19 maja 2017

Szesnasty rok

Zadzwoniła Kasia, prosząc mnie o to, czy może wykorzystać moją stronę do testowej analityki wejść, klikalności, etc. Ja oczywiście się zgodziłem, ale wyraziłem wątpliwość co tam się dzieje i czy w ogóle ktoś to jeszcze czyta. Dobrych parę miesięcy, czy nawet pół roku nie sprawdzałem. Wszedłem więc, żeby sprawdzić i patrzę, a tu miła niespodzianka. Postanowiłem zatem jakoś wynagrodzić tym wszystkim, którzy wchodzą na tę stronę mimo uporu autora, by nic nowego tam nie umieszczać. W końcu ileś tekstów leży w tzw. szufladzie, więc nie ma problemu, żeby coś wybrać i powiesić. Np. ciąg dalszy drugiej powieści, która ma roboczy tytuł "Szesnasty rok". Jak pamiętacie ona zaczynała się na tym murku pod blokiem, który widać na zdjęciu i jest o osiedlu "XV-lecia", o Radomiu i o piętnastolatkach. Opisuje "szesnasty rok" życia grupy przyjaciół. Zgadniecie też łatwo, że ona niby się dzieje teraz, ale tak naprawdę dawno temu. Taki zabieg nie wiem do końca, czy fair, czy nie, ale jakoś o to nie dbam specjalnie. Nie mam czasu, żeby myśleć o wydawaniu i promowaniu książek. Jest to, co prawda, sprawa wybitnie niedochodowa, no chyba, żeby wydawać i sprzedawać samemu, co oznacza full time job, natomiast szalenie przyjemna. Przeżyłem w życiu wiele przyjemnych rzeczy, ale wszystko, co się wydarzyło wokół powieści "Twoja dusza była perłą" było po prostu arcyprzyjemne.



Jesień

Nazajutrz, z rękoma w kieszeniach, w białej koszuli wypuszczonej na wierzch, dżinsach i marynarce, powłóczył nogami w kierunku szkoły, wybierając najdłuższe warianty drogi między podwórkami. Prognozy się nie sprawdziły, wstało słońce, zrobiło się nawet cieplej niż dzień wcześniej. Jesień nie nadeszła, lato trwało w najlepsze. Nie poprawiało to, co prawda, humorów gimnazjalistów, zmierzających w kierunku szkoły podobnie jak Karol. Nie wiadomo dlaczego, wpadła mu rano w ucho melodia „Desperado, why don’t you come to your senses” i nucił ją teraz świadomie i podświadomie. Oglądali jakiś czas temu film z tą piosenką. Nie pomyślał nawet, że słowa jakoś korespondują nie tylko z jego nastrojem, ale również z wielką potrzebą obalenia ogrodzeń, które nie wiadomo kto wciąż stawiał, czy on, czy inni, czy tak same po prostu się stawiały. Nie mógł też wiedzieć, że dzień miał przynieść niespodziankę i niejako spełnić słowa piosenki.

 

