12 października 2015

Proust o czytaniu

"(...) Oto, w rezultacie, jedna z wielkich i cudownych cech literatury pięknej (która pozwoli nam zrozumieć zasadniczą i równocześnie ograniczoną rolę, jaką lektura może odgrywać w naszym życiu wewnętrznym), dla autora brzmi ona „Konkluzja”, a dla czytelnika „Początek-Inspiracja”. Wyczuwamy doskonale, że nasza mądrość zaczyna się tam, gdzie kończy się mądrość autora i chcielibyśmy, by dał nam więcej odpowiedzi, podczas gdy wszystko, co może nam dać to pragnienia. Budzi w nas te pragnienia tylko wtedy, gdy umożliwia nam, dzięki artyzmowi, na jaki go stać, kontemplację najwyższego piękna. Jednakże na podstawie szczególnego i, co więcej, opatrznościowego prawa, którym rządzi się duch ludzki (prawa, które oznacza być może, że nie możemy otrzymać prawdy od nikogo i musimy do niej dotrzeć własnymi siłami), to, co jest kresem ich mądrości, jawi się nam jako początek naszej, w taki sposób, że to właśnie w chwili, gdy powiedzieli nam wszystko, co mieli do powiedzenia, wywołują w nas poczucie, że nic nam jeszcze tak naprawdę nie powiedzieli. Zresztą, jeśli stawiamy im pytania, na które nie mogą odpowiedzieć, domagamy się również od nich odpowiedzi, które do niczego by nam nie służyły. Albowiem to właśnie miłość wzbudzają w nas poeci skłaniając nas do przywiązywania wagi do rzeczy, które dla nich są jednie wyrazem osobistych uczuć. W każdym obrazie, który nam przedstawiają, wydaje się, że dają nam jedynie skąpy wgląd w to cudowne miejsce, różne od wszystkich innych, w które chcielibyśmy, by nas w pełni zagłębili. 

„Prowadźcie nas”, chcielibyśmy móc powiedzieć do pana Maeterlincka i pani de Noailles, „do ogrodu Zelandii, gdzie rosną staroświeckie kwiaty”, po pełnej aromatów drodze „koniczyny i piołunu” i po wszystkich miejscach tego globu, o których nam nie opowiedzieliście w waszych książkach, ale które uważacie za tak samo piękne, jak te. Chcielibyśmy zobaczyć to pole, które Millet (bowiem malarze uczą nas na wzór poetów) pokazuje w swojej „Wiośnie”, chcielibyśmy, by Claude Monet poprowadził nas do Giverny, nad brzegiem Sekwany, do tego zakola rzeki, które ledwie możemy rozpoznać w porannej mgle. Natomiast, w rzeczywistości, było dziełem przypadku, wynikającego ze znajomości lub z relacji rodzinnych, że pani de Noailles, Maeterlinck, Millet lub Monet wybrali tę drogę, ten ogród, to zakole rzeki, a nie jakiekolwiek inne. To, co sprawia, że wydają nam się inne i piękniejsze niż wszystkie inne na świecie, to fakt, że niosą w sobie jak nieuchwytny odblask, wrażenie, które pozostawiły na geniuszu, a które chcielibyśmy, by błąkało się tak samo szczególnie i władczo na obojętnym i poddanym obliczu każdego nienamalowanego przezeń krajobrazu. Ten pozór, którym nas oczarowuje i rozczarowuje i poza który chcielibyśmy się przebić, to właśnie sama istota tej rzeczy, w jakiś sposób bez głębokości, - ułuda zatrzymana na płótnie – którą nazywamy wizją. I ta mgła, którą nasze łapczywe oczy chciałby przebić, to właśnie ostatnie słowo sztuki malarskiej. Najwyższy wysiłek pisarza, podobnie jak artysty, osiąga jedynie to, że częściowo unosi dla nas zasłonę brzydoty i braku znaczenia, która nas czyni obojętnymi wobec wszechświata. 

Mówi więc do nas: „Spójrz, spójrz,

„Pachnący koniczyną i piołunem,
Przytulający swoje rwące wąskie strumienie
Krajobraz Aisne i Oise”.

„Spójrz na dom Zelandii, różowiejący i lśniący jak muszla. Spójrz! Naucz się patrzeć!”. W tej właśnie chwili znika. To cena, jaką płacimy za lekturę i to również jej niewystarczalność. To przypisywanie zbyt wielkiego znaczenia temu, co jest tylko inspiracją do uczynienia zeń poważnej dyscypliny. Lektura jest progiem życia wewnętrznego; może nas weń wprowadzić, ale sama go  nie stanowi.

Wszelako są przypadki, przypadki patologiczne, jeśli się tak można wyrazić, depresji wewnętrznej, w których lektura może odegrać rolę dyscypliny uzdrawiającej i mieć za zadanie, przez częste powtórzenia, wprowadzić na nowo leniwego ducha w świat ducha i myśli. Książki grają wówczas rolę analogiczną do tej, jaką ma psychoterapeuta wobec niektórych neurasteników.

