nie miało to żadnego znaczenia, bo skoro nie czytałem książki, to nie miałem jakichś oczekiwań z tym związanych. Jak mówię, ja się nie znam na filmach, ale wydało mi się, że jest on bardzo polski, że tam nie ma jakiegoś głupiego naśladowania dziwnych manier „zachodnich”. Są śliczne plenery Jury Krakowsko-Częstochowskiej, ruiny zamku w Siewierzu, góra Mały Giewont z krzyżem na szczycie w Olsztynie k. Częstochowy. Cudownie uchwycone stare uliczki Gliwic i rynek Pułtuska. Jest fajne wykorzystanie motywu krzyża. Super kabaretowa scena z milicją w hotelu z rewelacyjnym Mikołajem Grabowskim.

Nareszcie na miejscu jest Karolak, który na szczęście nie gra amanta, na którego się nie nadaje, ale zwyczajnego opryszka i jest w tym naturalny i przekonujący. Młodzi aktorzy, naturszczycy, są świetni, szczególnie Maks i Cyprian. Ten pierwszy to taki typowy polski łobuziak, bystrzak z podwórka. Ten drugi, taki wychuchany hipochondryk, który, dzięki całej przygodzie staje się mężczyzną, solidnie zapracowując na to, by zdobyć serce Asi (doskonały kluczowy dialog między obojgiem, kiedy Cyprian mówi, że „miał powód” – świetne to jest). Podobało mi się wykorzystanie grafiki, szczególnie do streszczenia całej historii skarbu w wykonaniu Maksa, a potem za drugim razem, przy nakładaniu czarno-białych rysunków na panoramę Jury.



Dwa „hollywoodzkie” momenty są zrobione z wyczuciem i nie rażą pretensjonalnością. Mam na myśli scenę ze szkieletem dinozaura i oczywiście rewelacyjną scenę z pociągiem. Ta ostatnia jest po prostu bardzo dobra. Jest też w niej duży ładunek ironii w stosunku do Holywoodu właśnie, co publiczność doceniła gromkim wybuchem śmiechu. Doskonałe. W ogóle pokazowi towarzyszyły liczne wybuchy serdecznego śmiechu widowni, co wystawia filmowi dobrą recenzję. Komedia nie tylko z nazwy, jak to się często zdarza z tym gatunkiem, obfitującym w drętwy humor.

Wreszcie puenta i przesłanie. Proste, ale zaskakujące. Zgodnie z zasadami sztuki odwracające do góry nogami cały przebieg akcji. Brawo dla Tomasza Szafrańskiego, scenarzysty i reżysera, że się na takie zakończenie zdecydował, potem umiejętnie puszczając oko do widza w epilogu, niby wszystko odkręcając. Fajna zabawa.

Nie wiem, czy film się wszystkim spodoba, ale dobrze, że nasza rodzima produkcja filmowa wzięła się za takie typowo polskie motywy, przedstawione komediowo, ale bez wyszydzania i obrażania naszych najgłębszych uczuć. Za to jestem najbardziej twórcom tego filmu wdzięczny. Mam nadzieję, że ten film odniesie sukces, co jak mówi Mateusz, jest ważne, żeby mogli myśleć o następnych tego typu realizacjach. Że w ten sposób może przekonają tych wszystkich decydentów, którzy myślą, że młodzieży polskiej można pokazywać tylko filmy o trupach, transformersach, zombie i horrorach. Czyli serwować jej halołin.

Klub Włóczykijów jest zrobiony przez debiutantów, na bardzo niskim budżecie, aktorzy, realizatorzy nie wzięli kasy, tylko włożyli swoją pracę. To też budzi moją wielką sympatię. Teraz czekają na werdykt publiczności, chcą, by to ona ich wynagrodziła, a nie bogaty sponsor, narzucający warunki nie do przyjęcia. Z czystym sercem zatem ten film polecam. Od jutra, 18 września, w całej Polsce. Warto pójść z całą rodziną, zastępem, drużyną do kina na Klub Włóczykijów!