Wszedł do budynku, niesiony przez tłum, odnalazł swoją klasę na sali gimnastycznej, przywitał się z kolegami, wystał akademię rozpoczynającą rok szkolny i ciągle w wielkiej rzece głów dotarł na swoje miejsce w sali. Jednak dopiero, gdy weszła wychowawczyni zorientował się, że obok niego nie siedzi Jacek, ale jakiś zupełnie nowy gość. Machinalnie rozejrzał się po klasie, ale Jacka nie dostrzegł. W końcu, jakby zmuszony i niezadowolony, szturchnął nowego i mruknął: „Karol”. Tamten, jakby oczekując na ten gest, uśmiechnął się ciepło i podając rękę, o czym Karol nie pomyślał, odpowiedział: „Wojtek, miło mi”. Karola i trochę zdenerwowało i jednocześnie zaimponowało, to „miło mi” i ten serdeczny uśmiech. Zawstydził się, że sam się nie zdobył na większą uprzejmość. To było też powodem tego zdenerwowania. Zaczęła się smętna lekcja powitalno-organizacyjna i mógł przez chwilę o tym nie myśleć. Siedział znudzony zerkając za okno tak, by nie okazać wychowawczyni lekceważenia. Gdzie się podział Jacek? Rozległ się dzwonek na przerwę. Chciał, pominąwszy nowego, wstać i od razu pójść do kolegów. Trochę, by pogadać o wszystkim, a trochę by nie musieć od razu robić wysiłku zaprzyjaźniania się z nowym. Poza tym miał doskonały pretekst: dowiedzieć się, co się stało z Jackiem. Zrobiło mu się jednak trochę głupio i nie ruszył się z ławki. Nowy też się nie ruszył, co więcej, odwrócił się w jego kierunku z wyraźną ochotą na konwersację. Karol wyczuł, że wypada mu zacząć.

- Czyli jesteś tu nowy? – zagadnął, jakby to nie było oczywiste.

- Tak. Przeprowadziliśmy się z Wrocławia. Mój tata jest neurochirurgiem i dostał się tu w Radomiu do szpitala na specjalizację.

I w tonie, z jakim to wypowiedział i z samej treści, Karol wyczuł, że Wojtek stoi wyżej od niego, jeśli chodzi o ogólną kulturę. Równocześnie wyraźnie się dało wyczuć brak wywyższania się, czy arogancji. Dalsza rozmowa potwierdziła pierwszą intuicję. Ten gość jest „równy”.

- Chodź, poznam cię z innymi. – zaproponował Karol. Wyszli na korytarz i podeszli do grupki chłopaków. Karol przedstawił Wojtka, który wzbudził umiarkowane zainteresowanie kolegów Karola. Przede wszystkim mieli ochotę pogadać w swoim gronie po długim niewidzeniu. Karol został więc sam na sam z Wojtkiem.

- Wiesz, ta buda jest całkiem znośna, przekonasz się. – przyjął ton preceptora. – Wychowawczyni już widziałeś, jaka jest. Nudna, ale nieszkodliwa. Chłopaki dziś trochę zajęci sobą, ale zobaczysz, że są spoko. Dziewczyny takie trochę nijakie. Normalnie trzymamy z tymi z „A”. To wielka zdobycz Arka, tego tam – tu wskazał na jednego z przedstawionych Wojtkowi wcześniej – on chodzi z Moniką z „A”, która jest takim „guru” dla całej szkoły, a szczególnie dla dziewczyn ze swojej klasy. No i dla nas. – Tu mrugnął porozumiewawczo. Spostrzegł, że ta ostatnia kwestia zrobiła na Wojtku pewne wrażenie i pogratulował sobie w duchu dobrego strzału. W nieokreślony sposób wyczuł, że ten nowy jest już jego.

- Buda jak buda. Radom to nie Wrocław. Mam nadzieję, że nie będziesz za bardzo cierpiał.

Wojtek uśmiechnął się przyjaźnie.

- Spoko. Mieszkałem w mniejszych miastach. A Radom jest całkiem duży.

- Niby tak, ale to nie Wrocław. Nigdy nie byłem we Wrocławiu.

- Nie? Musisz kiedyś pojechać. Stare Miasto, Odra, mosty. No i okolica. Niedaleko do Kotliny Kłodzkiej.

- Mów mi mów. Niewiele mi to mówi.

- Sorry. Wybierzemy się kiedyś i Ci pokażę.

Karola zaskoczyła ta wypowiedź. Świadczyła o tym, że Wojtek już go uznawał za przyjaciela. Mówił z jakimś zaufaniem, pewnością siebie, wyzbytą z arogancji i pyszałkowatości. „Równy gość”, znów przyszło Karolowi na myśl.

- Ok. Ale najpierw ja pokażę ci Radom, he he he….