Mówi się, że w pewnych schorzeniach układu nerwowego, chory, jakkolwiek żaden jego organ nie jest dotknięty, to jednak jest zatopiony w swego rodzaju niemożliwości chcenia, jak w głębokiej rutynie, z której nie może się sam wyzwolić i z ryzykiem ostatecznej zapaści, gdyby nie pojawiła się silna ręka wyciągająca go z toni. Jego mózg, nogi, płuca, żołądek są nienaruszone. Nie ma żadnej fizycznej przeszkody, by pracować, chodzić, znosić zimno, jeść. Jednakże tych wszystkich czynności, które byłby w stanie wykonać, nie jest w stanie chcieć. Ostateczny stan fizyczny, nieubłagana konsekwencja tej wewnętrznej inercji woli, w którym by się znalazł stanowiłby odpowiednik wszystkich chorób, których nie ma, gdyby impuls, którego w sobie nie znajduje, nie przyszedł z zewnątrz, od lekarza, zajmującego się nim aż do chwili, gdy powoli zostanie zrehabilitowana jego wola. 

Otóż, istnieją takie wnętrza ludzkie, które można porównać do tego typu chorych, którym jakiś rodzaj lenistwa, czy frywolności przeszkadza w spontanicznym wejściu do najgłębszych zakamarków własnego ja, gdzie zaczyna się prawdziwe życie ducha. Jak tylko raz uda się ich poprowadzić, będą zdolni do odkrycia i zagłębienia się w prawdziwych bogactwach, jednakże bez tej zewnętrznej interwencji żyją na powierzchni w wiecznym zapomnieniu o sobie samych, w jakiegoś rodzaju bierności, która czyni z nich igraszkę wszelkich przyjemności, umniejsza ich do wymiarów tych, którzy ich otaczają i nimi poruszają, i podobni do tego młodzieńca, który uczestnicząc od dzieciństwa w życiu szajki złodziei, nie pamiętał jak się nazywa, gdyż od zbyt dawna swego nazwiska nie używał, skończyliby niszcząc zupełnie wszelkie uczucie i pamięć o ich szlachetności duchowej, gdyby nie moc z zewnątrz nie wprowadziła ich, w pewnym stopniu siłą, w życie wewnętrzne, gdzie natychmiast odzyskują możność samodzielnego myślenia i tworzenia. 

Otóż ta siła, której duch leniwy nie znajduje w sobie samym i która musi przyjść od kogoś innego, jest naturalne, że musi ją otrzymać w samotności, poza którą, jak widzieliśmy, nie może mieć miejsca ta twórcza aktywność, którą właśnie należy w nim wzbudzić. Z czystej samotności, duch leniwy, nie byłby w stanie niczego wykrzesać, gdyż nie jest w stanie tej aktywności twórczej obudzić. Jednakże nawet najwznioślejsza konwersacja, mądre i pchające do działania rady również nie służyłyby mu do niczego, albowiem tej pierwotnej twórczości nie są w stanie wzbudzić bezpośrednio. To czego trzeba zatem, to interwencji, która przychodząc z zewnątrz, równocześnie dokonuje się w nas samych, to impuls innego ducha, ale otrzymany w samotności. Otóż, widzieliśmy, że to właśnie była nasza definicja lektury i że tylko lektura jest w stanie to uczynić. Jedyna dyscyplina, która może tak wpłynąć na takiego ducha, to lektura: czego należało dowieść, jak mówią geometrzy. 

Lecz wciąż, lektura działa tylko na zasadzie inspiracji, która w niczym nie może zastąpić naszej osobistej aktywności; lektura zadowala się przywróceniem nam tej zdolności, podobnie jak w schorzeniach nerwowych, o których mówiliśmy wcześniej, psychoterapeuta tylko przywraca choremu wolę posługiwania się swoim żołądkiem, nogami, mózgiem, które były nienaruszone. Niech będzie zresztą dowiedzione, że wszystkie duchy uczestniczą mniej lub bardziej w tym lenistwie, stagnacji oraz, że nawet jeśli nie jest to konieczne, to jednak uniesienie, które towarzyszy pewnym lekturom, wywiera zbawienny wpływ na osobistą twórczość, mówi się w końcu o niejednym pisarzu, który chciałby przeczytać piękną książkę zanim sam zabierze się do pracy. Emerson rzadko zaczynał pisanie zanim nie przeczytał ponownie kilku stron Platona. A Dante nie jest jedynym poetą, którego Wergiliusz poprowadził aż na próg raju.


Na tyle, na ile lektura jest dla nas inspiratorką, której magiczne klucze otwierają głęboko w nas wrota pomieszczeń, których nie potrafilibyśmy sami spenetrować, jej rola w naszym życiu jest zbawienna. Staje się jednak niebezpieczna, kiedy, zamiast nas budzić do osobistego życia wewnętrznego, lektura zmierza do jego zastąpienia, kiedy prawda nie jawi się nam już jako ideał, który możemy realizować jedynie dzięki osobistemu rozwojowi własnego myślenia i wysiłek naszego serca, ale jako coś materialnego, zdeponowanego między kartkami książki, jak gotowy miód, przygotowany przez innych i który tylko czerpiemy jak tylko znajdziemy się w bibliotece i następnie kosztujemy biernie w doskonałym relaksie ciała i ducha.(...)"

Marcel Proust, Sur la lecture, przedmowa do francuskiego przekładu książki Johna Ruskina, Sesame et le lys (tłum. własne).