- Będę zobowiązany.

„Kurka, jakiego słownictwa ten gość używa”, przemknęło szybko przez głowę Karolowi.

- Pierwsza rzecz, która musisz wiedzieć o Radomiu. Kiedyś na murze, jak się wyjeżdżało pociągiem z Krakowa do Warszawy, był taki napis „Warszawa Radomiem Europy!”.

- Na serio! Ha ha ha ha…. – Wojtek zaczął się tak serdecznie i autentycznie śmiać, że aż Karolowi zrobiło się głupio. Lubił swoje miasto i nie wstydził się go, ale śmieszył go bardzo ten napis na murze w Krakowie i nie wahał się opowiadać tego kolegom z harcerstwa z innych miast, podkreślając w ten sposób, że miał dystans i nie brał tego do siebie. No, ale Wojtek teraz trochę przesadzał, jakby się naprawdę śmiał z Radomia.

- Super to jest! – Wojtkowi nie przechodziło, za to przeszło Karolowi, którego ujęła autentyczność Wojtka. Roześmiał się razem z kolegą. Zaczęła się kolejna lekcja. Wojtek nie odstępował Karola ani na krok, a ten dyskretnie szczycił się nim przed innymi, niczym trofeum. Poza tym, Wojtek wyraźnie imponował reszcie. Był bez kompleksów, co trochę irytowało tych śmielszych i silniejszych. Wiadomo, oczekiwaliby, by nowy był nieco mniej pewny siebie. Karolowi natomiast, jako temu, którzy oswoił nowego, w ogóle to nie przeszkadzało. Szybko wyczuł w Wojtku wiernego sojusznika. Ale dopiero w drodze ze szkoły, gdy się już pożegnali, Wojtek poszedł na autobus, mieszkał na Osiedlu Akademickim, Karolowi przyszła do głowy po raz pierwszy nieśmiała jeszcze, ale wyraźna myśl. A raczej przeczucie, a nie myśl. „A jak by się dał namówić do mojego zastępu?”. Odezwała się jednak niewiara w siebie, czy też wrodzona nieśmiałość, czy może nie chciał zapeszyć z lęku przed porażką i szybko ukrył tę myśl przed sobą.

 

Co ma się w głowie w wieku 15 lat? Kiedyś to był bardzo poważny wiek, obarczony bardzo poważną decyzją wyboru szkoły średniej. W dodatku, jeśli ten wybór padał na najlepsze liceum lub technikum w mieście w roczniku wyżu demograficznego i rekrutacja kończyła się sukcesem, wówczas coś uskrzydlało i nadawało sens. Piętnastolatek stawał się licealistą, czyli kimś poważnym. Możliwe były jeszcze inne sposoby określenia swojego miejsca na ziemi. Załóżmy, że do Polski przyjeżdżał na koncerty zespół, za którym się od lat przepadało i że okazywało się, że najbardziej pasuje koncert w Gdańsku. Nasz piętnastolatek wychodzi z domu i jedzie do tego dalekiego Gdańska na ten koncert, mówiąc rodzicom coś pod nosem, czego oni nie rozumieją, a co on uważa za wystarczające poinformowanie ich. Znika z domu na 24h. Bierze udział w koncercie ulubionego zespołu, słyszy na żywo wszystkie najlepsze kawałki, na własne oczy, z odległości kilkunastu metrów widzi swoje bożyszcza. Po czym wraca do domu i zamiast histerii spotyka się z ulgą na twarzach rodziców „ jak dobrze, że wróciłeś!”. Dopiero wtedy dostrzega, że zrobił coś nie do końca rozsądnego, czego nie zamierza powtórzyć, ale z czego jest absolutnie dumny. W wieku 15 lat taki wyczyn!

Ale jak się człowiek kisi w 3 klasie gimnazjum, perspektywa liceum jest jeszcze odległa, poza tym z racji słabej demografii, sprawa dostania się nawet do najlepszego liceum nie jest wielkim wyzwaniem, a ulubione zespoły od lat albo nie istnieją albo straciły tego jedynego, legendarnego wokalistę albo omijają kraj….

 

Owszem można się zakochać, zresztą w tym wieku to stan permanentny, czy ktoś kiedyś widział piętnastolatka, który by nie był aktualnie zakochany? Ale już przejście do marzeń do czynów najczęściej wiąże się z ryzykiem niespełnienia, z rozczarowaniem, zamiast z uwolnieniem, to z czymś wręcz zgoła przeciwnym, bo krucha emocjonalność i chłopięca niedojrzałość nie pozwalają jeszcze na prawdziwe smakowanie najpiękniejszych relacji. Znaleźć się w klatce wtedy, gdy się chce wyruszyć w świat, co to za interes? No chyba, że się jakoś dobrze trafi, że to nie będzie coś obezwładniającego, ale otwierającego nowy horyzont właśnie. Ale jak się o tym przekonać zawczasu? Zresztą jak kto woli. W wieku 15 lat już by się coś chciało, ale tak naprawdę niewiele można. Co najwyżej wrócić ze szkoły, wsiąść na rower i pojechać hen, hen daleko….

 

W domu był kult roweru. Nie wiadomo dokładnie dlaczego, ojciec, gdy Karol miał lat 12, a Edmund lat 14, pewnego dnia zabrał ich do sklepu z rowerami i kazał im wybrać, każdemu, własny rower. Edmund miał sprecyzowane oczekiwania w tym względzie i nie zawahał się ani minuty.

- Ten, tato! – wskazał na dość porządny rower szosowy. „Kolarzówkę”, jak mawiał. Karolowi, który nie miał zielonego pojęcia, o jaki rower poprosić, Edmund zasugerował tańszy rower tego samego typu. Zadbał o to, by jednak brat czuł hierarchię. Odtąd rower stał się ważną częścią ich życia. W okresie wiosenno-letnim, jeśli nie byli akurat na boisku, można było być pewnym, że pędzili gdzieś na rowerach. Jeździli oczywiście po szosie, nie bojąc się samochodów, łapiąc się czasem na „koło” za wolniejszymi pojazdami, traktorem, czy ruszającym tirem lub autobusem. Z czasem zapuszczali się coraz dalej i dalej. Najchętniej pędzili w kierunku na Brzózę z racji mniejszej ruchliwości na drodze. Ich ambicją było zaliczyć wszystkie, najmniejsze wylotówki z Radomia, potem miejscowości w zasięgu 10-15 km, wreszcie wszystkie miejscowości w zasięgu 30-40 km.

 

Karol wrócił do domu tego pierwszego dnia szkoły, zjadł coś i niewiele się namyślając, wziął klucze do boksów i już do nie było. Ojciec załatwił niedawno jedną komórkę w boksach i tam trzymali rowery, całkiem niedaleko mitycznej, lśniącej, wypucowanej Jawy pana Prońko, na którą zawsze musieli obowiązkowo rzucić okiem. Nie do końca wiadomo tak naprawdę, czy na samą Jawę, czy bardziej na jej wypucowanie. Za chwilę był już na ulicy i jakoś nie myśląc specjalnie gdzie jedzie, już był na 11 Listopada, potem na Kozienickiej, dojechał do ronda i tu pojawił się pierwszy dylemat: jechać na Pionki, czy na Zwoleń. Wybrał Zwoleń drogą krajową nr 12. Było ciepłe popołudnie, słońce zniżało się powoli ku horyzontowi, miał je z tyłu , więc przepięknie oświetlało mu drogę prowadzącą na wschód. Jechało mu się wyjątkowo lekko i szybko, dopiero w drodze powrotnej uświadomi sobie, że jechał z wiatrem po prostu, choć wtedy już wiatr się znacznie uspokoi, jak to często bywa wieczorami.

 

Po chwili gnał wśród pól, łąk i zagajników gęsto usianych zagrodami i gospodarstwami. O! piękna wsi radomska! Któż nigdy w tobie nie był zakochany?! Któż do ciebie nie zatęskni po latach mieszkania w wielkim mieście?! Pierwsze zetknięcie Karola ze wsią miało miejsce, gdy był jeszcze małym chłopcem. Ojciec zabrał go po raz pierwszy do swojej rodzinnej wsi, Pakosławia k. Iłży, 30 km na południe od Radomia. Jechało się drogą asfaltową od Iłży grzbietem szerokiego stepu. Po prawej pola, lasy i wsie dokąd okiem sięgnąć. Po lewej pola wznoszące się po horyzont. Gdzieś w oddali na wprost, w dole, Pakosław, a za nim ściana lasów. Droga gwałtownie się urywała i dalej jechało się najpierw kamiennymi wybojami, a potem w piachu, który w lecie kurzył się okropnie. W całej wsi nie było innej drogi niż piaszczysta. Zagrody były brudne od odchodów kur przechadzających się majestatycznie, głośno było od kwiku świń i muczeń krów. Roje much tłoczyły się wszędzie, gdzie znajdował się człowiek lub zwierzę. Zapach odchodów niósł się przez całą wieś. Spał, a raczej nie spał w domu przylegającym ściana do obory i czuwał przez całą noc, wsłuchując się w odgłosy kopyt od czasu do czasu stukających w ścianę. Bał się, że ściana runie, a jego zadepczą krowy. Czy są jeszcze takie wsie jak ongiś Pakosław? Takie jak z książki „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego? Nie lubił Pakosławia. Za to uwielbiał Iłżę, z jej zamkiem, z wyżłobioną głęboko doliną, w której leżało miasto, ze ślicznym kościółkiem, gdzie tata był ministrantem, z cmentarzem na skarpie, gdzie leżeli dziadek i babcia. Lubił też pola pakosławskie, szczególnie te biegnące w górę na południe, ginące gdzieś na horyzoncie, miał wrażenie, że jest na Dzikich Polach, a z załamania terenu wyłoni się za chwilę czambuł tatarski, któremu stawi czoła Pan Wołodyjowski, zjawiwszy się nagle nie wiadomo skąd ze swymi ludźmi i ratując Pakosław przed spaleniem, a mieszkańców przed uprowadzeniem w jasyr.

 

Minął miejscowość Gózd. Przed kościołem z czerwonej cegły i szarym dachem z cynkowanej blachy uczynił znak krzyża. Tu dojeżdżał autobus miejski „G”. Znał to miejsce, bo towarzyszył kiedyś ojcu na trasie autobusu. Wiatr niósł go szybko dalej. Sam był zaskoczony jak szybko dojechał do Zwolenia, choć dystans 30 km zawsze budził w nim respekt i zniechęcał do podejmowania samotnie takiej próby. A tu się okazało, że dojechał praktycznie bez wysiłku. Dojechał do rynku, kupił w sklepie paczkę „Delicji”, małą „Muszyniankę” i usiadł na ławce pod pomnikiem Jana Kochanowskiego. Przyszło mu do głowy kilka zapamiętanych wersów poety:

A nigdy nie zabłądzi,

Kto tak umysł narządzi,

Jakoby umiał szczęście i nieszczęście znosić,

Temu mężnie wytrzymać, w owym się nie wznosić.

 

Pomyślał, że w sumie to niedaleko jest Czarnolas i byłoby całkiem przyjemnie położyć się cieniu lipy czarnoleskiej i podumać o życiu (czyli o Beacie…), ale spostrzegł się, że jest już późno i trzeba będzie wracać. Ruszył w drogę powrotną, ale nieprzyjemnie go zaskoczył czołowy wiatr. Nie czuł się jeszcze zmęczony i gdy dostrzegł na horyzoncie drogowskaz na Pionki, szybko wyobraził sobie mapę i doszedł do wniosku, że to jakoś musi być po drodze, bo pamiętał, że z Pionek do Radomia było ok. 20 km. Mając nadzieję, że ze Zwolenia do Pionek jest niedaleko, niewiele się namyślając skręcił w prawo w drogę na Pionki. Droga się jednak dłużyła, Pionek ani widu ani słychu, jeszcze dawał radę, ale siły powoli go opuszczały. Do Pionek ze Zwolenia zrobił prawie 20 km i gdy w końcu dojechał opadł zupełnie z sił. Tym razem kupił w sklepie coca-colę i paczkę „Hitów”. Położył się na trawie i długo odpoczywał. Gdy ruszył znowu, okazało się, że niewiele to pomogło i do samego Radomia wlókł się na najlżejszym przełożeniu, niewiele szybciej od pieszego. Jedyną pociechą była otaczająca go, przybliżająca się i tworząca tunel, którym jechał, a czasem oddalająca i otwierająca wielką polanę, Puszcza Kozienicka. Wyjechał właśnie z lasu na taką wielką polanę.

 

Wielka, czerwona kula wisiała nad ginącą na horyzoncie ścianą lasu. Przed nim leżała jakaś wieś na długiej prostej. Im bardziej się przybliżał do centrum wsi, tym bardziej droga się wznosiła. Jeszcze chwila i na tle zachodzącego słońca dostrzegł, dokładnie na wprost piękną bryłę kościoła. Zbliżył się bardziej, zsiadł z roweru i wszedł przez furtkę na teren otaczający kościół. Był oszołomiony. Skąd w takiej wiosce tak piękny kościół. Nigdy tu nie był. Wiedział już, bo dostrzegł tablicę na drodze, że to Jedlnia Kościelna. Znał tylko Jedlnię Letnisko, bo tam też jeździł autobus miejski linii „J”, był z ojcem. Ale do Jedlni Kościelnej już autobusy miejskie nie docierały. Dostrzegł otwarte drzwi, zostawił rower na zewnątrz, nie zatroszczył się nawet, by go zabezpieczyć, wszedł do przedsionka i doznał kolejnego olśnienia na widok pięknego barokowego wystroju wnętrza. Czerwony marmur kolumn po obu stronach nawy, złocony ołtarz, brąz ławek i dobrane kolory mozaiki pod stopami, nikłe już, ale przez to subtelne promienie zachodzącego słońca wpadające przez otwór nad ołtarzem. Nadmiar piękna spadł na niego z taką gwałtownością, że machinalnie osunął się na kolana na klęcznik znajdujący się w przedsionku przed oszklonymi drzwiami do wnętrza kościoła.

 

Są takie chwile w życiu dusz młodych, szlachetnych i wrażliwych, kiedy wszystko dookoła przestaje mieć znaczenie, kiedy się liczy ta jedna jedyna rzecz, to jedyne światło, które wdziera się niezapowiedziane, kiedy we wnętrzu czuje niespotykaną dotąd lekkość, kiedy do serca zaczyna się wlewać coś tak słodkiego, a jednocześnie wzniosłego, co powoli przenosi się na wszystkie zakamarki duszy i członki ciała, wszystko się nagle rozluźnia, na twarzy pojawia się wyraz jakiejś błogości, która niechybnie spowodowałaby szyderstwa i docinki ze strony kolegów z klasy. Na szczęście dla Karola nie mogli go zobaczyć w tej chwili, a on bez skrępowania mógł się oddać temu czemuś nieokreślonemu, czego doświadczał po raz pierwszy w życiu. Wiedział, że za chwilę zrobi się już ciemno, a on nie ma świateł przy rowerze, nigdy ich nie miał i nie zamierzał mieć, bo przecież to nie licowało z godnością czegoś takiego jak rower szosowy i że będzie trzeba wracać po ciemku po ruchliwej w końcu, mimo późnej pory, drodze. Ale było to w tej chwili nieważne. Tak nieważne, że aż sam poczuł zdziwienie, że się tego w ogóle nie obawiał, tak jak nie obawiał się miliona innych rzeczy w tym momencie, takich jak np. bliskie spotkanie pierwszego stopnia z bandą miejscowych żuli albo z lochą i jej małymi w kolejnej partii lasu, przez którą, już po ciemku, będzie musiał przejechać. Albo jeszcze z Waliszewskim, najgorszym łobuzem z ich szkoły, którego się bał i który nieraz go prześladował, chociaż jak do tej pory, obyło się bez poważnego ciosu np. w szczękę i kończyło się tylko na podcinaniu i obalaniu na ziemię oraz wystawianiu na pośmiewisko dawno już sterroryzowanych koleżków Waliszewskiego, otwierających zawsze posłusznie swoje głupie mordy w niezbyt inteligentnym uśmiechu. Tak, w tej chwili czuł zdecydowanie, że miałby siłę wlać samemu Waliszewskiemu, no, może nie wlać, ale stawić czoło bez tego obezwładniającego lęku, który mu towarzyszył i być może powiedzieć nareszcie kilka mocniejszych słów. Albo nie, nawet nie to, tylko porywająco do Waliszewskiego przemówić i powalić go elokwentną dyplomacją i tak bez jednego wystrzału wyjść sucho z opresji, ba! przeciągnąć go na swoją stronę i uczynić wiernym psem gończym na własne usługi.

Dość, że wpatrując się we wnętrze kościoła, doświadczał takiego szczęścia, bezpieczeństwa i lekkości, że najgorszy nawet scenariusz nie wyrwałby go z tego stanu. Ale wyrwał kościelny, który w końcu przyczłapał, brzęcząc kluczami i wołając, że zamyka kościół. Karol wstał szybko, rzucił okiem raz jeszcze na czerwone kolumny, złocenia i ołtarz i przemknął obok kościelnego, nie zdążywszy nawet powiedzieć „Szczęść Boże!”, czy chociażby „Do widzenia”. Uskrzydlony tym, co przeżył ruszył dalej, prawie po ciemku, przezornie zjeżdżając na pobocze, jak tylko dotykała go smuga światła auta jadącego z tyłu. Odzyskał nagle siły i pędził już swoim normalnym rytmem, pokonując bardzo szybko ostatnie 15 km. Nie spojrzał nawet na tablicę z nazwą miejscowości „Antoniówka”, gdzie mieli działkę.

 

Ojciec zawsze powtarzał, że człowiek powinien w życiu mieć coś własnego. Własną żonę (stąd się wzięła mama), własne dzieci (stąd się wzięła ich trójka), własne mieszkanie (trochę małe, ale zawsze coś) lub dom (o tym raczej nie mogli marzyć), własny kawałek ziemi (stąd działka w Antoniówce i postawiona tanio drewniana buda, w której uwielbiali nocować latem), własne poglądy, własną (a nie cudzą) wiarę (mimo, że do kościoła nie chodził), własny fach, własną firmę (marzył o firmie transportowej) i w ogóle mnóstwo takich różnych rzeczy na „własność”. Mam żartowała, że całkiem wielki z niego właściciel, skoro ma tyle różnych rzeczy na „własność”, szkoda tylko, że ta własność nie przynosi większych dochodów. Ojcu wtedy twardniało spojrzenie, a mama szybko się wycofywała i zmieniała temat, bo już miała dość niepotrzebnych kłótni z mężem.

 

Wszedł do domu skonany, ale szczęśliwy jak nigdy, dumny z tego, że przejechał sam aż 75 km, co szybko sprawdził na mapach google i wciąż pod wrażeniem tego, czego doświadczył w kościele w Jedlni Kościelnej. Spał jak worek kartofli. Tak lubiła to określać mama.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz